Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Czytanie to kwestia międzypokoleniowa

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Czytanie to kwestia międzypokoleniowa

Czytanie to kwestia międzypokoleniowa

27.02.15

Jest jednym z tych autorów, których popularność dowodzi, że mimo cyfrowych czasów dobra literatura nadal jest w cenie. - Młodzi ludzie potrzebują bodźców, które będą poszerzać ich wyobraźnię. Trochę innych niż my, ale nie ma się na co oburzać, bo nasze też były inne niż naszych rodziców. Natomiast to my - dorośli - musimy kreować potrzeby i styl życia. Potrafić zatrzymać się na chwilę, by obejrzeć trzygodzinny film i przeczytać książkę mającą więcej niż 200 stron - mówi autor popularnej młodzieżowej serii "Felix, Net i Nika". O pisarstwie i rynku książki rozmawiamy z Rafałem Kosikiem.


650 tys. sprzedanych egzemplarzy 13 tomów "Felixa, Neta i Niki" to liczba robiąca wrażenie. Jak się osiąga taki nakład?


Pisze się kolejne książki - jedną po drugiej. I stara się, by każda kolejna nie była gorsza od poprzednich. Chyba tak.

Zajęło Ci to 10 lat. Przez ten okres czytelnik, do którego kierowałeś pierwszy tom serii zdążył dorosnąć i zmienił się. Jak za nim nadążyć?

To jest pewien problem, bo w literaturze young adults rzeczywiście szybko traci się czytelników. Oni dorastają i za każdym razem trzeba zdobywać nowych. Udało mi się jednak osiągnąć coś takiego, że niektórzy starzy czytelnicy, mimo że dorośli, nie przestali czytać "Felixa...". Czasem mają już własne dzieci, lecz nadal czytają premierowe tomy. Staram się zawrzeć w treści jakieś warstwy również z myślą o nich. By się nie nudzili.

Tym pierwszym odbiorcą Felixa był Wasz syn. Dziś 18-letni. Nadal jest wiernym czytelnikiem serii?

Nigdy nie był fanem Felixa, bo chyba zawsze widział w nim coś, co odbiera mu mnie jako ojca. Wieczorami, kiedy moglibyśmy razem oglądać jakiś film, często siedziałem w gabinecie i pisałem. I chyba tak mu się to kojarzy. Ale czyta. Trochę jednak wyrósł i ostatnie tomy przeczytał za jednym zamachem, po kilku latach przerwy.

A co w takim razie czyta? Jesteś dla niego literackim autorytetem? Podsuwasz mu książki?

Już od dawna sam sobie je wybiera. Lubi fantastykę z tego tzw. Złotego Okresu - do lat 70. A także klasykę literatury, o którą bym go nie podejrzewał - Steinbecka, Dostojewskiego. Ostatnio przeczytał Zbierzchowskiego "Holocaust F" - polski przykład bardzo dobrej fantastyki naukowej, Szczepana Twardocha - a to już właściwie nie fantastyka. Czytaliśmy mu od dziecka, więc przyzwyczaił się, że słowo pisane jest ciekawe. Całe ściany w domu zastawione są książkami, więc nie da się od nich uciec.

Twoje książki dla dorosłych czytał?

Przeczytał i chyba mu się podobały, ale on niespecjalnie chce ze mną rozmawiać o moich książkach. Właściwie to może wolę, żeby nie rozmawiał...

              fot. A Mason

Masz kontakt z rówieśnikami swojego syna. Czy da się jakoś zdefiniować tego dzisiejszego 18-19 letniego odbiorcę kultury? Stworzyć jakiś profil?

To się nawet tak bardzo nie zmienia - większość ludzi zainteresowana jest prostszą formą i łatwą rozrywką. Wydaje mi się, że to jednak kwestia międzypokoleniowa. Wzorce kulturowe wynosi się z domu. Jeśli rodzice nie czytają, to trudno oczekiwać, że młodzi ludzie zainteresują się literaturą. I to zjawisko wędruje sobie przez kolejne pokolenia. Choć i tak wydaje mi się, że czytelnictwo wśród młodzieży jednak rośnie. Potrzebują bodźców, które będą poszerzać ich wyobraźnię. Trochę innych niż my, ale nie ma się na co oburzać, bo nasze też były inne niż naszych rodziców. Natomiast to my - dorośli - musimy kreować potrzeby i styl życia. Potrafić zatrzymać się na chwilę, by obejrzeć trzygodzinny film i przeczytać książkę mającą więcej niż 200 stron.

Młode pokolenie ma inne media, inne potrzeby. Dzisiejsi 40-latkowie wyrastali w cieniu telewizora, dzisiaj prym wiodą gry komputerowe i internet, które są jeszcze większymi pożeraczami czasu.

Z drugiej strony bez internetu trudno wyobrazić sobie świat i kontakt z kulturą. Jednak wielu młodych ludzi cały czas siedzi przez telewizorem, bo to nie wymaga nawet wysiłku klikania w jakieś linki. Natomiast ja jako autor muszę się dostosowywać do rzeczywistości. Moje powieści mają szybszą akcję i mniej „opisów przyrody” niż lektury sprzed kilkudziesięciu lat. Życie toczy się szybciej, więc jeśli chcemy, żeby młodzi czytali, nie możemy im podsuwać ramot.

No właśnie. Ty się nie boisz techonologii, co widać w "Felixie", gdzie Twoi bohaterowie posługują się najnowszymi gadżetami. I to bardzo sprawnie.

Rzeczywiście. Felix jest w tej grupie głównym gadżeciarzem. Ale nie korzysta z jakichś urządzeń, które dostał gdzieś na promocji, tylko ze specjalnie wybranych lub skonstruowanych przez siebie. Net, który jest "naczelnym informatykiem", też nie siedzi cały czas przed komputerem z nosem w grach, tylko robi coś w pewien sposób twórczego i niestandardowego. Chodzi o to, żeby pokazać, że gadżety i technologia są dla ludzi, a nie odwrotnie. Że możemy z nich korzystać twórczo.

Od samego początku jesteś wydawcą własnych książek. Technologia ma dziś ogromny wpływ na funkcjonowanie rynku wydawniczego. Kiedy pisałeś pierwszego "Felixa", to sprzedaż książek w internecie - zarówno w formie papierowej, jak i e-booków - dopiero raczkowała. Dziś stanowi chyba dość ważną jego część.

Sprzedaż przez internet papierowej książki rośnie bardzo szybko. Sprzedaż e-booków także, choć nadal stanowi mniej niż 10% rynku. Małe księgarnie padają, zmieniają się kanały dystrybucji, ale sam przedmiot, jakim jest książka, się tak bardzo nie zmienia. Nawet jeśli ma formę elektroniczną, to poza klikaniem na spis treści, nie oferuje jakiejś specjalnej interaktywności. Wizjonerzy prorokowali, że książka będzie ewoluować w kierunku interaktywnej prezentacji, ale to się nie dzieje. Ludzie, którzy sięgają po książki, szukają w nich spokoju, odłączenia się od rozpraszających elementów, wyskakujących reklam itd. Chcą po prostu czytać. Co ciekawe, wszelkie badania mówią, że młody czytelnik woli papierową książkę od e-booka.


fot. Rafał Sokulski

Mamy jeszcze trzeci rodzaj książki, jakim jest audiobook.

W Polsce nie ma wielkiego rynku na audiobooki. W Stanach, gdzie rządzi kultura samochodowa i pokonuje się nimi setki mil, audiobooki sprzedają się świetnie. U nas jest trochę inaczej. Ale audiobooki wydajemy, więc wierzymy w to, że jest to jednak jakaś część rynku.

A jak z perspektywy wydawcy odnosisz się do pomysłu Polskiej Izby Książki, która postuluje ustanowienie jednolitej ceny na nowe pozycje?

Wydaje mi się, że wszelkie formy takiej ścisłej regulacji rynku kończą się czymś złym. Odwrotnie niż miało być. Nie wierzę, że w wyniku tej regulacji książki nagle staną się tańsze. Pewnym plusem tej propozycji jest to, że próbuje ona zaradzić krótkiemu życiu książki. W tej chwili trwa ono dwa-trzy tygodnie, najwyżej dwa miesiące, a potem książka znika. Jest oddawana do magazynu. To jest dramatem tego rynku. Liczą się tylko bestsellery i nowości. Wydaje mi się, że Państwo powinno pomagać wydawcy w inny sposób, niż blokując możliwości promocji. Choć prawda jest taka, że wpadliśmy w pewną pułapkę. Polski rynek książki stał się rynkiem promocji. Cena okładkowa praktycznie nie funkcjonuje. Większość książek sprzedaje się dziś wyłącznie w promocyjnych cenach. Ale jeśli po paru miesiącach nie będzie można przecenić słabiej sprzedającej się książki, to co? Na makulaturę oddawać?

Wydajesz nie tylko swoje książki, ale także innych autorów. To nie tylko literatura dla dzieci i młodzieży, ale też pozycje dla dojrzałych czytelników. I całkiem świeży sukces na koncie - nominacja do Paszportu Polityki dla Wita Szostaka za "Sto dni bez słońca".

To najważniejsze wyróżnienie, jakie do tej pory mieliśmy. Nagród przyznanych przez środowisko fantastyki mamy wiele, ale w mainstreamie otrzymaliśmy dotąd tylko nominację do Nagrody Gdyni dla Szczepana Twardocha za "Tak jest dobrze". Ukazała się w tej samej serii, co książka Witka. Cieszy nas to, bo Wit Szostak to znakomity autor, który pozostaje niedoceniany.

Czy jest różnica między dotarciem do czytelnika Felixa a czytelnika Szostaka?

W Powergraphie mamy trzy linie wydawnicze. Pierwsza to moje powieści młodzieżowe. Druga - fantastyka. Nasza najnowsza seria to Kontrapunkty, w której wyszły m.in. książki Twardocha i Szostaka. I jest to zupełnie nowe doświadczenie. Z czytelnikami fantastyki mamy kontakt na konwentach, Felix to już marka, która sama się sprzedaje. Natomiast Kontrapunkty to literatura trudna do zaszufladkowania, której cechą charakterystyczną jest wyjątkowej urody język i rodzaj misji w zasypywaniu dziury między mainstreamem a fantastyką. To książki, które powinny się podobać i tym, i tym czytelnikom.



Rynek książki papierowej może trochę mniej, ale rynek e-booków ma jeszcze jeden problem - piractwo.

Obawiałem się, że kiedy wprowadzimy e-booki, to sprzedamy jedną sztukę, a wszyscy będą czytać. Na szczęście okazało się, że tak nie jest. Że dzieciaki jednak kupują. Chyba rozumieją, na czym to polega. Oczywiście gdzieś tam w sieci można znaleźć wersje pirackie, ale nie jest najgorzej. Nie mam oczywiście danych o tym, ile jest pirackich kopii w obrocie, natomiast sprzedajmy znacznie więcej e-booków, niż się spodziewałem.

Zdarzyło Wam się zderzyć z systemem? To znaczy znaleźć w sieci piracką wersję książki i próbować doprowadzić do jej usunięcia?

Robi to za nas dystrybutor. Na najpopularniejszych serwisach służących do wymiany plików pdf książki podmieniany jest na 10% cytatu plus link do sklepu dystrybutora. I tym samym działa jak reklama. Nie wiem, na ile jest to wkurzające dla tego, kto próbuje ściągnąć i czy działa wychowawczo, ale przynajmniej ktoś otrzymuje informację, że wydajemy e-booki i można je legalnie kupić.

Słynny casus wydawcy Sapkowskiego, który nie wypuścił e-booka i internauci zrobili to "za niego".

Pierwsze "Felixy" też były e-bookami, zanim zaczęliśmy je wydawać. Z masą błędów i złym formatowaniem, ale ktoś się pokusił. Jedna z powieści chodziła w sieci nawet jako scany. Dostałem maila od jednego z czytelników, że tak mu się te scany spodobały, że nawet kupi wersję papierową

A czy ten temat pojawia się np. na spotkaniach z czytelnikami? Muzykom zdarza się czasem, że podchodzi do nich ktoś po autograf ze spiraconą płytą.

Tak miał Sapkowski na jakimś konwencie w Rosji. Jedna trzecia ludzi przychodziła do niego po autografy z pirackimi książkami. Niektórzy mieli nawet kserówki. I nikt nie widział w tym niczego złego. Ale ten temat się pojawia. Kilka dni temu w komentarzu na stronie ktoś zapytał mnie, czy jeśli ma książkę papierową, to musi płacić za e-booka. W zasadzie nie wiem, co na to odpowiedzieć. Sprzedajemy na stronie taki pakiet książka + e-book, wówczas ten e-book jest śmiesznie tani, ale prawie nikt tego nie kupuje. Tłumaczenie zasad rynkowych młodym czytelnikom jest bardzo trudne. Wiele osób zupełnie nie rozumie, że autor wykonał sporą pracę i powinien otrzymać za to wynagrodzenie. Przez lata wszystko w internecie było za darmo. I nagle ktoś oczekuje od ciebie opłat. To bardzo silne przyzwyczajenie. Poza tym serwisy pirackie mają tę przewagę, że bardzo łatwo coś znaleźć i pobrać. A jeśli chcesz kupić e-book, to musisz znaleźć sklep, zarejestrować się, przejść jakąś procedurę, która jest dość upierdliwa. Dlatego większość e-rynku przejmą wielcy dystrybutorzy. Sam, jak chcę coś kupić zagranicą, korzystam z Amazona, a nie szukam jakiegoś sklepu w Australii.

Jak już wspominasz o zagranicy, to chciałem Cię zapytać o tłumaczenia "Felixa". Czeski, węgierski, litewski. Co z zachodnim rynkiem? Kiedy "Felixa" będzie można przeczytać po angielsku?

Pracujemy nad tym. Mamy agenta, który próbuje coś z tym zrobić na wyspach, bo wiadomo, że jak się wyda w Wielkiej Brytanii, to jakby się wydało na cały świat.

To dlatego akcję najnowszych przygód Felixa, Neta i Niki osadziłeś w Szkocji?

Nie, nie. To przypadkowa zbieżność. Po prostu lubię ten region. Zresztą to jest trzynasty tom, więc zanim ewentualny wydawca do niego dojdzie, to trochę czasu minie. Problem polega na tym, że te powieści są bardzo grube, a to wiąże się z wysokimi kosztami tłumaczenia. Jeśli wydawca wiele zainwestuje w tłumaczenie, musi już wydać kolejne pieniądze na reklamę i promocję, i tak koszty wydania takiej serii dla zagranicznego wydawcy rosną. To nie jest książeczka obrazkowa, którą da się wypuścić szybko i tanio, ale ogromne ryzyko ze strony wydawcy. No i nie wiadomo, czy seria się spodoba, bo przecież akcja dzieje się w Polsce. Dlatego jest to trudne.

A tymczasem Felixowi, Netowi i Nice wyrosła konkurencja w postaci Kuby i Amelii.

To jest taka wewnętrzna konkurencja, ale skierowana do młodszych czytelników: 7-12 lat. Mam problem z ocenianiem wieku odbiorcy, bo są i sześcioletnie bystrzaki, które łykają Felixa. Natomiast w zamyśle "Amelia i Kuba" może być pierwszą "poważną" powieścią, którą dziecko przeczyta w pełni samodzielnie.

Myślisz o tym, by "Amelia i Kuba" również rosła z czytelnikami?

To zbyt odległe plany. Na razie skończyłem następny tom. Premiera już w kwietniu.


Rozmawiał: Rafał Pawłowski
Fot. tytułowa: Matěj Baťha/CC BY-SA

Redakcja i edycja: Rafał Pawłowski

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.




Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Spodobał Ci się nasz artykuł? Podziel się nim ze znajomymi 👍


Do góry!