Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Sztuka filmowa to wymagająca kochanka

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Sztuka filmowa to wymagająca kochanka

Sztuka filmowa to wymagająca kochanka

Filmy chciał robić od dziecka. Zresztą od szkoły średniej spędzał godziny przed kinowym ekranem. Drogę dojścia do debiutu miał jednak długą, solidnie pracując nad aktorskim, scenariuszowym i reżyserskim warsztatem w teatrze. Te wszystkie elementy, w tym fascynację największymi reżyserami kina, widać było w krótkometrażowym "Portecie z pamięci", który zaproszono do prestiżowej sekcji Quinzaine des Réalisateurs - Director's Forthnight Festiwalu w Cannes. Odnajdziemy je także w jego debiucie - "Nocy Walpurgi", która szturmem zdobyła serca jurorów i publiczności Festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie, a teraz powalczy o Złote Lwy w Gdyni. O trudach debiutowania, filmowych mistrzach i kompromisach rozmawiamy z reżyserem Marcinem Bortkiewiczem.


Jakiś czas temu powiedziałeś, że musisz zrobić swój debiut przed czterdziestką. Boisz się tej granicy?


W życiu wcale się już jej nie boję, bo jestem facetem spełnionym. Mam czwórkę dzieci, bardzo udany związek - mam nadzieję, że moja żona też tak myśli. Mam rodzinę, dom. Natomiast zawodowo zawsze chciałem robić filmy i choć w teatrze też czuję się artystycznie spełniony, to jednak przez całe życie myślałem - bo tego mnie uczył mój mistrz teatralny Staszek Miedziewski - że do kina autorskiego trzeba dorosnąć. Dziś niekoniecznie się z nim zgodzę. Ale wtedy wydawało mi się, że ma rację. Dorastałem więc i zostałem aktorem, żeby wiedzieć, z czym zmagają się aktorzy i jak lepiej móc ich prowadzić. Potem pomyślałem, że dobrze by było popracować w teatrze, by wiedzieć jak opowiedzieć fabułę. Tam realizacja fabuły mniej kosztuje. Następnie uznałem, że należy poznać tajniki dokumentu, by dowiedzieć się, jak złapać rzeczywistość in flagranti. Zrobiłem więc kilka dokumentów. Potem pomyślałem, że aby pojąć jak wygląda profesjonalny plan filmowy, muszę nauczyć się na jakich zasadach on funkcjonuje, więc zostałem asystentem, potem II reżyserem planowym. I nim się obejrzałem, miałem 37 lat. I wtedy poczułem się jak kobieta, która bardzo by chciała mieć dziecko, a ciągle go nie ma. I stąd wziął się mój strach.

Okazuje się, że w polskiej rzeczywistości o to dziecko przed czterdziestką wcale nie jest łatwo. "Noc Walpurgi" powstała przecież poza normalnym obiegiem produkcyjnym i jest wynikiem ogromnej determinacji Twojej i paru zaprzyjaźnionych osób.

Absolutnie to prawda. Po kolejnej porażce w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej zadzwonił do mnie mój przyjaciel i producent Sebastian Petryk. Mówiąc "porażka" nie mam nawet na myśli odrzucenia, bo to jedna z prostszych dróg do wyeliminowania projektu z walki o dotacje, ale o przerzucaniu pomysłu do developmentu, do poprawek i wreszcie odrzuceniu po tych wszystkich perturbacjach. Mija kilka miesięcy, nawet lat, projekt przechodzi przez ręce wielu komisji, a każdy z ekspertów ma inne zdanie! Sebastian i ja poczuliśmy się już tym wszystkim całkiem zmęczeni. Dosyć długo wysłuchiwaliśmy, że jesteśmy niedojrzali, by zrealizować samemu film. Że ten film jest zbyt trudny. Że nie wiadomo, czy można nam powierzyć pieniądze. Nie wiadomo, czy opiekun artystyczny wystarczy, bym mógł poprowadzić plan filmowy, może bym najpierw zrealizował 30-kę w Studiu Munka (w pliku materiałów dostarczyliśmy "Portret z pamięci" zrealizowany w Studiu Munka jako krótka fabuła) itd. To się non stop mnożyło. I wtedy zadzwonił Sebastian mówiąc: jeżeli znajdziesz materiał na scenariusz dla dwóch osób w jednej przestrzeni, to ja zrobię wszystko, byśmy mogli go zrealizować nawet poza instytucjami kultury. Zacząłem szukać gorączkowo materiału literackiego. Przypomniałem sobie o fenomenalnym monodramie "Diva" Magdaleny Gauer, który zrealizował w Teatrze Rondo Stanisław Miedziewski ze wspaniałą Wioletą Komar. Zadzwoniłem do Magdy i poprosiłem ją, byśmy mogli - na razie za darmo - pracować nad tym tekstem dla filmu. Zaznaczyłem, że to na pewno nie będzie monodram, tylko scenariusz na dwie osoby. I tak się zaczęło. Ale dalej była to wielka niewiadoma, bo Sebastian bezskutecznie zabiegał w rozmaitych państwowych instytucjach kultury, a także u prywatnych inwestorów o najmniejsze choćby wsparcie finansowe przez niemal rok! I właściwie dopiero moja żona zmotywowała mnie do tego, byśmy wyłożyli swoje oszczędności i zrealizowali zdjęcia. Sebastian widząc moją desperację bez namysłu wyciągnął swoje pieniądze i zdjęcia ruszyły. Bez względu na to, czy będziemy mieli środki na postprodukcję. Udało się nam to zrobić dzięki przyjaźni Małgorzaty Zajączkowskiej, Philippa Tłokińskiego, Kasi Sobańskiej i Marcela Sławińskiego, Andrzeja Wojciechowskiego, Emilii Czartoryskiej, Piotra Mendelowskiego, Agaty Chodyry czy Marka Czerniewicza - ludziom, którzy weszli w projekt w zasadzie w ciemno. Z gotowym materiałem, po drugiej czy trzeciej układce montażowej, poszedłem do Agnieszki Odorowicz i przedstawiłem film w nieskończonej formie. Wtedy Pani Dyrektor powiedziała TAK i dała nam pieniądze na skończenie "Nocy". W ten sposób uratowała nasz projekt.

Wspomniałeś, że "Noc Walpurgi" to projekt, którego pierwsze życie miało miejsce na deskach teatralnych. Zaczerpnąłeś więc z materii, w której masz ogromne doświadczenie. W Twoim filmie tę teatralną podbudowę czuć bardzo mocno.

Zrobiłem tak, pamiętając co powtarzał nam w szkole Marcel Łoziński - żeby debiutanci szukali tematu na swój pierwszy film w przestrzeni, która jest im najbliższa. W moim przypadku to nie był dom, rodzina... mimo, że jest mi to oczywiście bliskie. Mogłem opowiedzieć o mamie, tacie, cioci, wujkach... ale to już zrobili inni moi koledzy. Natomiast ja bardzo dobrze znam teatr. Niejako się w nim urodziłem. Mogę to absolutnie powiedzieć, bo mój ojciec spotkał moją mamę w teatrze. A ja do teatru uczęszczałem od najmłodszych lat mojego życia. A od 13-14 roku zacząłem bywać w nim także jako amator. Zrozumiałem więc, że jeżeli chcemy zrobić dobry debiut za niewielkie pieniądze, muszę wziąć się za taką materię, która jest mi bliska i którą potrafię z pewnością poprowadzić. I dlatego adaptacja literatury, którą także zajmuję się od 15 roku życia, parateatralne działania, prowadzenie aktorów tak bliskie teatrowi było mi bardzo potrzebne.


Marcin Bortkiewicz z ekipą na planie "Nocy Walpurgi", fot. Kuba Laskowski

A gdybyś miał teraz, z perspektywy zrobionego już filmu, porównać przestrzeń sceny z planem filmowym, to jakie wyzwania i pułapki tam na Ciebie czyhały?

Szczerze powiem, że w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Jestem dosyć zadaniowym facetem i jak dostałem do realizacji film, to skupiłem się na tym, by on dobrze wyglądał. Jakie powinienem techniczne, warsztatowe problemy i przeszkody pokonać. W jakimś sensie wszystko w sztuce zależy od wykonania, bez względu na to, czy mamy do zrobienia krzesło, czy film. Intuicyjnie korzystałem z doświadczeń z innych dziedzin - od malarstwa, poprzez fotografię, architekturę, literaturę, teatr, muzykę na aktorstwie i dokumencie kończąc. Ale to jest normalne w reżyserii. Nie miałem więc poczucia, że wchodzę na obcy teren lub mam coś do porównywania. Czułem się jak ryba w wodzie. Zawsze wiedziałem, że realizowanie filmów będzie mnie rajcowało i nie pomyliłem się w tym względzie.

Wspomniałeś, że byłeś obecny w teatrze jako amator od 15 roku życia. Wówczas też zacząłeś pisać pierwsze scenariusze. Już wówczas wiedziałeś, że to kino jest Twoim przeznaczeniem?

Nawet jeszcze wcześniej. Jak miałem 13 lat, przeczytałem książkę "Tomek na tropach Yeti" Alfreda Szklarskiego. Była cała seria tych "Tomków" i ja, nie wiedząc nawet za bardzo o co mi chodzi, wyobrażałem sobie jakie sceny wziąłbym do filmu. Nie wiedziałem, że tym zajmuje się scenarzysta i reżyser. To samo było później, jak czytałem jakieś inne powieści np. historyczne. Wyobrażałem sobie, jakie to batalistyczne sceny będę realizował. Zacząłem też wtedy oglądać więcej filmów. W telewizji pojawił się "Dekalog" Kieślowskiego i czteroczęściowy "Fanny i Alexander" Bergmana, "Kto się boi Virgini Wolf" Mike'a Nicholsa. Jakiś czas wcześniej pojawiło się w kinach "Dziecko Rosemary", na które z racji wieku nie mogłem pójść. W moich wyobrażeniach (bo mama poszła do kina i później opowiadała mi o tym filmie) urósł on do rangi jakiejś legendy. Przeczytałem wtedy autobiografię Romana Polańskiego. Zaczynała się od słów "…Odkąd pamiętam granica między fikcją a rzeczywistością była u mnie zawsze beznadziejnie zamazana…" Pomyślałem sobie "Boże, to zupełnie jak u mnie!" I zrozumiałem, że reżyser to jest najlepszy zawód dla mnie. Wydawało mi się, że niewiele trzeba umieć, a wszyscy będą wszystko za mnie robić.

Zaraz po liceum próbowałeś zdawać do łódzkiej Filmówki. Nie udało się.

Nie dziwię się, że mi się nie udało. Miałem 18 lat, a przede mną siedzieli Henryk Kluba, Maria Kornatowska, Wojciech Jerzy Has. Byli cudownie ironiczni. Ja absolutnie oblałem ten egzamin, po czym wracając do domu roiłem sobie we łbie, że na pewno znajdę się w następnym etapie. Dziś wspominam to wręcz z rozrzewnieniem, bo to była moja jedyna okazja, by poznać te legendy polskiego kina. Nawet jeśli te legendy śmiały się dobrodusznie ze mnie. To było fantastyczne spotkanie. Wtedy przyznałem rację Miedziewskiemu. Uznałem, że potrzebuję jeszcze dużo nauki i czasu do nabrania dojrzałości. Zawsze chciałem robić profesjonalne filmy. Mogłem wtedy, jak wielu moich kolegów, brać się za amatorskie rzeczy. Ale ja nie chciałem iść na kompromisy w kinie. To mnie hamowało.

Jak oglądałem Twoją trzydziestkę "Portret z pamięci" to miałem skojarzenia właśnie z tą Twoją pierwszą, nieudaną przygodą ze szkołą filmową. Jest w nim wiele nawiązań do kina Twoich mistrzów - Polańskiego, Hitchocka, Bergmana... Do Łodzi składałeś taki projekt fotograficzny, który też nawiązywał chyba do Polańskiego.

On nawiązywał do Bergmana. Wziąłem moje dwie koleżanki, z jedną z nich Edytą Czerniewicz, żoną mojego przyjaciela i kompozytora Marka, do dziś się zresztą przyjaźnię, do takiej kanciapy w liceum i porobiłem im na czarno - białej taśmie zdjęcia jak z "Persony" czy "Scen z życia marionetek". Specjalne oświetlenie do tego zrobiłem. Te zdjęcia zresztą akurat się spodobały. Były moim mocnym atutem na egzaminie. To, co było zabawne, to moje zdenerwowanie i nieumiejętność komunikacji. Ja zawsze bardzo źle zdawałem egzaminy. To może brzmieć dziwnie, bo ludzie mówią, że jestem wyszczekanym gnojkiem, ale to nie jest prawda. Kiedy przychodziło do egzaminów, zawsze się źle czułem w tej formie "petenta". Kogoś, kto z zasady nie umie. A miałem zbyt dużo podziwu dla tych tuzów. Dziś wydaje mi się, że trzeba było mieć więcej tupetu. Nie żałuję natomiast tego, że się wtedy nie dostałem. Dlaczego? Bo gdybym za wcześnie dostał się do szkoły filmowej, nigdy nie zaprzyjaźniłbym się ze Staszkiem Miedziewskim, który mnie ukształtował w teatrze. I z którym zrealizowałem pięć monodramów oraz kilka fantastycznych przedstawień jako aktor. Nie zostałbym aktorem. Nie wiedziałbym jak prowadzić aktorów, tak jak dzisiaj to wiem. Z doświadczenia. Byłbym innym człowiekiem. Wydaje mi się, że wszystko potoczyło się więc tak, jak trzeba. Nawet jeśli żałuję, że tak późno debiutuję, nie żałuję ani jednego dnia "straconego" do czasu, kiedy stanąłem na planie "Nocy Walpurgi". Bez względu na to, z jakim przyjęciem spotka się ten film, jestem w stanie podpisać się pod każdym jego kadrem.


Marcin Bortkiewicz w monodramie "Satana", fot. Rafał Pawłowski

Wspominasz o tym, jak ukształtował Cię Stanisław Miedziewski. Dziś ty sam jesteś tego rodzaju mentorem dla młodych ludzi. Reżyserujesz w teatrze offowym, nieprofesjonalnym - Ecce Homo w Kielcach.

No właśnie, pytanie na ile jest on "nieprofesjonalny"? Przypominam, w jaki sposób powstała profesja aktorów. W ten sposób, że regularnie występowali oni przed publicznością i zaczynali z tego żyć. Coraz lepiej umieli swoje sztuczki, rozwijali swoje umiejętności w pracy z publicznością i stawali się coraz lepsi. Trudno mi nazwać dziś grupę Ecce Homo "nieprofesjonalną". Nazwałbym ją alternatywną. Ci ludzie przynajmniej raz w tygodniu występują przed pełną salą. W swoim dorobku mają około 40 przedstawień. Granych cały czas jest około dwudziestu pięciu. Występują na rozmaitych festiwalach w Polsce i na świecie. Cały czas kształtują swój warsztat.

Miałem raczej na myśli to, że nie mieszczą się w dzisiejszej głównonurtowej definicji teatru.

Może są nieinstytucjonalni, ale chciałbym zacząć walczyć z tym słowem nieprofesjonalny, które łączy się tylko ze skończeniem szkoły teatralnej. Znam wielu "profesjonalistów", którzy pokończyli te szkoły i moim zdaniem nie powinni nigdy występować przed publicznością. Tak samo, jak znam takich, którzy nigdy nie dostaliby żadnego papierka, lecz najlepszym papierkiem dla nich są szczere brawa publiczności. Zawodowi aktorzy z instytucjonalnych teatrów i filmów, prawdziwi profesjonaliści, którzy doceniają sztukę teatralną i filmową też widzą tę różnicę. I powinniśmy z tym walczyć. To znaczy pamiętać, że nie papier decyduje o tym, kto jakim artystą jest, tylko publiczność.

Twoim znakiem rozpoznawczym jest to, że współpracujesz ze znakomitymi aktorkami, najczęściej dojrzałymi kobietami. To konsekwencja, która zaczęła się jeszcze w teatrze od angielskiej aktorki Caryl Swift, przez Irenę Jun - z którą najpierw pracowałeś na deskach, a potem zaprosiłeś do swojej trzydziestki, Ewę Kasprzyk - z którą także pracowałeś i w teatrze i przed kamerą, i teraz Małgorzatę Zajączkowską, która choć po świetnych aktorskich występach w Ameryce wróciła do Polski już kilkanaście lat temu, to tak naprawdę dopiero Tobie udało się ją na nowo odkryć. Co Ty dostrzegasz w nich wszystkich takiego, czego inni polscy twórcy nie potrafią?

Nie wiem, czy nie potrafią. Myślę, że wszystko rozbija się o to, kto o czym chce opowiadać. Jeżeli tak się składa, że ja dotychczas opowiadałem o kobietach to jest to przypadek. Bo nie siedzę w kąciku i nie planuję tego. Mam w głowie kilka scenariuszy o facetach, tylko akurat jeszcze nie doszedłem do komputera z nimi… Gdybym od początku zakładał, że będę np. głównym bohaterem moich filmów, w których bym sobie grywał jak Woody Allen, to pewnie moje filmy i przedstawienia byłyby całkiem różne od tych, które jak dotąd zrealizowałem. Wychowała mnie babcia, matka, siostra... Zawsze miałem dość bliski, przyjacielski kontakt z kobietami. Nie wiem, czy to może być excuse dla tego, co widać na ekranie. Nie mam pojęcia. Wiem, że lubimy generalizować, bo dobrze jest czasem określić coś jednym słowem. I nie boję się tej szufladki czy łatki, gdyby miała ona przylgnąć do mnie na całe życie. Bo to jest bardzo szlachetna łatka. Reżyser kobiet. Przez skromność nie będę nawet wymieniał nazwisk tych wszystkich znakomitych reżyserów, którzy takową łatkę noszą. Natomiast nie mam takiego programu na moje kino i moich bohaterów. Lubię dojrzałość w kinie. Wydaje mi się ona bardzo ciekawa. Mam słabość do starości. Myślę więcej o dojrzałych ludziach, niż o młodych. Może z wiekiem będzie na odwrót? Nie wiem. Nie przymierzając - mój dokument "Nauczanie początkowe" to rzecz o młodym chłopaku, który mierzy się z dojrzałym nestorem w zawodzie i jest przez niego kształtowanym. Wielu rzeczy nie analizuję, robię je po prostu intuicyjnie.

"Nauczanie początkowe" zderza młodość z dojrzałością, ale "Noc Walpurgi" trochę też.

A wiesz, nie pomyślałem o tym. Coś musi w tym być. Coś mnie w tym intryguje. Lubię przyjaźń między ludźmi i konflikt międzypokoleniowy. Uważam, że jest on dynamiczny, kinematograficzny po prostu.

A sięgając po "Noc Walpurgi" zastanawiałeś się czy kogoś dziś jeszcze interesuje tematyka Holocaustu.

Wiesz, że zapomniałem o tym, kiedy sięgałem po ten tekst? To brzmi chyba źle, ale to jest niestety prawda. Nie zastanawiałem się nad tym, że tam jest temat Holocaustu. Wydawało mi, że tematem filmu będzie kto, co kryje przed sobą i jak przeszłość wpływa na życie teraźniejsze. Dopiero gdy zacząłem pracować nad scenariuszem, zorientowałem się, że przecież dotykamy Holocaustu i że trzeba tę tematykę potraktować niezwykle poważnie, bardzo dobrze ją zdokumentować. Z zaskoczeniem odkryłem też, jak ten dramat jest mi bliski. Jak wciąż dotyka mnie, mojej rodziny, domu w którym się wychowałem. Byłem zaskoczony, jak mocno ten problem wszedł we mnie i zażądał ode mnie uczciwości. Ale kiedy już się zorientowałem, nad czym pracuję, byłem zbyt głęboko zaangażowany w pracę, by zastanawiać się nad tym, czy widzowie będą zmęczeni taką tematyką czy nie.


Marcin Bortkiewicz na planie "Nocy Walpurgi", fot. Kuba Laskowski

Za Tobą już pierwsze konfrontacje z publicznością. Całkiem udane.

Nie wypada mi o tym mówić. Choćby dlatego, że przyjęcie jest więcej niż miłe, a wolałbym nie zapeszać. Poczekajmy, jak przyjmie film publiczność w Gdyni, co powiedzą widzowie po premierze 25 września.

Jesteś strasznie skromny. A przecież deszcz nagród, w tym Nagroda Publiczności na "Młodzi i Film" w Koszalinie, znakomite przyjęcie w Kazimierzu, Zwierzyńcu i Ińsku. Uczestniczyłeś w spotkaniach z festiwalową publicznością. Co Cię zaskoczyło w kontakcie z nimi?

Nie wiedziałem, że mój film jest tak nośny interpretacyjnie. Ludzie bardzo mocno go rozbierają znaczeniowo. Szczególnie jeśli chodzi o nawiązania, o konteksty filmowe, literackie... Ja świadomie umieściłem ich może dwa, trzy. Cztery góra. Natomiast ludzie widzą w "Nocy Walpurgi" ze dwadzieścia, trzydzieści rozmaitych rzeczy, o których nie myślałem podczas realizacji, ani później. Ale ponieważ jestem przecież przesiąknięty kinem i literaturą, to nie oznacza, że one nie mogły tam się znaleźć prawem intuicji. Poza tym z satysfakcją odnotowuję, że ludzie wychodzą i chcą rozmawiać o tym filmie. Nie zapominają o nim od razu. Czasem mają potrzebę dyskusji jeszcze dzień, dwa później na temat finału opowieści, tego, co się tam stało. Pytają - jak później to się mogło rozwiązać? Co zrobili bohaterowie? Dużo ludzi zostaje na dyskusjach i chce rozmawiać. To jest zaskoczenie.

"Noc Walpurgi" powstała w przyjacielskich warunkach, na totalnym kredycie zaufania, a również na kredycie stricte zawodowym. Czy gdybyś mógł zrealizować ten film w realiach normalnego budżetu, myślisz, że wyglądałby dokładnie tak samo?

Oczywiście. Wspomniałem już, że zawsze marzyłem, by zrobić film bez kompromisów, więc tak konstruowaliśmy z Magdą scenariusz, bym nie stawał przed kompromisami. I nie stanąłem. Oczywiście kompromisem był kompromis producencki, materialny. Ludzie, którzy pracowali przy tym filmie nie dostali pieniędzy takich, które ta praca powinna im dać. Ja i producent nie otrzymaliśmy żadnego wynagrodzenia, a co więcej włożyliśmy nasze oszczędności.

Ty i Sebastian wzięliście na swoje barki finansowy ciężar filmu. Jakbyście się poczuli, gdyby zaraz po premierze Wasz film trafił do pirackiego obiegu?

Trzeba by było z tym walczyć. Usuwać, banować. Ale to jest w ogóle problem humanistyki. Ludziom się wydaje, że artyści to są błazny. Że przecież oni to wszystko robią dla siebie. Nie męczą się w tej robocie. Za nic nie muszą płacić. No bo ile może kosztować to, że w filmie dwie osoby siedzą w jednej przestrzeni. Nikt nie wie, że przecież ktoś tę przestrzeń na potrzeby filmu zaprojektował i wybudował, ktoś oświetlił, ktoś wypożyczył kamerę, ktoś ten wózek prowadził. Że około 5 minut na ekranie to jest cały dzień zdjęciowy. Że to jest praca 40 osób na planie od godziny 6 do 22-23. Że to jest sześciodniowy tryb pracy. Że kiedy kończą się zdjęcia, ja cały czas pracuję. Ludzie z zazdrością mówią: ile ci reżyserzy zarabiają. Ale gdyby podzielić tę całą kwotę za film - tym szczęściarzom, którzy go zrobili za pieniądze, bo ja do nich nie należę - to wychodzi na to, że pracują 2 lata za mniejszą pensję niż urzędnicy, którzy przychodzą o 8, wychodzą o 16 i tę pracę zostawiają w biurze. Reżyser wraca do domu z pracą pod pachą, zasypia z nią i budzi się. Sztuka filmowa to bardziej wymagająca kochanka od najbardziej zazdrosnej żony. Zaniedbanie jej widać później na ekranie...

Mam wrażenie, że pojęcie twórcy się całkowicie odhumanizowało. Filmy, muzyka, książki stały się wirtualnymi bytami istniejącymi sobie gdzieś tam bezpańsko w internecie. Sięga się po nie bezrefleksyjnie, tak jak nie myśli się, że za mlekiem stoi krowa.

Absolutnie. Mało tego. Ludziom się wydaje, że film można zrobić po prostu: ot tak! Że do tego nie trzeba w ogóle pomysłu. Że to rośnie na drzewach i nikt tego nie sadził. Ale problem szacunku do humanistów i humanizmu w ogóle zależy od takiego podejścia społecznego. Ludzie myślą, że jak ja leżę to ja leżę i wypoczywam. To bardzo ładnie jest pokazane w filmie "Hanna Arendt" Margarethe von Trotta. Ona tam cały czas leży, a nikt nie wie, że z tego leżenia narodził się przełomowy esej "O banalności zła". Nie wszyscy muszą czytać go i znać. Ale jest pośród nas, tych którzy się rodzą na trzeciej planecie od słońca, garstka takich, którzy tęsknią za pięknem. I tym pięknem próbują wyjaśnić sobie sens swojego życia. Mało tego. Uważam, że jest wielu, którzy choć raz czy dwa w swoim życiu poczuli wzruszenie z powodu sztuki. I dobrze by było, by Ci ludzie, którzy wiedzą, że taka tęsknota w nich tkwi, chcieli zapłacić tym, którzy potrafią tę tęsknotę w nich zaspokoić.



"Noc Walpurgi" za Tobą. Przed filmem najlepszy czas - premiera i obecność w kinach. Ten film w jakiś sposób dopełnia Twoją teatralną drogę. Przed Tobą krok na głęboką wodę kina. Boisz się tego, co za chwilę?

Nie boję się, bo w ogóle na to tak nie patrzę. Nie przejmuję się teatrem i teatralnością. Jeżeli będzie potrzebna przy jakimś kolejnym projekcie filmowym, to będę z niej korzystał ile się tylko da. Ale to zależy od tego, jaki temat będę realizował. Mam dwa inne scenariusze, którymi myślałem, że zadebiutuję. Jeden z nich to komedia muzyczna o umieraniu i ona też gdzieś będzie blisko tzw. występowania. Ale nie będzie się działa w teatrze. Staram się opowiadać o tym, co jest mi bliskie i mnie interesuje, a co z drugiej strony jest też dalekie. O tym, czego się boję, czego bym w życiu nigdy nie zrobił, a co może zrobić za mnie bohater. Martwi mnie w realizacji filmu tylko jedna rzecz. Żebym zrobił przyzwoite kino, które będzie się chciało oglądać. To jest podstawowa rzecz, z którą będę się mierzył, kiedy gotowy projekt wejdzie na ekrany. Czy widz, który kupi bilet, nie zaśnie na moim filmie, będzie go chciał oglądać dalej, będzie nim zaciekawiony, kiedy trzeba uśmiechnie się, a kiedy trzeba wzruszy. To są dla mnie podstawy. Reszta to bonus.

Rozmawiał: Rafał Pawłowski
Fot. tytułowa: Tomek Gola



© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!