Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Dla sztuki warto wywrócić się na lewą stronę!

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Dla sztuki warto wywrócić się na lewą stronę!

Dla sztuki warto wywrócić się na lewą stronę!

Ona - wokalnie weszła na emocjonalny rollercoaster i wyszła z siebie. Najnowszy album ma znamiona autoterapii. On - wywrócił się na lewą stronę odrzuciwszy akademizm wpisany w pięciolinię i zagrał wbrew regułom. Muzycznie nakręceni. Z jazzowego koncertu Jamie Culluma, potrafią pognać na elektrohardcore Nine Inch Nails i do rana oglądać performance Björk. Zamiast oklepanego pomysłu dołączania remiksów do płyty, poszli pod prąd i z towarzyszeniem Atom String Quartet wrócili do źródeł kultury – sięgnęli po żywe instrumenty i nagrali wersje akustyczne najnowszych utworów! W muzyce najbardziej nie lubią schematów i powielania. Natalia Kukulska i Michał Dąbrówka na polskiej scenie muzycznej nominują na ekspertów, a albumem „Ósmy plan” trafiają na podium udanych eksperymentów w kategorii niebanalnego miksowania dźwięków wszelakich. Natalia mówi, że nie da się rozwijać nie próbując i bojąc się konfrontacji. Muzyka, tak jak życie, jest jedną wielką improwizacją! Dlatego przełamując fale eteru…

dla sztuki warto wywrócić się na lewą stronę!


Natalia, kiedy pierwszy raz obejrzałam teledysk do zwiastującego najnowszy album „Pióropusza”, od razu wiedziałam, że na takie spotkanie z Tobą czekałam! Muzyka podrażniła każdy mój neuron, słowa przedrenowały mózg i poczułam się, jak dawno temu podczas seansu filmów Dogmy! To co zrobiłaś przy „Ósmym planie” wchodzi za skórę! To się nazywa Sztuka.

Powiedziałaś mi właśnie najlepszy komplement jaki mogłaś, bo moim ukochanym, budzącym największe, skrajne emocje, filmem jest „Przełamując fale” Larsa Von Triera, współautora rewolucyjnego w latach 90. manifestu i założyciela Dogmy. Warto było. Dziękuję. Tak właśnie postrzegam sztukę i tak życzyłabym sobie, żeby oddziaływała na każdego z nas.

Jednym z najwa
żniejszych dla mnie filmów jest „Festen” Thomasa Vinterberga! Nie wierzę w zbiegi okoliczności, więc zaryzykuję stwierdzenie, że jest coś w tym z kanału świata! Jakaś meta-komunikacja, bo 20 marca minęło dokładnie 20 lat kiedy Lars Von Trier z trzema zaprzyjaźnionymi filmowcami spisali deklarację nazwaną Dogma 95, której naczelna zasada brzmiała: „Kino to człowiek wobec samego siebie, a nie tylko aktor przed kamerą”. Parafrazując, po wsłuchaniu, a raczej wczuciu się w „Ósmy plan”,  śmiało można by dodać - i „muzyk na scenie”!

Przyznam się szczerze, że długo po skończeniu tych 10 utworów dotarło do mnie, że powstał album na… otwartych żyłach.

Wiwisekcyjny. Prawdziwy do bólu. Świetny tekst, z drugim dnem zobrazowany poklatkowo zmontowanym filmem do premierowego „Pióropusza”, sam w sobie jest sztuką. Porusza symboliką - w roli głównej marionetka – jakże wymownie… Zaszalałaś artystycznie robiąc klip do tego utworu.

Marzyłam o teledysku lalkowym. Taka animacja poklatkowa to mega magiczny świat. Reżyser Marek Skrobecki, współtwórca m.in. Oskarowej animacji Piotruś i wilk”, wykreował bardzo spójną z tekstem wizję. Pajęcza sieć nitek wikłających marionetkę świetnie tu zagrała. Zresztą, dałam reżyserowi dwie propozycje utworów, to że sam wybrał „Pióropusz”, też o czymś świadczy. Mimo, że potraktował ten projekt bardzo przychylnie, cała produkcja mnie przerosła. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to tak wygląda. Renderowanie 24 ujęć na 1 sekundę trwa bardzo długo. Klip powstawał przez 9 dni zdjęciowych, a tego w ogóle nie widać. Kosztowne marzenie...

Ci którzy się znają, to wiedzą, ci którzy nie, nie dostrzegą i nie docenią.

Ci którzy się znają, powiedzą, że ten sam efekt można było zrobić w 1 dzień o wiele taniej (śmiech).

Kukulska miała artystyczny kaprys!

Dokładnie (śmiech).

Nie jeden. „Pióropusz” ma też nietypowe instrumentarium.

Ksylofon. To jest absolutnie niezwykły instrument. Znalazł się u nas domu ze względu na naszego syna, który chodzi do szkoły muzycznej do klasy perkusji. Kupiliśmy go dla Jaśka, ale Michał jak tylko go rozpakował, przypomniał sobie wszystko! Przecież też się uczył i okazało się, że pamięć, umiejętności wróciły jak jazda na rowerze, której się nigdy nie zapomina. Zapis został w mięśniach. W zasadzie dzień po kupieniu ksylofonu powstał ten charakterystyczny riff. Jasiek zresztą też gra już cały numer. Rytmiczny ksylofon nadał utworowi transowości, klimatu, który nas zainspirował do powstania piosenki. A tekst jest szyderczy, z dużą dozą ironii, ale też…

„Pióropusz pod namiotem” to bardzo symboliczne i czytelne porównanie w kontekście współcześnie zdobywanej sławy…

I można je bardzo szeroko interpretować. Postrzeganie świata w ten sposób nie leży w mojej naturze, ale rozumiem ten mechanizm, który uruchamia się w człowieku - gdy blichtrem przykrywa braki i stwarza sztuczny świat. Cały czas udaje choć degradacja już go dopada, a otaczający świat zaraz złoży się jak namiot. Ta piosenka tak naprawdę opowiada o kruchości i samotności, ma drugie bardzo smutne dno, które przebija się w bridge’u piosenki. I tu leży jej przesłanie.

 


Natalia Kukulska - Pióropusz [Live in Alvernia Studios] feat. Atom String Quartet

 

Natalia, kiedy posłuchałam następnego utworu „Miau”, zanim się jeszcze rozwinął, to myślałam, że również z ludzkiego (Dogma się kłania!), osobistego punktu widzenia, napisałaś o bracie…

Tego się trochę obawiałam, bo ta piosenka została wybrana kolejnym singlem. Właśnie powstaje do niej obraz. Jest odważna muzycznie i bardzo nas kręci. Na koncertach to jeden z najciekawszych i najlepiej odbieranych numerów z całego materiału. Tekst jest zadziorny, ale z przymrużeniem oka. A moje obawy wynikają z tego, że ja nie mierzę się tą muzyką, z tematami tabloidowymi i boję się, że ta piosenka zostanie zagadana jakimiś sensacyjnymi skojarzeniami. To jest tekst o konkretnej postawie. Materialistycznej. To nie moja sprawa, jeśli postawa mojego przyrodniego brata tak się komuś skojarzyła. Nie pisałam piosenki o nim. Błagam… Wokół nas jest wiele przykładowych bohaterów… Nie rozumiem ludzi, którzy traktują życie „z góry”. Z pewnością siebie, wszechwiedzą, brakiem szacunku i grabieniem sobie, podążając równią pochyłą - drogą donikąd. To jest piosenka o tym, że jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz – w skrócie. O niczym i nikim innym. Opowiedziana takimi słowami, bo przy okazji jest też naszą autorską zabawą dźwiękiem i słowem.

Uwielbiam brzmienie „miau” w tym utworze!

A ja lubię tę wersję z Atomami, bo w niej śpiewam o dwie oktawy wyżej i miauczę jak kot (śmiech). Myślę, że klip będzie dość freakowy. Trochę surrealistyczny… Reżyserem jest Arek Nowakowski z Poznania. Zakochałam się w jego obrazach – między innymi klipie młodego zespołu The Dumplings. Jest otwarty na abstrakcyjne myślenie, wykorzystuje skojarzenia. Tu trzeba odważnie unieść tę historię, przełamać ją tak by była niedosłowna. Tak to czuję. W klipie pojawia się bohater, który jest wypełniony szumem obrazu.

W „Ósmym planie” śpiewasz: „wiesz w czym jest problem, zatruty tlen, dał reakcję łańcuchową...

To jest tekst o żalu, który zatruwa serce. Pewna bliska historia, zaobserwowana w życiu tak mnie poruszyła, że pęczniała emocjonalnie, aż musiałam o tym napisać. Z żalem w życiu w ogóle jest dosyć trudno...

Słuchając tej płyty przychodziło mi co rusz na myśl jedno słowo: autoterapia.

Ja to spostrzegłam dopiero niedawno. Wszystkie trudne przeżycia, których doświadczyłam w ciągu ostatnich pięciu lat tak się we mnie skumulowały, że widocznie musiały ułożyć się na

…kozetce w pięciolinię?

Naprawdę! Pisałam i pisałam, czasem jak w fazie maniakalnej (śmiech). O tym, o tamtym i dopiero teraz ogarnęłam poukładane w całość wszystkie elementy, które jak się okazuje podyktowała mi podświadomość – moja współautorka (śmiech).

Do odważnych świat należy, że zachęcająco powtórzę za Borsem.

No trudno, co robić, że zacytuję filmowego klasyka. Odkryłam się, pokazałam, muszę w to brnąć i się obronić.

Złapmy dystans przy „Na koniec świata” – balladzie, jeśli przy stylistyce muzyki z „Ósmego planu” w ogóle można operować taką nomenklaturą. W każdym razie, mamy tu wolny rytm i refleksyjny tekst: „na koniec świata - bilet jest w jedną stronę, nie ma ulgowych miejsc...”

Tak się składa, że temat śmierci i przemijania jakoś wyjątkowo często przewija się przez moje życie. Oczywiście dotyczy nas wszystkich. Zauważyłam, że ten utwór wzbudza inne odczucia u niektórych ludzi, niż to było we mnie. Ta piosenka jest dla mnie deklaracją pogodzenia się z tym tematem, przetrawienia, spojrzenia na niego z dystansem, z perspektywy dojrzałości, którą w sobie wyrabiam, z oswojeniem tego tematu. A dla większości osób jest to przerażające, uważają teledysk za poruszający ale i smutny. Jest i miał być z założenia poruszający. Tylko, że dla mnie ta historia pokazuje dystans do życia, który wzrasta proporcjonalnie im jesteśmy starsi i tym samym mądrzejsi. Stąd portrety starszych ludzi, którzy mają tę mądrość życiową zapisaną w każdej zmarszczce. Mogłabym się, mówiąc kolokwialnie, gapić w ich twarze godzinami.

Ja też! Jeszcze ta 100-letnia Pani… taka cudna!

Babcia Janka i Mateusza Smoczyńskich. Poznałam ją przez facebooka! Jak się zgłosiłam z propozycją, czy babcia nie zechciałaby zagrać w moim teledysku, to obaj Smoczyńscy zażartowali, że to dopiero jest kariera! Eksperyment w wieku 100 lat! Kto się może poszczycić taką odwagą? A kiedy rozmawiamy, setne urodziny obchodzi Pani Szaflarska.

Pięknie! Tylko pozazdrościć. Wszystkiego absolutnie najlepszego od nas obu Pani Danuto. Chciałabym być tak piękna, również ludzko.

Gdybyśmy mieli więcej takich osób publicznych… Nasze społeczeństwo byłoby może inne. To jest też refleksja z mojego prywatnego życia. Sama mam 90-letnią babcię. Przechodziłyśmy też trudny czas, więc tematy godzenia się z tym, że gdzieś tam zmieniamy wymiar, przechodzimy dalej, są mi bardzo bliskie. Na pewno moje trudne doświadczenia – śmierć taty  znów wywołała ten temat. Ale traktuję to wszystko jednak cały czas jako drogę, kolejny odcinek, stronę księgi życia. Tak jak śpiewam w przenośni w drugiej zwrotce „Na koniec świata”, ta rdza powoduje, że wpadamy w jakieś mroczne strony myślenia o sobie tu i teraz. Jestem osobą wierzącą, ale też osobą, która mocno czuje tę naszą duchowość, staram się patrzeć inaczej. Nie tylko tu i teraz, w tym wymiarze. I staram się opowiedzieć o tym.

 

fot. Marta Wojtal

 

Psychologowie udowodnili, że żałobę przechodzimy przez rok. I nawet jeśli sobie z tego nie zdajesz sprawy, to tkwi w Tobie…

Nie mogę uwierzyć, że w tym roku mija 5 lat od śmierci mojego ojca. Nadal czuję z nim bliską więź i wiem, że to się nie zmieni. Czuję też, że jest w moim patrzeniu na świat, humorze, może nawet melodiach, które wymyśliłam.

Na pewno jest z Ciebie dumny teraz. Oboje z Twoją Mamą są. Zobacz ile niesamowitej energii sprzęgło się w czasie premiery Twojej - moim zdaniem - najlepszej, a na pewno najbardziej osobistej płyty. Marzec 2015, to nie tylko Twoje urodziny, to też 35-ta rocznica śmierci Twojej Mamy, a my rozmawiamy o kręgu życia i śmierci, 100-letnim pięknie i mądrości, które ze sobą niesie droga życia. I do tego zaczęłyśmy od manifestu Dogmy, do którego kluczem jest myśl: „człowiek wobec samego siebie”. W dodatku, te głęboko humanistyczne refleksje, przekosiłaś muzyką elektroniczną, syntezatorowo, na przekór! OdNOSzę się do „W NOSie”.

Wszystkie piosenki powstały u nas z zajawek, z improwizacji. Z eksperymentowania. Oczywiście później trzeba je było wymóżdżyć, doprowadzić do końcowej formy, ale harmonia, melodia, impuls poszedł z serca, z duszy. Nagraliśmy mnóstwo takich zajawek. Wracaliśmy do nich po czasie albo rozwijaliśmy w coś innego.  „W nosie” było jedną z pierwszych zajawek groove’owo-tanecznych. Potem, dość szybko przyszedł pomysł na tekst. Trochę o relacji, ale też jest to taki manifest niezależności. Większej filozofii tu nie ma, właściwie przekaz jest w tytule.

Ale podpartyna bardzo dobrym preludium: „chcesz z mojej duszy skalp…, mam własny plan, jesteś na nie, w nosie to mam”. Właśnie, powinnam powiedzieć jeszcze, że to Twoja najbardziej autonomiczna płyta! Zero wspomagania. Nie ma śladu Rysia Kunce… Sama napisałaś wszystkie teksty.

Czasem pisałam z weną, spontanicznie np. „Pióropusz” nawet mi szybko poszedł, bo miałam pomysły, wizualizacje. „Chowam się” było dość szybkim strzałem. Ale uczciwie muszę powiedzieć, że zawiesiłam się na kilku tekstach. Na „My” i „Na koniec świata”. I kombinowałam! Ostatecznie pomyślałam: nie no, nie zadzwonię przecież do Ryśka! Nie poddam się tak łatwo. I prawdą jest, że pomysły prędzej czy później przyjdą same. Czasami wystarczyło zmienić perspektywę, przewietrzyć głowę, obejrzeć film i wejść na chwilę w inny świat. Nie przy biurku, nie przy zapalonej świeczce, nie karmiąc się poezją Wisławy Szymborskiej, którą kocham, czy Agnieszki Osieckiej, tak jak to robiłam wcześniej, tylko zmieniając wymiar. Wtedy nagle, z podświadomości dochodziło do głosu coś ważnego i nagle odkrywałam o czym właśnie napisałam piosenkę.

Twoja podświadomość nieźle wykorzystała tę „Dyspensę”.

Dedykuję ten utwór wszystkim księżom! Żart. To tekst o ograniczeniach. O tym, że ta proza życia naszego codziennego… te rzeczy, w które musimy wejść, jak w układankę, bombonierkę, mogą czasami udusić. Pięknie z zewnątrz wyglądamy, zapakowani w ładne złotko, w równych przedziałkach w pudełeczku, ale… rutyna zabija. Wiem coś o tym, mając dwoje dzieci i zasuwając co dnia próbując ogarnąć dom i mając jeszcze czas na twórczość. Trzeba czasem zdjąć habit czyli rodzaj uniformu, wziąć metaforyczną kąpiel z pianą, taka dyspensa jest w życiu niezbędna.

Habit – z angielskiego nawyk, przyzwyczajenie, rutyna – antonimem powinno być freedom, wyzwolenie!

To jest też trochę piosenka wyzwoleńcza, na barykady wolności i w obronie przestrzeni własnej! Nawet nazwałabym ją higieniczną (śmiech). Musimy się zresetować, odpocząć czasami. Ja też tak mam. Lubimy z Michałem napić się wina, zrobić sobie YouTube party, wyjść z uniformu powszedniości. I nie martwić się tym zrzucaniem habitu, puszczałam ten kawałek zaprzyjaźnionemu księdzu. Uśmiechnął się. Przesłanie zrozumiał od razu. Ksiądz też człowiek, po cichu będzie śpiewał ten kawałek.

Ładnie przeszłaś na płycie od kąpieli w pianie do erotyku „Myśli poczochranych”Choć moje pierwsze skojarzenie znów powędrowało w stronę relacji ze światem, z mediami.

Cieszę się, że to powiedziałaś! To jest erotyk. I jednocześnie trzecia wyzwoleńcza piosenka z rzędu.

Dlatego powtórzę, uważam, że to jest pierwsza Twoja prawdziwie autonomiczna płyta.

Bałam się tej płyty, ale jak się już otworzyłam, to na maksa. I tak rozumiem właśnie ten max! Słychać to w tej piosence. Wydaje mi się, że tu już pojechałam nawet bez ręcznego. Śpiewam „Czuję w tym przyjemność pewną, chociaż lekko niebezpieczną” …To jest piosenka przelotowa, pełna szaleństwa. Kojarzyła mi się od początku z… pościgiem! Ja tam już w ogóle nie kontroluję swojego śpiewania. O ile możemy tu jeszcze mówić o śpiewaniu (śmiech).

A mi skojarzyła się ze Skunk Anansie! W kontekście Ciebie, Twojego repertuaru, nikt pewnie by tak nie pomyślał wcześniej. Wokal, funko-riff, jest konkret!

Tak, wiem, już ten habit zdjęłam (śmiech). Skojarzenie po bandzie, bardzo dziękuję!

Ale na soundtrack do „50 twarzy Greya” się nie nadajesz.

To też wiem, oni są zbyt lateksowi (śmiech). Nie mają takiego żywiołu.

 

fot. Marta Wojtal

 

Zaciągnijmy jednak ten ręczny, bo za chwilę prześcigniemy w skojarzeniach „Szybkich i wściekłych”, wróćmy na właściwy tor, żeby nie pojechać w nieznane (śmiech) i czytelnicy Legalnej Kultury nas nie namierzą, jak w Twoim „Chowam się”.

Ale o to właśnie chodzi! Poczucie humoru i zdrowy dystans do siebie również są potrzebne. Ta piosenka jest o tym, żeby nie dać sięczarnym myślom. Chowaniem się „za bezmyślenia zakrętem”. Mój mąż ma naturę trochę depresyjną, chociaż jest cudowną osobą, która ma ogromny potencjał jasności w sobie. Ale jest przy tym nadwrażliwcem. To jest tekst o ucieczce przed tymi wszystkimi rzeczami, które nas przytłaczają, o łapaniu powietrza – z nadzieją na pastelowy horyzont.

A czy „My” jest Twoim credo życiowym na teraz? Na ten moment w życiu?

Tak. I w tym opakowaniu kryje się drugi, ukryty prezent. Jeżeli posłuchasz tego utworu na stereo, to jest tam bridge zaczynający się od słów „my, pełna talia kart, w słowie my zamykam cały świat” itd. W drugim kanale słychać – „my niepodzielni, nierozerwalni, niepodważalni, nienaruszalni...” – taki trochę rodzaj mantry, modlitwy, afirmacji tego „MY”. Użyłam 6-ściu przymiotników, które się zapętlają. To moje zaklinanie rzeczywistości tak naprawdę. Jądro tej piosenki tkwi w tych słowach, które wzruszająmnie za każdym razem. To jest wyznanie, hołd oddany temu co czuję, że mam. Co gdzieś wśród tych wszystkich trudnych przeżyć, których echo słychać na tej płycie, jest, ma moc, stanowi esencję mojego życia, jego fundament. To co mam jest dla mnie wielkim szczęściem. Michał. Rodzina.

W ten sposób zamykasz album, jednocześnie otwierając jaśniejszy rozdział. Dalej może być już tylko dobrze! To takie preludium do kolejnego albumu.

Pomysł wyszedł od producenta Marcina Borsa, który powiedział mi wprost: Natalia, coś czuje, że „My” musi być na końcu, bo mrocznie doprowadzamy do kulminacji, którą jest „Zaopiekuj się mną”, potem „So natural” jest odbiciem się od dna…

A „My” wybiciem się ponad taflę wody i złapaniem powietrza.

To było dla mnie odkrycie, kiedy Bors mi to powiedział. Zawsze był dla mnie inspiracją, a płyta „Zelig”, którą zrobili z Krzyśkiem Zalewskim jest po prostu skarbem muzycznym. Totalnie nie rozumiem, dlaczego nie odniosła sukcesu na jaki zasłużyła. Kiedy usłyszałam utwór „Jaśniej”…

to zagarnęłaś Zalefa w horyzont ósemką na plan!

Jaśniej się nie da tego ująć (śmiech). To był czas, kiedy Marcin robił nam już miksy. Pracowaliśmy na bieżąco. Wysyłaliśmy mu wszystko do Wrocławia, on obrabiał i odsyłał. Książka mogłaby powstać z tej naszej korespondencji. Wiele się od niego nauczyłam, wiele mi pokazał, czasami zachęcał mówiąc wprost: Natalia, bądź odważna! Odwagi dziewczyno! Tak mi to dawało do myślenia, że starałam się przeskakiwać własne tematy, obawy, wszystko co mnie hamowało w głowie. I Marcin na pewno ma swój udział w mojej artystycznej metamorfozie. Natomiast wtedy właśnie poprosili nas z Zalefem, żebyśmy zaklaskali w klipie do „Jaśniej”, więc sięgnęłam po tę płytę żeby posłuchać piosenki i… powaliło mnie! Uważam, że „Zelig” Krzysia Zalewskiego to jest jedna z najlepszych polskich płyt jakie kiedykolwiek powstały! Świetne kompozycje, świeże, kompletnie nowe podejście do aranżu i produkcji, przedziwne, schizofreniczno-psychodeliczne teksty… Nie rycz, zaraz się obie rozłożymy, nie wiedziałam, że masz taki stosunek emocjonalny.

Nie mam, pamiętam Zalefa z długimi piórami, po prostu znam historię człowieka, a ponad wszystko uważam, że jest najbardziej niedocenionym muzykiem w tym kraju. Freakiem, artystą prawdziwym! Nieprzeciętnym wokalistą! Płyta powinna zdobywać laury i być co najmniej złota. Tyle interesujących albumów przepada w tym kraju, bo nie dociera do masowego obiegu.

Mam takie same przemyślenia. Piosenka „Ósemką” mnie rozwala kompletnie. W ogóle cały „Zelig” ma takie kompozycje, takie rzeczy się tam dzieją, że będę pierwszą orędowniczką tego krążka! Wszędzie wszystkim o tym głośno krzyczę, bo ja też tego nie rozumiem. Szczęśliwie Krzysiek z Marcinem pracują już nad drugim albumem. A Krzysia gościnnie sobie wymarzyłam, bo uważam, że jest to jeden z najciekawszych, najbardziej fascynujących mnie głosów męskich na naszej scenie.

Przyjdzie jego czas. Ma status outsidera, ale wszystko co go nie zabiło, tylko go zbudowało. Za trzy lata będzie najbardziej charyzmatycznym artystą w tym kraju, na którego koncerty nie będzie można się dopchać.

On jest tak ciekawy! A głos?! Co tam się dzieje w tej barwie! Do tego profesjonalizm. Wokalistyka na najwyższym poziomie połączona z artystycznym przekazem osoby, która ma swój wewnętrzny sznyt.

Niepokorność i bezkompromisowość. Chyba nieźle się „zaopiekowałyśmy” Zalefem (śmiech). Misja spełniona.

A wiesz, że cover Rezerwatu „Zaopiekuj się mną” zrobiliśmy wszyscy dość spontanicznie.  Nie znaliśmy się z Krzysiem zbyt dobrze, z Marcinem jedynie… korespondencyjnie! Przyleciałam do Wrocławia na jeden dzień, weszłam do studia i… mieliśmy przed sobą czystą kartkę. Nikt wcześniej nic nie planował. I tak zrobiliśmy ten numer budując go jednego dnia w studio od podstaw, spontanicznie. Krzyś dopadł syntezator Juno. Marcin zaczął kręcić gałkami i zaczęło się robić bardzo inspirująco, nieziemsko. Weszliśmy w ambientowy, organiczny, mroczny klimat. Kiedy Krzysiek zaśpiewał swoje partie, to ja miałam z kolei ciary…

Wyobraź sobie mnie, która po pierwsze nie spodziewała się Zalefa na Twojej płycie, po drugie jak zaśpiewał „zaopiekuj się mną” to wyciągnął tak z trzewi, że rozwalił każdego!

Bardzo jestem wdzięczna chłopakom za ten utwór. A Marcinowi w ogóle za całą współpracę. Na końcu mieliśmy trochę tarć, bo wdarł się stres ze względu na czas, który nas zaczął gonić. Niemniej jednak doceniam bardzo wszystko co dostałam, pełen szacunek.

Wybór Borsa na producenta to kolejny zaskakujący skręt w Twoim muzycznym życiorysie? Jak go wybrałaś?

Po płytach, które zrobił! Przede wszystkim Nosowska mnie znokautowała. Pamiętam, jak zrobiliśmy z Michałem „Comix” i tacy zadowoleni podniecaliśmy się, jakie mamy fajne rzeczy na tym albumie, odważne! Jak posłuchałam płyty Kasi, to… para nam zeszła od razu (śmiech). To co robi Marcin jest genialne, niekonwencjonalne. Nie jest sidemańskie, a my jednak mamy takie naleciałości, jeszcze z lat 90. To są lata grania Michała w Woobie Doobie, z Orkiestrą Adama Sztaby, w wielu projektach znakomitych artystów, w których brał udział jako muzyk sesyjny. Nie deprecjonujemy tych umiejętności, za które jest ceniony w różnych innych środowiskach. Jednak przy realizacji „Ósmego planu” musieliśmy odnaleźć w sobie coś znacznie więcej niż profesjonalne patrzenie na muzykę z perspektywy wykształcenia. Trzeba było to porzucić. Niejako wywrócić się na lewą stronę. Usłyszeć w sobie człowieka.

 

fot. Marta Wojtal

 

Wyjść poza siebie, z akademickich ram.

Właśnie. Pilnowaliśmy się. Michał na początku wręcz aptekarsko dbał o intonację, a ja odwrotnie, zależało mi na wyrazie. I tak wydaje mi się, że jeszcze momentami mogłam być bardziej odważna. Stałam się taka dopiero teraz… Na koncertach kompletnie się nie ograniczam i nie kontroluję.

Spokojnie, udało się. Jedynie dwie piosenki uznałabym za poprawne. So natural” pewnie też dlatego, że to ballada zaśpiewana po angielsku i „Chowam się”.

Nam na tej płycie o naszych przeszłych dokonaniach najbardziej przypominało „Chowam się”. Za to na koncertach to jeden z mocniejszych kawałków. A „So natural”, to jedyny numer, którego nie zrobiłam z Michałem. Muzykę współkomponowałam z Archie Shevsky, a słowa napisał Paweł Rosak. Archie jest bardzo zdolnym klawiszowcem, świetnie też śpiewającym. Tak naprawdę to był jam, podejście typu „one take”, tak powstała ta piosenka. Jak wszystkie jest okraszona elektroniką, ale jest to rzeczywiście najbardziej melodyjny numer na płycie. Ten utwór ma wielu fanów. Jest w nim oszczędność, minimalizm. Bardzo chcieliśmy go tutaj mieć, a Marcin mój wokal wykręcił w dość baśniowej stylistyce. Kojarzy mi się ona z produkcjami Lany Del Ray. Ten rodzaj przestrzeni…

Na przekór czasom i modzie na remixy, Wy wróciliście do źródeł i jako bonus dołączyliście cudowną płytę nagraną z Atom String Quartet na żywo i akustycznie!

Nowi ludzie wnoszą zawsze odmienny sposób postrzegania wszystkiego, w tym muzyki. Poza tym, pojawia się nowe instrumentarium. Zmieniłam też swój podstawowy skład koncertowy, bo chciałam dostać nowego wiatru w żagle. Ale to Michał wpadł na pomysł zaproszenia do współpracy Atomów. Myśleliśmy początkowo o zrobieniu kilku remiksów. Ale po chwili stwierdziliśmy, że to oklepane posunięcie.  Pójdźmy w inną stronę – do źródeł, do żywych instrumentów, zróbmy wersje akustyczne! Od razu zadzwoniliśmy do Atomów, jazzowego kwartetu smyczkowego, muzyków, którzy mają bardzo otwarte głowy! Mateusz Smoczyński, jest chyba jedynym skrzypkiem, który tak gra z perkusyjnymi czopami, całą rytmikę trzyma w garści. Jak oni tę naszą eksperymentalną elektronikę przełożyli na smyki i okazało się, że można te wszystkie dźwięki, arpegiatory zagrać tu i teraz na instrumentach smyczkowych, bo muszę zaznaczyć, że nagraliśmy tę płytę bez żadnych poprawek, na setkę, po trzy podejścia, co dla mnie było totalnym wyzwaniem. Mam do Atomów mega szacunek. Podczas jednej sesji nagraliśmy 7 utworów, razem z video, w Alvernia Studios pod Krakowem, choć utwory nie były kompletnie ograne. Przy „So Natural” jeszcze patrzyłam w tekst spisany na kartce! Niektóre numery w ogóle nie były, mówiąc żargonem, ośpiewane. A potem sobie pomyślałam, że może to dobrze, że ich nie miałam przećwiczonych, przerobionych, prześpiewanych, osadzonych, bo dzięki temu adrenalina we mnie buzowała,  byłam całkiem na świeżo, bardziej czujna, otwarta, słuchająca. Do tego doszły improwizacje, które przenoszą muzykę w niezwykle prawdziwy wymiar. Na tym się trzeba skupić, to bardzo trudne rzeczy. Przy nagrywaniu na setkę nie ma szans na poprawki jakiejś jednej partii, bo mikrofony wszystko zbierają, więc zagraliśmy to na nieprawdopodobnej adrenalinie! Z korzyścią dla muzyki. Miks zrobił Leszek Kamiński. Fajna przygoda. Niezapomniana.

Natalia, w całej rozpiętości pomiędzy akustycznymi instrumentami, ksylofonem a elektroniką, co Cię inspiruje obecnie?

U mnie od zawsze miksowało się dużo różnych dźwięków. Oboje z Michałem jesteśmy bardzo otwarci. Słucham różnorodnej muzyki, potrafię pojechać do Berlina za Jamie Cullumem na koncert jazzowy, po czym gnamy na koncert nazwijmy to hardcore-elektro Nine Inch Nails. Uwielbiam Depeche Mode, słucham dużo elektroniki, nowości. Do 3-ej nad ranem potrafimy oglądać najnowszy koncert Björk, absolutnie zachwycający. A na płycie mamy też akustyczne brzmienia, takie bardziej klasyczne. Słuchamy tego, co jest fajne. Jeśli nagle w czymś poczujemy prawdę, coś nas przekona, będzie świeże, a najlepiej odkrywcze, to super - gatunek nie ma znaczenia! Jedyne czego nie lubię w muzyce, to powielania schematów. Jeżeli widzę, słyszę, że coś idzie pod jakąś linijkę, że jest zrobione, uszyte na miarę czegoś, to mnie od razu od takiej muzyki odrzuca. A poza tym poszukujemy. Laura Mvula bardzo mnie otworzyła na szeroką fakturę, symfoniczną, wydała świetny album z Metropole Orkest. Zresztą też miałam kilka takich symfonicznych spotkań, grając z różnymi orkiestrami. Często występuję z Orkiestrą Adama Sztaby, zagrałam na pierwszym koncercie w Polsce Night of the Proms…Ostatnio śpiewałam nawet nowe utwory „Na koniec świata” i Miau” z Orkiestrą Filharmonii Szczecińskiej i Toruńską Orkiestrą. Było to bardzo wyjątkowe przeżycie.

Może kiedyś powstanie trzecia wersja „Ósmego planu” – symfoniczny mariaż z elektroniką! Obie płyty, elektro i akustyczna, choć tak różne, są bardzo interesujące, ciekawe na swój sposób. W dodatku ta zbitka, kiedy człowiek wbrew przyjętym zasadom przechodzi z elektronicznej do akustycznej mikstury (przyzwyczajony, że zazwyczaj jest na odwrót) zaskakuje i powala!

Bardzo się cieszę, choć zabrzmi to banalnie w tym kontekście, jest naprawdę spełnieniem moich marzeń.

Nie musisz się bać banału, daleko Ci do niego. Jeśli ktoś uważnie Ci się przyjrzy, zasługujesz na miano – skoro już przy populizmie jesteśmy – królowej eksperymentu. I nie mam tu na myśli wyłącznie Twoich metamorfoz muzycznych, które są bardzo wyraziste zwłaszcza od „Sexi-flexi”, ale myślę też o wizerunku. Jesteś mistrzynią kreacji niebanalnej. Zwracasz uwagę na kolor, formę, fakturę, aż się prosi żeby zapytać jakie kino, czyli wielopłaszczyznowy obraz,  jest Ci najbliższe?

Takie jak muzyka! Dzięki Legalnej Kulturze obejrzałam świetny eksperyment na żywym organizmie – myślę, że wszyscy obecni na projekcji poczuli się, jakby brali udział w tej fabule – mam na myśli obłędne „Dzikie historie”! Ten film, wyprodukowany przez Pedro Almodovara, wbił mnie w fotel. Naprawdę dawno nie przeżyłam takich emocji! Reżyser robił ze mną co chciał, szłam za nim jak szczenię wabione piszczącą zabawką. Identyfikowałam się z postaciami, wzruszałam, wkurzałam, płakałam i śmiałam się na przemian. Istna emocjonalna rewelacja! Ale pasjami wielbię Woody Allena. „Zeliga”, „Wojnę i miłość”, te starsze filmy, w których jego błyskotliwość aż kipi. On ma mega ciekawe, wnikliwe spojrzenie w ludzką naturę. I niezwykle odkrywcze skojarzenia – to podstawowy atut tego scenarzysty i reżysera w jednej osobie. Niesamowite, że ktoś ma tak żywą inteligencję.

Taką płodność i takie przeloty!

Prawda! Film jest dla mnie światem, w który w ogóle bardzo lubię się zanurzać, ale nowym odkryciem jest dla mnie forma serialu. Jesteśmy nowicjuszami z Michałem w tym tyglu, bo dopiero od pół roku daliśmy się wciągnąć w tę strefę fiction, ale czuję, że szybko z niej nie wyjdziemy. Serial jest dziś na niebywałym poziomie. Zaczęliśmy może klasycznie i ciut banalnie, bo od „Downtown Abbey”, teraz oglądamy „Homeland”. Niestety nie mamy na to czasu a widzę, że wszyscy nasi znajomi śledzą wiele historii jednocześnie. Nie miałam pojęcia, że siedzą w serialach po uszy. To najlepiej świadczy o artystycznym rozwoju i poziomie tej formy współcześnie.

Skoro o artyzmie mowa – kto jest dla Ciebie mistrzem gry aktorskiej?

Zacznę od niedawnego odkrycia - Dawid Ogrodnik, z rodzimego panteonu aktorów jest dla mnie objawieniem. Tak intrygujący i elektryzująco wiarygodny w każdej roli, w której go widziałam, że naprawdę ma się dreszcze. Niesamowicie charyzmatyczny jest według mnie Eryk Lubos. Wyrastałam na filmach z Tomem Hanksem, Robertem DeNiro, Seanem Pennem, czy Leonardo DiCaprio, Bradem Pittem, Johnym Deppem. Uwielbiam ich za całokształt. Lubię filmy Tarantino, ten rodzaj przegięcia i używając potocznego jęzka – trzymania widza za mordę. Ale filmy, które mi siedzą pod skórą chyba dożywotnio, to „Przełamując fale” i „Tańcząc w ciemności” Larsa Von Triera. To nie jest kino, do którego się wraca, a w każdym razie nie często. To jest kino na przeżycie. Skok z bungee za każdym razem. Filmy Von Triera najmocniej wzburzają mnie emocjonalnie. Działają i zostają, właściwie na całe życie. Po pierwszej projekcji „Przełamując fale” ryczałam przez kilka dni. Nie mogłam się opanować. To się nazywa przeżyć film.

Ja tak właśnie przerobiłam „Festen” Thomasa Vinterberga, też współtwórcy Dogmy. Siedziałam w kinie, chciało mi się wymiotować z emocji i czułam się jak metakomunikator. Wstrząsające przeżycie, ale o to tym reżyserom chodziło. Mistrzowie w osiąganiu zamierzonego efektu.

Namacalnego niemalże! Odczuwalnego całym sobą. A propos takiego odbioru sztuki, coraz częściej trafiam do teatru. Niedawno w Teatrze Narodowym  obejrzałam inscenizację „Iwony, Księżniczki Burgunda” Witolda Gombrowicza w reżyserii Agnieszki Glińskiej. Wybitnie wystawiona sztuka! Z moją 90-letnią Babcią widziałam „Trzeba zabić starszą panią” w Och-Teatrze z Barbarą Krafftówną w roli głównej. Cudowne jest to, że Grzegorz Jarzyna zaprosił Danutę Szaflarską do „Drugiej Kobiety” wystawianej od zeszłego roku w TR Warszawa. Jest wiele znakomitych spektakli, na które warto pójść, a teatr sam w sobie jest miejscem magicznym. Nawet dzieci mają wypasione sztuki. Zachwyciła nas inscenizacja prozy Doroty Masłowskiej w Teatrze Studio pt.: Jak zostałam wiedźmą” z rewelacyjną Kingą Preis w roli głównej. Mistrzostwo.

 

fot. Marta Wojtal

 

Teatr jest też jedyną formą sztuki, która dzielnie broni się przed ekspansją nielegalnych źródeł!

Fakt, zachowaliśmy szczęśliwie tę krztynę przyzwoitości, kultury osobistej i szacunku dla artystów, dzięki której zbojkotowalibyśmy jako widzowie każdego, kto próbowałby w teatrze nagrać spektakl telefonem komórkowym! Osobiście jestem przerażona tym co się dzieje wokół, losami sztuki w cyfrowym świecie. Wydając „Ósmy plan” w firmie Warner z automatu zdeklarowałam się, że nie mam absolutnie nic przeciwko cyfryzacji albumu i sprzedawania go w tej formie po kawałku. Niech ludzie pobierają sobie pojedyncze utwory, nikogo nie zmusimy do ściągania całego albumu jeśli polubił tylko jedną piosenkę, ale niech ten ktoś zapłaci za ten jeden kawałek, jeśli chce go słuchać. Przeraża mnie ta ignorancja i brak poszanowania praw twórców u współczesnych odbiorców. Niestety, to smutne co powiem, ale uważam, że my artyści nie przebijemy się sami. By przekonać opinię publiczną by wróciła do dobrych nawyków płacenia za kulturę i sztukę musi nam pomóc prawo. Choć oczywiście takie kampanie jak wasza Legalna Kultura, kampania kinowa „W czerni kina”, albo projekt „Kultura na widoku” są dziś niezbędne w przestrzeni publicznej. Im więcej, częściej, głośniej będzie się mówiło o naruszaniu praw twórców, edukowało społeczeństwo jak odróżnić źródła legalne od nielegalnych, tym lepiej. Fajnie gdyby to się działo w szkołach od najmłodszych lat. Ale nadal uważam, że ze względu na luki w prawie musi nam pomóc rząd, że trzeba ingerencji ustawodawczej. Skoro treści kultury są za darmo na wyciągnięcie ręki, to po co płacić. To jest problem globalny.

Pokutuje też pojęcie show businessu jako bogatej elity klasowej.

Tylko Polska to nie USA, żyjemy w innych realiach. Nie narzekam. Wiem, ile za 15 minut pracy bierze Pan taksówkarz, który dowozi muzyka ze sprzętem na próbę. Ile za swoje usługi weźmie pan hydraulik, pan glazurnik itd. a ile poświęcenia, czasu, energii i talentu musi włożyć muzyk, żeby ćwiczyć, targać i rozstawiać sprzęt, inwestować w instrumenty, zagrać, wymyślić, stworzyć, nagrać, zaaranżować, wyprodukować i wydać płytę często za własne pieniądze. Uważam, że to niesprawiedliwe. Tym bardziej, że tworzymy i oddajemy odbiorcy strawę duchową, coś niematerialnego, metafizycznego, co jest bardzo potrzebne, czasem niezbędne do dobrego samopoczucia albo podniesienia nastroju. Muzyka często utrzymuje ludzi w najtrudniejszych chwilach, a jest tak niedoceniona, że te dysproporcje aż bolą. Dziś płytę za własne pieniądze nagrywa się po to, by móc z tym nowym materiałem pojechać na koncert, bo to jest chyba jedyna forma sztuki, jeśli chodzi o muzykę, za którą ludzie płacą. Koncertu, tego wspólnego feelingu wykonawcy i publiczności, nie da się ściągnąć z nielegalnego źródła. Trzeba przyjść, zapłacić i przeżyć jak niezapomniane doświadczenie, coś tu i teraz, nie do podrobienia. Szczęśliwie, ludzie jeszcze potrzebują takich emocji i tej formy weryfikacji życia. Sztuka na żywo, to jest to, co na pewno przetrwa. O resztę trzeba zawalczyć, bo machina poszła za daleko.

A Ty kupujesz rzeczy przez Internet?

Książki, albumy, filmy, które są dla mnie ważne z jakichś powodów, kupuję. Lubię zapach papieru, farby drukarskiej, istotne są dla mnie zdjęcia, grafika. Książka, nawet ta mała w albumie ulubionego wykonawcy jest ważna. Muszę mieć opisy, móc sprawdzić kto zagrał partię instrumentu w piosence, która zapadła mi w sercu. Ale fakt, coraz więcej utworów kupuję przez Internet. Głównie ze względu na nośniki, na których obecnie odtwarzamy wybrane dzieła – oczywiście słucham na słuchawkach, ale czasem w domowym studio, często w trakcie podróży w aucie. Jakość jest ważna. Dlatego też poligrafia na moim albumie jest istotną częścią, spójną z całością. Adam Żebrowski jest mistrzem, opracowana przez niego szata graficznego okładki znakomicie oddała charakter naszej muzyki. Uwielbiam czytać teksty. Nie na tekstowo.pl, tylko na okładkach płyt, z przecinkami tam, gdzie chciał jest postawić autor, bez błędów, czcionką dobrze osadzoną w kompozycji. Lubię sobie poszeleścić płytą… Książki też czytam nadal w papierowych wydaniach.

Szeleśćmy zatem nieprzerwanie! Piękną klamerką spinamy ten dialog! Zaczęłyśmy od deklaracji Dogmy o sztuce, przeszłyśmy przez manifest miłości Waszego duetu z Michałem po przyjacielsku nazwanego Kukuftwerk, a kończymy na poszanowaniu sztuki i jej twórców. Wiesz, ja nie przepadam za muzyką elektro, ale… nikt mi nie wmówi, że muzyka elektroniczna jest odhumanizowana! Podpisuję się pod tym Twoim wiosennym dekretem odrodzenia „Ósmy plan” i zapraszam na Twoje koncerty!

Rozmawiała: Anita Banita Bartosik
Zdjęcia: Marta Wojtal

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!