Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Świetne uczucie - akceptacja

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Świetne uczucie - akceptacja

Świetne uczucie - akceptacja

Najpierw miałam problem z zaakceptowaniem siebie jako klawiszowca, bo jestem szkolonym skrzypkiem. Później, kiedy zaczęłam śpiewać, musiałam przyjąć, że jestem wokalistką. Ale przecież – myślałam – „nikt mnie nie uczył bycia wokalistką, nie jestem nią”. A już najgorzej było, kiedy ktoś mówił do mnie per „artystka”. To słowo kojarzyło mi się z CSW i z malowaniem obrazów. A teraz mierzę się z byciem „poetką”, więc tego jest już za dużo - mówi Barbara Wrońska, 1/3 zespołu Pustki i 1/2 Ballad i Romansów. O zmianie świata na solowy i płycie "Dom z ognia" z wokalistką rozmawia Jan Niebudek.



Podczas koncertu, jaki w połowie lutego zagrałaś w studiu radiowej Trójki, powiedziałaś, że „to zaszczyt stać na tej scenie” studia im. Agnieszki Osieckiej, ale tym, co najbardziej zapadło mi w pamięć było słowo, które padło za moment – „sama”. Rozumiem, że to zaszczyt, ale pewnie też inny kontakt z publicznością, inna wymiana energii, inna skala odpowiedzialności – nie jesteś już częścią grupy Pustki, czy nawet duetu Ballady i Romanse.

To dla mnie kompletnie nowy wymiar sceny... Tak naprawdę dopiero, kiedy po raz pierwszy wyszłam z tymi piosenkami – było to w listopadzie - zdałam sobie sprawę, jak wielka to odpowiedzialność: „utrzymanie” koncertu. I nie chodzi tylko o to, że wszyscy oceniają tylko mnie, ale o wysiłek fizyczny i mentalny związany z tym, że ludzie przyszli tu tylko na mnie, patrzą tylko na mnie, a ja muszę utrzymać z nimi kontakt, zbudować atmosferę tego koncertu. I to było dla mnie największym wyzwaniem, bo w zespołach – i w Pustkach, i w Balladach – miałam zawsze te „boczne” stanowiska i to wszystko jakoś się rozkładało. Na koncertach Ballad raz mówiła coś Zuzia Wrońska, raz ja, w Pustkach mówił głównie Radek Łukasiewicz, więc ja jakoś się nie siliłam, żeby się udzielać...

Zza klawiszy, bo na nich grałaś w Pustkach.

Tak, zza klawiszy (śmiech) i wolałam się skupić na śpiewaniu. Jest to więc zaszczyt, że ludzie przyszli „na mnie”. Już nie na jeden zespół o ustalonej renomie, czy na drugi, awangardowy i ciekawy, tylko na mnie, „na Basię”. Pojawia się tu wiele wzruszeń, bo stanięcie na scenie samodzielnie zawsze pozostawało dla mnie w sferze marzeń. A jednocześnie cały czas coś mnie powstrzymywało przed zrobieniem tego pierwszego kroku – lepiej późno, niż wcale! (śmiech)

Do tego, co takiego Cię powstrzymywało na pewno jeszcze wrócimy, ale teraz chciałbym chwilę porozmawiać o… czasie. Bo z jednej strony funkcjonujesz, jako przedstawicielka młodego pokolenia artystów…

No... powiedzmy. (śmiech)

Ale… no właśnie - przed rozmową sprawdziłem, Ballady i Romanse powstały w 2005 roku!

13 lat…

Właśnie, 13 lat. A Pustki powstały jeszcze wcześniej. W tym kontekście przypomina mi się jeszcze jedna rzecz, którą powiedziałaś w trakcie wspomnianego koncertu w Trójce, tj. że „przemijanie jest fajne”. Czyli, jak rozumiem, nie boisz się pierwszego siwego włosa? I do tych spraw podchodzisz ze spokojem?

Podoba mi się to miejsce, w którym teraz jestem w życiu. Nie chciałabym znowu być tą „osóbką” sprzed dziesięciu lat, która jest taka przestraszona, nie wie dokąd zmierza, nie wie, czego chce, można wiele rzeczy jej narzucić. Podoba mi si  też to, że mam rodzinę, teraz drugie dziecko „w drodze” i że w jakiś sposób „osiadam nogami na gruncie”, bardzo mocno. Lepiej mi w takim układzie i hmmm… „jara mnie” to przemijanie, podoba mi się to!



Barbara Wrońska – tak podpisana jesteś na solowej płycie - czy Basia – jak znaliśmy Cię wcześniej? Jak wolisz, żeby Cię nazywano?

Wiesz, „Barbara Wrońska” była potrzebna po to, żeby jakoś odciąć się, muzycznie i psychicznie, od tego, kim byłam w macierzystym zespole Pustki i w siostrzanym duecie Ballady i Romanse. Takie „odklejenie” wcale nie jest proste, zwłaszcza, że na oba zespoły miałam dosyć duży wpływ. Stąd właśnie pojawienie się „Barbary”, zresztą nigdy wcześniej nie używałam tej wersji swojego imienia, więc spodobało mi się to. Poza tym kojarzy mi się ona z dorosłą osobą, to już nie „Basia”. Teraz jest „Barbara, która śpiewa”. (śmiech)

I śpiewasz takie piosenki, jak na przykład „Nieustraszeni”, która urasta do roli pokoleniowego hymnu. Mówisz w niej właśnie o takim momencie, kiedy to mamy już na koncie sporą garść doświadczeń…

Ale jeszcze nie jesteśmy starzy… Tak, to ciekawe, co mówisz, bo wielu moich rówieśników pisze do mnie, że „Nieustraszeni” to piosenka o nich, że doskonale czują ten moment, kiedy to z jednej strony masz poczucie, że jeszcze możesz wszystko zrobić w życiu, a już tak wiele masz za Tobą. I właśnie tak chciałam, żeby ten utwór zabrzmiał. Chodziło też trochę o to, że to takie dumne i naiwne myśleć, że „wszystko możesz”. U kobiet, a przynajmniej u mnie działa to tak, że dopóki wiem, że mogę mieć dzieci, „to luzik” - wszystko jest możliwe, a życie jest „młode i pełne energii”.  A jednak – to tak nie działa. (śmiech)

Na płycie zawarłaś bogatą paletę przeżyć i emocji. Jest macierzyństwo, jest też rozstanie, pogodzenie z nim, albo niepogodzenie – ze strony tej „drugiej” osoby… Bardzo osobiste doświadczenia, którymi się dzielisz. Czy to nie tak, że aby móc w pełni i szczerze podzielić się sobą z ludźmi, po prostu trzeba nagrać płytę samodzielnie?

To bardzo trafne spostrzeżenie i tak naprawdę właśnie to było powodem nagrania „Domu z ognia”: chciałam opowiedzieć swoją historię, przeżyć coś bardzo silnego i osobistego, a nie czułam się na siłach, żeby „wtłaczać” to do zespołów, w których nie piszę tekstów (ani w jednym, ani w drugim). W Balladach czasem napiszę jakiś tekst, ale to jednak Zuzia jest tam mistrzynią słowa. W Pustkach z kolei taką osobą jest Radek Łukasiewicz i też świetnie mu to wychodzi. Uznałam więc, że nie będę teraz udowadniała im, jak bardzo to jest moja osobista rzecz i jak bardzo teraz będę próbowała napisać te teksty i samodzielnie to przeżywać, tylko że muszę nagrać swoją płytę, że potrzebuję swojej przestrzeni. Poza tym zapragnęłam mieć własny kawałek muzycznego świata. Takiego, którego nie dzielę z nikim. Bo od zawsze dzieliłam go z kimś, a teraz chcę mieć coś, czym nie muszę się dzielić. Chociaż to oczywiście też sprawa umowna, bo mimo, że sam proces twórczy to taka moja „samotnia”, to na koncertach gram przecież z muzykami i musimy się dogadywać, tworzyć zespół.

Ale to Ty rządzisz!

No tak, ja rządzę (śmiech), ale też muzycy, z którymi gram mają na tyle dużo doświadczenia i wyczucia, że w zasadzie nie muszę im mówić tych wszystkich: „tu zagraj tak, tam inaczej” etc. Nie, oni to czują, kumają, jaki jest przekaz tego przedsięwzięcia, także… jest luz.

Często przy okazji tak osobistych, jak „Dom z ognia”, wypowiedzi artystów pyta się o to, czy sztuka pełni dla nich funkcję terapeutyczną. Tu jednak mam wrażenie, że jest inaczej, i że to wszystko o czym śpiewasz, jest już przeżyte, przepracowane. Jak myślisz, co to może dać odbiorcom?

Rzeczywiście jest trochę tak, jak mówisz. Na pewno potrzebowałam czasu, żeby nabrać dystansu do tych przeżyć. A moja przemiana polega na tym, że pozwoliłam sobie na przeżycie ich. Bo jednak, kiedy człowiek  jest nieświadomy siebie, to tkwi w tych swoich przeżyciach i emocjach po uszy, nie jest w stanie się od nich oddalić, obejrzeć ich z boku, zdystansować się. Nie potrafi też odizolować się od tego wszystkiego uczuciowo, żeby w końcu zaakceptować. Kiedy coś Cię przytłacza, to chcesz raczej uciekać, a nie za bardzo umiesz powiedzieć sobie: „to jest takie, jakie jest i ja to przyjmuję”. Pozwoliłam sobie jeszcze raz wejść w te moje doświadczenia, i opowiedzieć o nich po swojemu…

A nie bałaś się do nich wracać?

Nie, to wszystko działo się na przestrzeni lat, nawet nastu lat. Ja po prostu bardzo chciałam opowiedzieć coś o sobie. Nawet tekst utworu „Abstrakcja”, który jest abstrakcyjny, jak sama nazwa wskazuje, też jest o mnie. I o tym, że ja te wszystkie wykrzywione i dziwne rzeczy lubię, i że pomaga mi to w życiu, i w którymś momencie nauczyłam się to w sobie akceptować. A zatem potrzebowałam dystansu, ale i poczucia pewności, co i jak chcę powiedzieć. Wiedziałam, że płyta inna, niż osobista, nie ma sensu. Że na tym etapie, na którym się znajdowałam, tworząc ten album, czułam, że nie chcę niczego kreować, że chcę pozostać sobą, bo inaczej zginę. Nie umiem udawać, nie kalkuluję, nie tworzę założeń, i tylko bycie sobą mnie uratuje w tej sytuacji.

Dochodziłaś do takiego myślenia?

Tak, zresztą pierwotnie to miała być płyta z muzyką elektroniczną i taneczną. (śmiech)



fot. Zosia Zija i Jacek Pióro dla Zwierciadła

Wszystko przed Tobą!

Tak, i zdawało mi się, że mogę to zrobić. Ale jednak poczułam, że w środku wciąż mam jakąś drzazgę, że ten kompas - zawodzi. I powiedziałam sobie: „Nie, nie, nie w tym momencie! Teraz masz coś ważniejszego do zakomunikowania. Poszukaj jeszcze!” Bardzo zależało mi na tym, żeby było to coś, z czym będę miała łatwość konfrontowania się na scenie, żebym nie czuła się od tego odłączona, żebym mogła to przeżywać na bieżąco. Muzyka taneczna i elektroniczna pozostają w sferze marzeń, ale to jeszcze nie był ten moment.

Choć trochę tej elektroniki jednak znajdziemy. W utworze zatytułowanym „Depression”, który jak powiedziałaś podczas trójkowego koncertu, jest jednym z Twoich ulubionych, mamy sporo takiej ciężkiej, brudnej elektroniki…

Tak, i to są rzeczy, które pociągały mnie na samym początku. „Depression” to właśnie jeden z tych „odpadów” – utworów, które ostały się z pierwotnego pomysłu przygotowania płyty „elektronicznej”. I była ona dla mnie tak ważna, również ze względu na obecny w niej męski wokal, ale i sam temat – depresji – o której tym utworem chciałam opowiedzieć,  że „wtłoczyłam” ją na płytę. Zresztą ludzie piszą, że brzmi jak „odnoga” od mojej przygody z elektroniką, będę więc starać się rozwijać od tej strony (śmiech). Sporo jest na tej płycie takich „pomostów”, które łączą to, z czym można było mnie kojarzyć do tej pory, z tym, co może znajdzie się na mojej kolejnej płycie.

Zastanawiam się, czy to, że teraz tworzysz także solo, wpływa jakoś na Ballady i Romanse, na Wasze koncerty?

Na te chwilę skupiam sie przede wszystkim na moich solowych działaniach. Ballady i romanse występują dość rzadko. Koncertujemy od wielkiego dzwonu, raz na parę miesięcy. Niczego nowego też aktualnie nie tworzymy, może gdyby tak było, to mogłabym się zastanawiać, czy i jaki wpływ na to ma moja działalność solowa. Ale ponieważ oczywiście wiele osób pyta mnie o moje relacje z siostrą – te osobiste, i czy przypadkiem „Zuzia nie obraziła się, że zaczynam działać solo” (śmiech) - to oczywiście muszę powiedzieć, że nie. To Zuźka, która bardzo wierzyła w mój talent, i dzięki której zresztą znalazłam się w Pustkach, od lat ciosała mi kołki na głowie, żebym w końcu nagrała swój album. W którymś momencie zrezygnowała, bo uznała, że to nie ma sensu i „od jej mówienia” to się nie wydarzy. A więc ona jest takim moim fanem, choć z drugiej strony też wiadomo, że pewnie wolałaby, żeby to wszystko rozwijać jednak razem… Teraz też jest specyficzny moment, bo wiadomo, ze w kwietniu to wszystko będę starała się pogodzić z malutkim dzieckiem. Natomiast jest taka… przejęta, że w końcu zdobyłam się na to, żeby tę płytę zrobić, skończyć, żeby wydać (śmiech). Jest tyle momentów, kiedy ten proces może utknąć, co także przerabiałam… Zresztą to „utykanie” było mi na rękę, bo nagle miałam wymówkę, żeby nie kończyć pracy. Ale Zuzia jest pod wrażeniem i dopinguje mnie.

Lista napisów końcowych przy płytach Beyonce liczy dziesiątki nazwisk. W przypadku „Domu z ognia” mam wrażenie, że wręcz nie ma tu rzeczy, której byś nie robiła osobiście. (śmiech)

Nie napisałam jednego tekstu. Marcin Staniszewski jest autorem słów do, zresztą najweselszej na płycie, piosenki zatytułowanej „Prosta droga”. Miksem zajął się Adaś Toczko, ale cała reszta to rok mojej wytężonej pracy, siedzenia po dziewięć godzin przy biurku i pisania, komponowania tych piosenek. I jest to wyzwanie, nie powiem… (śmiech) Zawsze myślałam, że samodzielna praca jest tym, co najlepsze. Ale po pół roku takiego zamknięcia, człowiek jednak dostaje trochę takiej „korby”, kiedy to nie ma z kim się skonfrontować. Dlatego te wszystkie osoby, którym dziękuję na płycie, odsłuchiwały jej na bieżąco. To moi znajomi z różnych środowisk – muzycznych, nie muzycznych, rodzinnych i tych dalekich, którzy byli moim lustrem. Wysyłałam im piosenki, a oni pisali o swoich wrażeniach. Nawet nie dawali mi jakichś uwag na temat tego, czy im się podoba, czy nie, czy coś by zmienili. Pisali raczej rzeczy w stylu „Ta piosenka to taka dyskoteka z lat 90-tych, widzę tu siebie z moim chłopakiem” – i to było fajne! No i jest też mój chłopak - był ze mną w domu i też cały czas rozmawialiśmy o płycie. Ale nie da się inaczej – proces jest żmudny, trudny. Marcin Macuk, który jest  przyjacielem – moim i Zuźki, był taką osobą, do której przychodziłam i próbowałam go jakoś wciągnąć w tę pracę, ale on wtedy mówił: „O nie, Ty musisz sama to zrobić. Ty jesteś w stanie sama to zrobić.” (śmiech)

Terapeuta! (śmiech)

Nie, naprawdę, on mi zajebiście pomógł. Zamiast tego całego: „dawaj!, tak!, zrobimy, pomogę etc.”, mówił: „hmmm… fajne, fajne, ale musisz to zrobić sama, to leży w Twoich możliwościach” – nie ma bata, co miałam robić..? (śmiech) To samo powtarzał mi Bartek Dziedzic do zdarcia.



fot.  Przemek Dzienis

„Domu z ognia” słuchałem w jednym z serwisów streamingowych, w których za miesięczną opłatę otrzymuje się dostęp do nowych albumów. Nie kupiłem zatem fizycznego nośnika, ale słuchałem Twoich nagrań z legalnego źródła, choć wiem, że wielu artystów raczej narzeka na tego typu serwisy. Jak się odnajdujesz w takiej rzeczywistości?

Na pewno nie powiem, żebym czuła się z tym dobrze. Kiedy dostajesz do rąk tę „cegiełkę”, jaką jest fizyczny nośnik - album, masz poczucie, że cały ten proces pracy naprawdę się zakończył, że to się rzeczywiście wydarzyło. I ten moment odbioru płyty z tłoczni był bardzo ekscytujący – że ten cały enigmatyczny czas, ten rok pracy, został „zamknięty” w krążku. Z drugiej strony sama korzystam z serwisów streamingowych, także kiedy chcę posłuchać swojej płyty. I w ogóle wydaje mi się, że to w dzisiejszych czasach, przy tym tempie życia, nieuniknione, jeśli chce się znać najnowszą muzykę i być na bieżąco, rozwijać się. Taki serwis jest pod tym względem bezkonkurencyjny. Nie ma kroku wstecz. W ogóle teraz wielu artystów nie decyduje się na wydanie płyty na fizycznym nośniku…

Ty jednak chciałaś.

Ja chciałam, dlatego, że to jest moja pierwsza płyta. Myślę, że z Pustkami, czy z Balladami nie miałabym tego „ciśnienia”, bo tam wydaliśmy już mnóstwo płyt. Może z moim kolejnym, solowym albumem też zrobię tak jak Radiohead, czyli udostępnię gdzieś w sieci pliki mp3 do pobrania za symboliczną kwotę… i tyle! Czyli zmiany trzeba „brać na klatę”, ale nie zmienia to faktu, że trzymanie w rękach płyty jest przyjemne, tak jak posiadanie książki.

A jak Twoim zdaniem ten coraz większy dostęp do dzieł kultury takich jak muzyka, seriale, czy e-książki – wpływa na świadomość społeczną? Teraz wydaje się, że łatwiej być „ w porządku” wobec twórców, łatwiej o legalne źródła dostępu do kultury i rozrywki…

Umówmy się, że artyści jakoś specjalnie nie zarabiają na tym, ze ich muzyka jest dostępna w serwisach streamingowych. Jedyne instytucje, jakie wspierają artystów to STOART, ZPAV, czy ZAIKS, które pilnują, żeby np. rozgłośnie radiowe odprowadzały tantiemy za granie utworów na antenie. Co do serwisów z serialami i filmami, mam abonament w jednym z najpopularniejszych, tyle że… on mi nie wystarcza. Chciałabym znaleźć tam na przykład filmy dokumentalne znane z festiwalu Docs Against Gravity, ale niestety można je zobaczyć tylko podczas samej imprezy, ew. właśnie szukając ich gdzieś w sieci, pobierając je – nielegalnie… Mamy oczywiście seriale, ale one są najczęściej rozrywką, jakimś znakiem czasu: „ten serial jest teraz popularny, bo…” Ja chciałabym szerszego dostępu do filmów, które poszerzają horyzonty, uwrażliwiają, tak jak właśnie wspomniane przeze mnie dokumenty. A tymczasem takie kino jest zwykle „zamknięte” na festiwalach i w kinach studyjnych.

Podczas słuchania „Domu z ognia” miałem wiele skojarzeń, ale jedno było czysto musicalowe. To utwór „Odnajdź mnie”, który przywiódł na myśl piosenki z „Córek Dancingu”. Można je zresztą, pod angielskim tytułem „The Lure” (pod takim tytułem film Agnieszki Smoczyńskiej dystrybuowano za granicą) odnaleźć właśnie w największym serwisie streamingowym.

Rzeczywiście „Odnajdź mnie” jest bardzo musicalowy, a wiele osób mówi mi, że „Córki” były swego rodzaju  „pomostem” do mojej solowej płyty… Jest tak też dlatego, że to głównie ja wyprodukowałam gros utworów do filmu. Marcin Macuk był takim „wspomagaczem”, ale jednak większość opierała się na mnie. Ja zresztą bardzo często, tworząc, „myślę obrazami”. I „Odnajdź mnie” jest właśnie takie bardzo ilustracyjne, filmowe. Zawsze byłam wielką fanką muzyki filmowej. Potrafiłam znać muzykę do filmu, jeszcze zanim ten pojawił się w kinach. I tworzyłam sobie własną wizję tego, co powinno być na ekranie, co później radykalnie „rozjeżdżało się” z tym, co sobie wymyśliłam, że ma być w tym filmie (śmiech). Czyli zarówno „Odnajdź mnie”, jak i „Depression”, mają w sobie coś filmowego i ilustracyjnego, a „odnajdź mnie” ma w sobie podobny poziom tajemnicy, co utwory z „The Lure”.

Posłuchaj płyty Ballad i Romansów "Córki Dancingu" z muzyką z filmu Agnieszki Smoczyńskiej bezpłatnie w Ninatece


Jak wspominasz dziś czas współpracy z Agnieszką Smoczyńską i późniejszy sukces filmu?

To był szalony czas! Pierwsze rozmowy na temat filmu toczyłyśmy 6 lat temu, więc patrzę na to z dużego dystansu, byłam wtedy innym człowiekiem, co innego mnie interesowało, co innego myślałam. Zaczęłam tę pracę, będąc w ciąży z synem, który dziś ma 6 lat, więc teraz myśląc o tym myślę sobie: „Co?!! Kiedy to było…” (śmiech) Agnieszka totalnie nas zafascynowała. Jest taką osobą, która w pełni Ci ufa, nie tłamsi Cię, nie podcina skrzydeł, a raczej daje pole do rozkwitu… Przyjemne było w tej pracy także i to, że chcieli nas, bo „to byłyśmy my”, a nie po prostu muzycy, którzy napiszą coś na zamówienie, a później „tu się wytnie, a tam wykastruje. I będzie”. Nie, oni chcieli, żebyśmy to my stworzyły te dźwięki.

Jako osoby czujące historię polskiej muzyki rozrywkowej, „oddychające nią”, mające pomysł, ale też jako poetki!

Tu myślę, że poetką jest Zuźka, ja sama siebie nazywam raczej autorką tekstów piosenek. Myślę, że chodziło też o to, że jesteśmy siostrami, a film opowiadał o więzi sióstr, później o jej rozpadzie, a poza tym o wchodzeniu w dorosłość i o całym tym „dziewczęcym przelocie”. Myślę, że to wszystko w naszej muzyce słychać. Czyli tę miłość – siostrzaną, ale też tę dziewczęcą, kobiecą. Jednym słowem miałyśmy tu dość łatwą sytuację, jeśli idzie o „przeciąganie twórców na swoją stronę” z pomysłami. Była jedna piosenka, na której utknęliśmy – „Czary, mary”. Powstało chyba z osiem wersji. Po pewnym czasie nie wiedziałam już, co się dzieje (śmiech), bo najpierw Aga chciała mieć taką „baśniową i tajemniczą” piosenkę, a później chciała, żeby „brzmiało, jak Nirvana”. Od Sasa do Lasa! A ja cały czas robiłam do tego, co mówiła, aranżacje, więc po jakimś czasie kompletnie się w tym gubiłam (śmiech). Była to ogromna przygoda! Po latach widzę, że „Córki dancingu” stały się początkiem mojej wielkiej przemiany. Że ja – pracująca nad tym filmem, mogłam dojść do miejsca, w którym jestem teraz.


fot. Zosia Zija i Jacek Pióro dla Zwierciadła

Ale to ciekawe, bo na wspomnianym przeze mnie albumie z piosenkami do Córek Dancingu, można usłyszeć je w wykonaniu występujących w filmie aktorek: Kingi Preis, Marty Mazurek, Michaliny Olszańskiej, Katarzyny Herman, Magdaleny Cieleckiej, czy – reprezentanta męskiej części obsady – Kuby Gierszała. Jakie to było uczucie – „oddać” swoje utwory innym wykonawcom?

To było strasznie dziwne, dlatego, że my zawsze tworzyłyśmy dla siebie. I to też była wielka nauka – że nie wszystko, co piszemy dla siebie, aktor jest w stanie zaśpiewać, dlatego musiałyśmy kilka razy dokonywać zmian, obniżać i podwyższać tonacje, bo coś było dla nich za wysoko, albo za nisko. Pamiętam ten pierwszy moment, kiedy usłyszałam, że nasz utwór, kiedy to my byłyśmy przyzwyczajone do naszych „demówek”, z naszymi głosami, śpiewa Kinga Preis. I moja pierwsza myśl: „Jak to? Co tu się dzieje?” (śmiech) Ale największe „zdziwko” przyszło, kiedy już po premierze filmu, postanowiłyśmy, że jeszcze raz nagramy te piosenki, że same je wyprodukujemy, i że nie będziemy się tu oglądać na sam film. I wtedy okazało się, że same nie jesteśmy stanie tego zaśpiewać! A było tak dlatego, że pisząc na potrzeby „Córek” myślałyśmy sobie: „może tu być wysoko, i tak to Kinga Preis będzie śpiewać i na pewno „wyciągnie” (śmiech). I Kiedy później próbowałyśmy „Przyszłam do miasta”, Zuzka mówiła: „Kto to wymyślił?! Kto pisze takie trudne piosenki?!” (śmiech)

Nasza rozmowa zaczęła się od przywołania koncertu w Trójce, podczas którego mówiłaś o tym, jakie to uczucie, kiedy stoisz przed publicznością sama… Ale jednak nie do końca sama... (śmiech) Niedługo na świat przyjdzie Twoje drugie dziecko. Czy ten stan jakoś wpływa na to, jaka jesteś na scenie?

Bardzo zmienia się głos. Po pierwszym dziecku miałam poczucie, że „mi się odetkało”. Zaczęłam nagle „atakować” wysokie i niskie rejestry. A wcześniej byłam raczej taką „dziewczyną środka”, taką trochę: „gubię się w tłumie” etc.

A tutaj – diva! (śmiech)

Wiesz, ze mną było tak, że najpierw miałam problem z zaakceptowaniem siebie jako klawiszowca, bo jestem szkolonym skrzypkiem. Ale już jakoś przyjęłam, że nim jestem. Natomiast, gdyby posadzić mnie przed nutami, żebym zagrała Bacha, to bym go pewnie nie zagrała. Ale dobrze, „jestem klawiszowcem”. (śmiech) Później, kiedy zaczęłam śpiewać, musiałam przyjąć, że jestem wokalistką. Ale przecież – myślałam – „nikt mnie nie uczył bycia wokalistką, nie jestem nią”. Ale… no już dobrze – śpiewam w tych Pustkach, to jestem wokalistką. Jednym słowem, strasznie się zadręczałam, bo brakowało mi takiego mentorskiego, pedagogicznego zaplecza dla moich działań muzycznych. A już najgorzej było, kiedy ktoś mówił do mnie per „artystka”. To słowo kojarzyło mi się z CSW i z malowaniem obrazów. (śmiech) A teraz mierzę się z byciem „poetką”, więc tego jest już za dużo. (śmiech)

Etykietki…

Etykietki, bo powiem Ci, że z żadnym z tych określeń nie potrafię jakoś się utożsamić. Uwielbiam śpiewać, widzę swój rozwój, i czuję się pewnie na tej płycie, ale nie uważam się za jakąś „megawokalistkę”. Zawsze trochę podkopuję tę swoją pewność siebie, żeby nie było zbyt komfortowo… Natomiast, rzeczywiście jest coś takiego, że kiedy te dzieci się pojawiają, to czujesz, że zaczynasz coraz bardziej się osadzać w życiu codziennym, w rzeczywistości. I tak jak nie powiem, że płytę nagrałam, bo zaszłam w drugą ciążę – zmiany w moim życiu, o których śpiewam na płycie, zaszły wcześniej - to na pewno jeszcze umocniło mnie to w moim myśleniu: „Mam rodzinę, dzieciaczki, to teraz mogę jeszcze Państwu zaśpiewać” (śmiech). Miało to więc na mnie ogromny wpływ…

Ale teraz stoisz w obliczu tego, co spotyka wiele kobiet, które zostają matkami. Chodzi o to, czy macierzyństwo jednak nie zakłóci czegoś w Twoim życiu zawodowym. Czy wydając teraz płytę, a za kilka tygodni witając na świecie drugie dziecko, nie masz obaw, że chociażby nie zdołasz odpowiednio wypromować tego materiału, że będziesz musiała odpuścić? A może kompletnie nie czujesz takiej presji?

Wiesz co, boje się… To naturalne, że mam takie obawy, ale z drugiej strony wiem też, że jeśli tak się stało, to nie mogło stać się inaczej. Przestałam się zadręczać myśleniem typu: „A może trzeba było to rozegrać inaczej, może trzeba było wcześniej…” Nie! Nie ma żadnego „wcześniej”, jakoś ani płyty nie byłam w stanie dokończyć wcześniej, ani nie udało mi się wcześniej zajść w drugą ciążę. Czekałam całe lata, żeby zdecydować się na drugie dziecko, i żeby faktycznie je mieć. Cały czas coś stało na przeszkodzie: „Bo Pustki teraz wydają”, albo „No teraz to nie, bo Ballady mają film”… Cały czas było coś, co mówiło: „To nie ten moment, będzie Ci ciężko”. Po czym zdałam sobie sprawę, że w tym zawodzie zawsze jest ciężko. Że nie ma nic pewnego. Że nikt nie zagwarantuje Ci tego, że Pustki odniosą sukces i  będziesz miała z czego żyć, ani czy podobnie będzie z Balladami, albo z moją solową płytą. Kiedy powiedziałam sobie, że nie ma takiej gwarancji, odpuściłam: „Skoro mogę mieć dziecko, to chcę je mieć teraz, bez sensu dłużej czekać” (śmiech) Ale też jest tak, że przy drugim dziecku człowiek jest też spokojniejszy, mniej napięty, „zna teren”, wie, z czym to się wiąże.  Czuję też ogromne wsparcie od mojego partnera, który powiedział, że nie muszę się wyłączać na pół roku z życia zawodowego, rezygnując z koncertów i promocji, że będziemy próbowali to ze sobą godzić. Przyjazne podejście ma też mój management. Mam zaplanowanych kilka letnich festiwali, natomiast trasę klubową zostawimy na jesień, co też jest rozsądnym krokiem, bo płyta „nie rozegra się” w miesiąc, będzie powoli poznawana przez ludzi, nie jest to takie typowe „top 10” (śmiech). Zrobimy drugi singiel, wypuścimy drugi teledysk, trzeci…

To wypada chyba zakończyć cytatem z pierwszego singla: „Nie czekaj, nie czekaj”. A więc żyj teraz, bo „teraz jest najlepszy czas!”

Trochę tak… Świetne to uczucie – być w zgodzie z tym, kim i gdzie jesteś. Przez wiele lat, nie mogłam tego odnaleźć, chciałam być gdzie indziej. A teraz myślę sobie, że wprawdzie mogłoby być lepiej, bo nie musiało się to wszystko dziać w tym samym czasie (śmiech), ale i jedno, i drugie jest wielkim szczęściem, więc…szczęście da się podźwignąć!

Rozmawiał: Jan Niebudek
fot. tytułowa: Zosia Zija i Jacek Pióro dla Zwierciadła


Płyta Barbary Wrońskiej "Dom z ognia" dostępna jest m.in. w serwisach streamingowych SpotifyTIDALDeezerPlusmusiciTunes czy Google Play.



Do góry!