Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Leśmian to geniusz, a ja jestem jego doboszem

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Leśmian to geniusz, a ja jestem jego doboszem

Leśmian to geniusz, a ja jestem jego doboszem

Dobra piosenka to taka, którą możemy gwizdać przy goleniu, a jednocześnie nie mielibyśmy nic przeciwko temu, żeby zaśpiewano ją na naszym pogrzebie. Jeżeli piosenka spełnia te dwa kryteria - to taka robota ma sens - mówi poeta, śpiewak i kompozytor Adam Strug. Niedawno wydał swój kolejny solowy album zatytułowany „Leśny Bożek”, o którym rozmawia z Maciejem Ulewiczem.


Adamie gratuluję nowej fantastycznej płyty .Chciałem na początku naszej rozmowy zacytować Ci fragment recenzji "Leśnego Bożka":

To uwodzący prostotą i szlachetnością dynamiczny korowód elementów polskiej muzyki tradycyjnej, wpływów klezmerskich, bałkańskich i bliskowschodnich. To ekstatyczny, podszyty smutkiem egzystencji i świadomością nieuchronnego przemijania taniec boso na leśnej polanie i jednocześnie wirująca podmiejska potańcówka do rana. Wysokie miesza się z tym korzennym, a magiczny biały baryton Struga uwodzi i wzrusza.

Jak Ci się podoba taki opis Twojego albumu. Zgadzasz się z nim?

Do głowy by mi nie przyszło. To w ogóle jest tak z czytaniem czy słuchaniem o sobie, że dowiadujemy się rzeczy, o które byśmy się nie podejrzewali. A kto to napisał?

Niejaki Maciej Ulewicz

No proszę. (śmiech)

Adamie zamieńmy się teraz na chwilę rolami. Jak ty w paru "żołnierskich" zdaniach zrecenzowałbyś płytę Adama Struga?

Jest to płyta, której podmiotem lirycznym jest facet bez złudzeń. Ale to nie znaczy, że doszedł już do kresu, nie. Różne rzeczy nam imponują w różnych momentach życia, wydaje się nam że już coś wiemy, mija kolejne 10 lat i nagle okazuje się, że nie wiedzieliśmy kompletnie niczego. Jest to niewątpliwe płyta liryczna, jednocześnie śmiertelna, do tańca i do posłuchu, dla towarzystwa inteligenckiego i żulerskiego zarazem.



Zacząłbym od tytułu "Leśny Bożek" intryguje. Kim on jest oraz gdzie i kiedy go spotkałeś?

To jest moja słodka tajemnica i niczego o leśnym bożku nie powiem, bo odgrywa w moim życiu ważną rolę.

Brzmi to bardzo tajemniczo, powiedz nam tyle, ile możesz i chcesz.

Ok, odpowiem, ale bezosobowo. Każdy z nas spotyka w swoim życiu typy tak oryginalne, tak wspaniałe, że gdyby nie ich specyficzna osobowość, zrobiliby w naszym świecie wielką karierę, ale nie robią jej przez to, że są bytami niepodległymi, niezależnymi. Każda konwencja międzyludzka, czy to zawodowa, czy rodzinna, niewoli ich w jakiś sposób. I to jest ktoś taki.

Jak to spotkanie wpłynęło na Ciebie?

Pod wpływem tego spotkania urodziło się wiele piosenek. Część z nich jest właśnie na tej płycie. "Leśny Bożek" to cykl utworów powstałych pod wpływem tegoż. A pierwszy oryginalny "leśny bożek", walczyk, nie znalazł się na płycie z powodu skazy w nagraniu, której początkowo nie zauważyliśmy i która je dyskwalifikowała. Ale leśny bożek właściwy, utwór pod tym tytułem, znajdzie się na którymś, kolejnym albumie, który będzie wyłącznie walczykowy.

Ale ten leśny bożek to także pewien symbol?

W antyku mamy tę idyllę grecką, ja takie tropy odnajduję także w polskim krajobrazie, w polskiej muzyce, która kojarzona jest przez współczesnych dosyć przaśnie, a to jest nieporozumienie.

Co masz na myśli?

Gdzieś na styku polskiego krajobrazu, który jest moim zdaniem krajobrazem dla koneserów, na linii tutejszego horyzontu i linii melodycznej muzyki mazowieckiej, tej tradycyjnej, też się taka idylla jak w antyku odbywa. To było czytelne dla wszystkich zakochanych w ludowiźnie i to nie tylko w romantyzmie, ale już wcześniej. Jedyne, co mamy z takiej klasycznej frazy greckiej, o paradoksie, to właśnie muzyka ludowa. I nie jest to żadna chłopomania. Na przykład pentatonika pitagorejska obecna jest w tradycyjnych pieśniach kurpiowskich, mazowieckich i takie zależności istnieją. I jeśli potraktować teksty polskich pieśni ludowych jako teksty liryczne, poetyckie, to także takie zależności z antykiem można odnaleźć. Z żalem konstatuję, że w historii literatury polskiej ten temat w ogóle nie został uwzględniony, tak jakby dawał znać ten antagonizm między gminem a szlachtą, i to jest wielka strata dla polskiej literatury.



"Leśny bożek" to naturalna konsekwencja twojego poprzedniego, znakomitego albumu "Mysz", ale słyszymy że jest jakby weselej. Melancholijnie też bywa, ale więcej tu naturalnej pogody ducha i pogodzenia się ze stratą i nieuchronnością losu.

Bo ta płyta jest po prostu owocem miłości.

Oprócz Twoich tekstów na "Leśnym Bożku" pojawiają się wiersze Bolesława Leśmiana. Jesteś mu wierny od dawna. Dlaczego Leśmian jest ukochanym poetą Adama Struga?

Gdy miałem 11 lat wróciłem w zimowy wieczór do domu i na moim biurku, nie wiem jak, znalazł się podręcznik do polskiego z licealnych czasów mojej matki. Tak sobie przypadkiem otworzyłem i trafiłem na wiersz Leśmiana "Urszula Kochanowska" i pod wpływem tego wiersza doświadczyłem czegoś, co można nazwać iluminacją. Było to tak mocne i silne odczucie, że od tej pory poezja, szczególnie Leśmian, nigdy już mnie nie opuściły. To chemia mózgu, coś się stało. Następnego dnia poszedłem do szkoły, patrzyłem na moich rówieśników, czy oni też, ale niestety byłem w tym osamotniony. W każdym razie od tego czasu czytam Leśmiana, zrazu bez zrozumienia, a z czasem, gdy się tak przez wiele lat obcuje z autorem, to jakobyśmy w końcu jego samego poznali. Tak, że dziś, po prawie 40 latach lektury, już coś o nim wiem. Jako, że jestem jednak leśmianologiem amatorem, bo nie mam wykształcenia polonistycznego, mam wrażenie, że jest to postać wysoce niejednoznaczna, poniekąd jak my wszyscy. Ale w połączeniu z geniuszem, którego niezawinione brzemię dźwigał przez całe życie, dało to efekt w postaci najwybitniejszych polskich dzieł poetyckich w historii literatury w ogóle, ale też jednego z większych oryginałów, czy wręcz dziwaków - nie tylko tamtego czasu.

Dlaczego Leśmian wielkim poetą jest?

Ano dlatego, że miał genialny warsztat poetycki. Każdy, kto pisze wiersze wie jak skomplikowaną sprawą jest utrzymywanie frazy w takich rygorach i opowieści w takiej ilości fraz i wersów. To jest cecha poezji, pisarstwa, która charakteryzuje geniuszy, a to nie są częste przypadki. To jeśli chodzi o formę. A jeśli idzie o zawartość, to Leśmian porusza kwestie graniczne, czyli takie, o których ludzie starają się nie myśleć, bo podważyliby samych siebie, sens swojego istnienia. Ubrdaliśmy sobie, że wszystko dokądś prowadzi, że gdzieś to się czymś skończy, a niczym się nie skończy, wszystko po prostu się rozpadnie. Leśmian idzie jeszcze dalej, moim zdaniem, podnosząc kwestie filozoficzne i teologiczne w sposób bezprecedensowy w historii ludzkiej myśli. Jeżeli chciałbym znaleźć odpowiednik, co będzie nadużyciem oczywiście, to porównałbym go z duńskim reżyserem Larsem von Trierem. Trzecim powodem jest to, że nie ma w literackiej polszczyźnie piękniejszych erotyków i czwarty, niespodziewany przez współczesnych poecie czytelników, sukces jaki odnosi pośmiertnie. Gdy dzisiaj czyta się wiersze tamtego czasu, to mam wrażenie, że mimo tej młodopolskiej maniery ostał się jeno Leśmian. Może to przesada, ale tak to słyszę. Wszystko inne wydaje się w jego kontekście miałkie.

Jak jego poezja poddaje się Twojej muzyce?

Mam nadzieję, że moja muzyka nie przeszkadza jego poezji. Fakt, że w międzywojniu jego wiersze nie doczekały się adaptacji muzycznych dowodzi jednak braku uwagi ze strony ówczesnych kompozytorów. On też jednak był typem niezwykle wyniosłym. Ludzie jego fachu po prostu pisali teksty piosenek. On się do tego nie zniżył, ale z drugiej strony całe jego tomiki sprawiają wrażenie, jakby to były gotowymi zbiorami tekstów piosenek. Domyślam się że gdzieś to miał z tyłu głowy, ale nigdy się do nikogo z tym nie zgłosił, czekając, aż ktoś się może pofatyguje do niego. To za życia nie nastąpiło. Stało się tak po wojnie i Leśmian doczekał się bardzo wielu adaptacji, z których 99 procent jest moim zdaniem nieudana. Gdybym miał wskazać te dobre to myślę o "Garbusie" w wykonaniu Ewy Demarczyk i "W malinowym chruśniaku" Marka Grechuty. Każda z tych pieśni w interpretacji Grechuty przybiera kształt tak zrośnięty z wierszem, że jest to dzieło wspaniałe, zmaterializowana liryka. Myślę też w tym kontekście o utworze Stanisława Soyki, jedynym bodajże napisanym przez niego do wierszy Leśmiana "Gdybym spotkał Ciebie jeszcze raz". To jest po prostu bardzo piękna piosenka. No i wreszcie są moje (śmiech). Leśmian jest, powtórzę to znowu, geniuszem. A ja jestem jego doboszem.


Fot. Jacek Poremba

Nie boisz się zestawienia twoich tekstów i wierszy Leśmiana?

Różnica pomiędzy mimowolnym tekściarstwem Leśmiana a moim, polega na tym, że teksty Leśmiana zawsze są poezją, moje nie zawsze, co po prostu świadczy źle o tekście.

Oprócz Leśmiana i Struga na płycie śpiewasz do wierszy Leopolda Staffa, Adama Asnyka i ludowego poety Jana Pocka. Na poprzednim albumie "Mysz" pojawili się też Józef Przerwa Tetmajer, Paweł Hertz i amerykański poeta Vachel Lindsay. Jakie warunki trzeba spełniać aby znaleźć się w gronie poetów, których wiersze śpiewasz i do których komponujesz muzykę?

To jest dosyć prosty klucz. Jest pewien zasób poetyckich tomików, które posiadam w domu przewertowane przeze mnie od deski do deski i gdy czuję, że będę rodzić, to muszę szybko zabierać się do roboty. I teraz pojawia się pytanie, którą wyciągnąć książkę. Tu działa intuicja i jest tak, że często rodzę od razu do otwartego wiersza, a czasami jest tak, że najpierw rodzi się melodia i z czasem dopiero dobieram do niej odpowiedni wiersz. Dobra piosenka to taka, którą możemy gwizdać przy goleniu, a jednocześnie nie mielibyśmy nic przeciwko temu, żeby zaśpiewano ją na naszym pogrzebie. Jeżeli piosenka spełnia te dwa kryteria - to taka robota ma sens, ba, niejako oddziela się od nas i żyje już własnym życiem.

Rewelacyjną definicję piosenki przedstawiłeś. Dlaczego ludzie teraz tak rzadko sięgają po poezję? Sam nie pamiętam, kiedy w ręku miałem jakiś tomik, choć przyznam, że właśnie Twoje płyty powodują tęsknotę i prowokują do lektury. Tak samo miałem przy ostatniej płycie Moniki Borzym, która na "Jestem przestrzeń" zjawiskowo interpretowała wiersze Anny Świrszczyńskiej. Po wielokrotnym wysłuchaniu tej płyty sięgnąłem już samodzielnie po jej kolejne wiersze. Czyli to działa.

Cofnąłbym się znowu do międzywojnia i wczesnych lat powojennych, kiedy funkcjonował jeszcze kult poetów. Czyli sytuacja, w której cała zbiorowość uznaje doniosłość uroczystej mowy wiązanej. Stąd w Polsce sanacyjnej Akademia Literatury, instytucja państwowa do spraw literatury, będąca wyrazem świadomości, czym w istocie jest literatura i jak ważna jest w życiu zbiorowości. Analogicznie było z muzyką i innymi tego typu dziedzinami. Gdy sprowadzano prochy Słowackiego do Polski to było wręcz święto narodowe. Jak budowano pomnik Mickiewicza na Krakowskim przedmieściu to była to demonstracja polityczna, ale też kult poety. Współcześnie stało się jednak coś takiego, i myślę, że ma to bezpośredni związek z rozwojem techniki i mediów, gdzie to co kunsztowne, wypierane jest przez bardzo łatwy przekaz niewymagający wysiłku. Wystarczy włączyć telewizor, komputer, nie trzeba podejmować trudu, jak na przykład książka. I tu jest przyczyna, człowiek sam z siebie jest jaki jest. Jesteśmy ssakami i niekoniecznie nam się chce poza czynnościami fizjologicznymi, w tym płodnością, coś więcej robić. A intelektualny wysiłek, którego wymaga literatura czy muzyka po prostu gdzieś nam umyka. Współcześni go nie podejmują bo wyręczają się mediami. Kolejny przykład: w muzyce tradycyjnej widać, że ostatnie nowe utwory tego gatunku powstawały do końca lat 60-tych, czyli do powszechnej elektryfikacji wsi. Radio, telewizor w domu i jest koniec. Ale wracając do poezji zawsze myślę, że melodie zawarte na płytach powinny służyć wspólnemu śpiewaniu wierszy. Nie powinno się to ograniczać do kreacji scenicznej śpiewającego, tylko prowadzić do tego, że siedzimy sobie na przykład przy stole i we dwóch śpiewamy Leśmiana. Puentując ten wątek, mam nadzieję, że moja muzyka nie przeszkadza Leśmianowi, a pomaga w percepcji także innych poetów – polskich i obcych.



Wróćmy do płyty. Muzycznie mamy tu strugowy, piękny, konsekwentny i spójny ekumenizm etniczny. Polska muzyka tradycyjna, wpływy bałkańskie, klezmerskie, bliskowschodnie. Skąd u Ciebie wzięły się te magiczne wschodnie melizmaty?

Słucham na co dzień wyłącznie muzyki tradycyjnej, nie tylko polskiej. Od lat oddaję się lekturze muzyki bliskowschodniej, ale rozumianej dosyć szeroko, czyli od Grecji, która była najbardziej wysuniętą na zachód częścią imperium otomańskiego po Persję, z małym wyłomem na arabską część Afryki, aż po Maghreb. I jest to oczywistym, że tego typu lektury mają mimowolny wpływ na mój sposób śpiewania i też na pewno odbijają się w kompozycji. Ale nie dzieje się to wprost. Tak wysoko cenię sobie wokalistykę arabską, że do głowy by mi nie przyszło żeby śpiewać te rzeczy. Z dwóch powodów. Po pierwsze: dlaczego miałbym to robić, to nie jest mój język, a po drugie dlaczego miałbym kaleczyć i zagłuszać oryginał? Jest pewien problem na skutek konfliktu bliskowschodniego trwający nieprzerwanie od lat 60-tych, swego rodzaju blokada informacyjna. Utarł się durny stereotyp, że Arabowie są źli i marzą tylko o tym, żeby się wysadzić w powietrze gdzieś w Europie. Moje doświadczenia z kulturą arabską, z licznymi plemionami tego gigantycznego etnosu, są zupełnie inne. Do publiczności świata zachodniego, do którego w jakiejś mierze przynależymy, w ogóle nie dociera to, co tam się dzieje jeśli chodzi o muzykę. I uważam to za wielką stratę dla europejskiej kultury muzycznej w ogóle, a dla sztuki wokalnej w szczególności.

Poprzednią płytę "Mysz" wyprodukował Wojciech Waglewski, co słychać. Przy "Leśnym Bożku" producentem jesteś Ty, wcześniej pracowałeś ze Stanisławem Soyką przy płycie "Strug Leśmian Soyka". Jak ci się pracuje z tak silnymi osobowościami? Wydajesz się przecież urodzonym liderem, żeby nie powiedzieć twardym i konsekwentnym dyktatorem z własną konkretną wizją.

Czym innym jest własna wizja, a czym innym współpraca z takim osobowościami. Ja jestem mocny w gębie, ale gdy przychodzi co do czego, to wcale nie jestem takim siłaczem. W obu przypadkach Panowie mnie zdominowali, ale nie żałuję tego doświadczenia, bo bardzo dużo mnie to nauczyło. Staszek Soyka jest po prostu muzycznym geniuszem i to nie jest żadne kadzenie, ja tego doświadczyłem. Jak z kimś pracujesz masz oczywiście różne lepsze i gorsze momenty, ale na niego nagle z nieba spływa po prostu geniusz, Staszek harmonizuje wspaniale. Gdyby jego pierwszym językiem był angielski, mimo, że Staszek świetnie nim włada, to byłby w pierwszej dziesiątce muzyków świata. Wiem to. Nic mi się nie wydaje. Natomiast z racji rozpoznawalnego sznytu Wojtkowych gitar "Mysz" to nasze wspólne z Wojtkiem dzieło i świetnie wspominam ten muzyczny romans.

Adamie, rozwikłaj mi kolejną tajemnicę. Mówisz o sobie śpiewak a nie piosenkarz, jaka jest różnica?

Piosenkarz jest niekoniecznie autorem śpiewanych przez siebie melodii i wierszy. W jakiejś mierze, bo to różnie oczywiście bywa, skazany jest na cudze produkcje. Często z łapanki są te połączenia. Mamy w sumie trzy podmioty: śpiewającego, autora tekstu i kompozytora i to się moim zdaniem bardzo rzadko skleja. Piosenkarz ma ładnie zaśpiewać to, co mu autorzy dadzą, a śpiewak jest w tym kontekście integralny. Jego celem nie jest epatowanie własną ekspresją, bo i tak zawsze mówimy o sobie, nie sposób tego uniknąć. Gdy głównym akcentem jest własna ekspresja - to jest już po muzyce. I jeszcze jedna różnica: śpiewak jednak bazuje na materiale lirycznym, a piosenkarz niekoniecznie.

Jesteś etnomuzykologiem, grzebiesz w pierwotnych otchłaniach śpiewania, zbierasz i wykonujesz np. stare pieśni dziadowskie i nie tylko. Wytłumacz laikowi czym dokładnie zajmuje się etnomuzykolog? Mówisz o sobie też, że jesteś etnomuzykologiem praktykiem, a nie teoretykiem.

Etnomuzykologia zajmuje się muzycznymi tropami w kulturach tradycyjnych. Mamy muzykę zastaną, czyli depozyt muzyczny, który otrzymujemy od poprzednich pokoleń, depozyt przekazywany wyłącznie w tradycji ustnej, a zapisywany dopiero przez badaczy, właśnie etnomuzykologów czy etnografów. Kolberg nie był etnomuzykologiem, bo wówczas nie było jeszcze takiej dyscypliny naukowej. W muzyce tradycyjnej, muzyce plemiennej, w śpiewie naturalnym fascynujące jest to, że śpiewak czy instrumentalista sam jest instrumentem. Przejmuje repertuar, którego autorstwa nie sposób już dziś dociec, a często motywy, które gra, pochodzą jeszcze sprzed wędrówki ludów. Dzięki aparatowi badawczemu etnomuzykologii, który dziś mamy, odkrywamy zależności i elementy wspólne muzyce środkowoazjatyckiej czy dalekowschodniej z muzyką narodów zamieszkujących dzisiejszą Europę. Na przykład Węgrzy, którzy najpóźniej dotarli na równiny środkowoeuropejskie. Ich partytury skrzypcowe pokrywają się z muzyką mongolską jeden do jednego. Albo to, że w muzyce polskiej możemy odnaleźć motywy perskie, chociaż to akurat za sprawą migracji ormiańskiej. Mamy takie pieśni obrzędowe polskie, szczególnie w weselnym repertuarze niewieścim, które zaśpiewane przez skośnookich jegomościów ze stepów Azji środkowej brzmiałyby wiarygodnie. Muzyka tradycyjna, i to jest najlepsze określenie, bo wyczerpuje wszystkie znamiona tego zjawiska, to wiano, które otrzymujemy z przeszłości, niewyczerpane źródło inspiracji i tematów muzycznych, ale przede wszystkim jest to pretekst do podróży wgłąb siebie i to jest fenomenalne. Szkoda, że ten nasz chłopski w sumie naród tak łatwo porzucił swoją muzykę. Bardzo źle to świadczy o nas jako zbiorowości. Nie znajduję odpowiednika wśród narodów świata i chętnie bym to zweryfikował, gdzie tak chętnie, tak szybko i tak skutecznie porzucono własny ryt muzyczny. To się na szczęście zmienia ale niestety bardzo powoli.


Ze Stanisławem Soyką, fot. Tomek Sikora

Jak zaczęła się twoja przygoda z muzyką tradycyjną? Co Cię ku niej skierowało? Twoi koledzy w liceum pewnie zakładali kapele rockowe, a Ty?

Tak jest. Miałem poniekąd zadanie ułatwione, dlatego, że mój pradziadek był śpiewakiem pogrzebowym w swojej wsi w łomżynskiem i jego repertuar, mimo, że nie była śpiewaczką, przejęła jego córka, czyli moja babka, u której spędziłem dzieciństwo. Osłuchałem się tego jako dzieciak i chłonąłem jak gąbka. Od momentu, kiedy pamięć nasza sięga, czyli tak między piątym a dziesiątym rokiem życia byłem epatowany tą muzyką non stop. Podczas prac domowych śpiewała trwające czasem kilkadziesiąt minut pieśni, śpiewała oczywiście z pamięci, a ja śpiewałem za nią. Mam pamięć muzyczną całkiem dobrą i nasiąkałem tym. Nie miałem oczywiście zielonego pojęcia z czym mam do czynienia. Nie potrafiłem tego wtedy oszacować, a standardowa peerelowska edukacja nie dawała mi wglądu w historię muzyki czy literatury na tym etapie mojego życia, czyli szkoły podstawowej i średniej. Mnie też nie przyszło wówczas do głowy, żeby pytać, bo było to dla mnie coś oczywistego, że jest taka muzyka. Żeby jeszcze skomplikować obraz dodam, że po południowej stronie Narwii żyła drobna szlachta, a po północnej Kurpie Zieloni. To byli nasi sąsiedzi. Po wojnie zaczęły się małżeństwa mieszane, wcześniej tego niemal nie było, trzymano się bardzo silnie tych plemiennych odrębności. O ile plemię drobnej szlachty, jak się później okazało, miało wspaniałą muzykę barokową, to Kurpie Zieloni mieli niezwykłą muzykę plemienną, właściwie bez precedensu w wokalistyce europejskiej, no i tego też słuchałem. Moja pamięć została poddana też tej próbie. No i potem, już jako 20-latek poznałem pewną ekipę i wspólnie zajęliśmy się muzyką tradycyjną. I wtedy dopiero okazało się, że moi półanalfabeci ze wsi, w tym moja babka, śpiewają kwiat barokowej literatury polskiej, że nie wiedząc o istnieniu Kancjonału Świętokrzyskiego śpiewają rzeczy stamtąd. Od średniowiecznych anonimów po Karpińskiego, czyli po początek wieku XIX. To na tyle zawładnęło moją wyobraźnią muzyczną, że zaniechałem pokazywania moich autorskich rzeczy na wiele lat. Wycofałem się, co może było błędem, ale z drugiej strony ta trwająca prawie 20 lat nieobecność spowodowała, że dowiedziałem się o muzyce tego wszystkiego czego bym się inaczej postępując nigdy nie dowiedział. I gdy po latach wróciłem na scenę, okazało się, że to, co zrobiłem w tym czasie, zostało przez tak zwaną branżę pozytywnie zweryfikowane. Byłem człowiekiem, który powrócił z konkretnym bagażem.

Co z tych poszukiwań i doświadczeń etnomuzykologa przenosisz do swojej autorskiej muzyki, no bo chyba nie da się oddzielić do końca Adama Struga wykonawcy polskiej muzyki tradycyjnej od Adama Struga autora i kompozytora?

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie jeśli chodzi o kompozycję, ale na pewno przekłada się to na sztukę wokalną, chodzi mi o naturalną emisję, którą się posługuję. W wokalistyce uprawianej w Polsce, bo niepolskiej, i trzeba to uparcie powtarzać, żeby było jasne, nie przemawia przeze mnie żaden nacjonalizm kulturowy, dominuje śpiew amerykański i różne jego adaptacje. A naturalna emisja jest taką rozpoznawczą cechą mojego warsztatu śpiewaczego, to się może oczywiście podobać lub nie, bez urazy. Jak ktoś ma "amerykańskie gusta", nawyki muzyczne są bardzo trudne do wyeliminowania i to nie tyczy się tylko śpiewaków, ale też publiczności. Nie jestem pewien siebie, ale rzemiosła, tradycyjnej szkoły śpiewaczej, którą przeszedłem.

W 2015 roku oprócz "Myszy" ukazało się niezwykłe wydawnictwo czyli "Requiem ludowe" stworzone z grupą Kwadrofonik. Opowiedz o tym projekcie, bo to rzecz absolutnie unikatowa i ponadczasowa. Nie wyobrażam sobie innego repertuaru na początku listopada niż te pieśni.

Trzeba tu wspomnieć o 2 programie Polskiego Radia. Dla mnie młodego dzieciaka za czasów PRLu „Dwójka” była nauczycielką literatury i w jakiejś mierze także muzyki. I gdy po latach okazało się, że ta redakcja jest zainteresowana tym, co robię, to był dla mnie zaszczyt i wielka pomoc. I tak było w przypadku tej płyty. To był pomysł szefowej Dwójki Małgorzaty Małaszko, która niejako "ożeniła" mnie z Kwadrofonikiem. Oni od dawna myśleli o dużym dziele funeralnym i Małaszko zasugerowała: zróbcie to ze Strugiem. Znałem się poniekąd z Bartkiem Wąsikiem, tak żeśmy się na odległość "obwąchiwali". Ja nie wychodziłem z propozycją, widząc też jego kunszt, bo to genialny pianista, wspaniały kompozytor i aranżer. Gdy padła propozycja radiowej Dwójki, Bartek poprosił o motywy pogrzebowe, ja mu przedstawiłem kilkadziesiąt. On wydestylował je i rozpisał na ekscentryczny kwartet, czyli dwa fortepiany i dwa zestawy perkusyjne, rozumiane bardzo szeroko. W konsekwencji powstało dzieło bardzo eklektyczne, jednocześnie liryczne i ciekawy jestem, co będzie z "Requiem" po latach. Czy za 10, 15 lat będzie równie wstrząsające jak teraz. Znam takie opinie, że to w mojej drodze muzycznej rzecz najistotniejsza. Być może, nie wiem. Na pewno to był z mojej strony kompromis estetyczny, bo ja nigdy wcześniej nie oddawałem muzyki tradycyjnej w ręce ludzi z zewnątrz. W tych kwestiach jestem purystą i zamierzam nim pozostać, ale właśnie z tym kompromisem. Bo gdyby się okazało że dzięki tej płycie muzyka tradycyjna trafi do publiczności filharmonicznej, to byłoby wspaniale.

Zobacz bezpłatnie koncert Adama Struga i zespołu Kwadrofonik "Requiem ludowe" w serwisie Ninateka.



Intensywnie od lat liderujesz i udzielasz się w formacji Monodia Polska. Co to za zespół, dlaczego powstał i czym się zajmuje?

Monodia Polska to zespół śpiewaczy męski składający się w tej chwili z 12 śpiewaków, którzy praktykują pieśni przekazywane od pokoleń wyłącznie w tradycji ustnej. Mamy ten depozyt muzyczny, który nie powinien leżeć w szafie i powinien być praktykowany w sposób zachowawczy. Nie chodzi tu o żadną muzyczną archeologię. Są to bardzo piękne rzeczy, wobec których nie sposób przejść obojętnie. A że jestem kolekcjonerem męskich głosów, więc wyławiam chłopaków, którzy spełniają odpowiednie warunki wokalne i są chętni, żeby pochylić się nad tym repertuarem. W konsekwencji zebrało się nas właśnie tylu i śpiewamy. Śpiewamy głównie a'capella lub z towarzyszeniem instrumentów z epoki. Ja jestem źródłem repertuarowym. Praktykujemy to, czego się nauczyłem na wsi, w rodzinie i w sąsiedztwie. Od pewnego czasu podejmujemy się też zleceń z kosmosu, tak zwanej muzyki dawnej. Wychodzimy z założenia, że rzeczy powstałe wcześniej niż koniec XVIII wieku śpiewane były naturalną emisją. Dzisiejszy świat muzyki dawnej w interpretacji rzeczy powstałych wcześniej posługuje się głosem ustawionym, co jest merytorycznie nie do obronienia. My bierzemy te partytury na warsztat i śpiewamy je po prostu, czyli właśnie naturalną emisją. Stosujemy reguły obowiązujące w świecie plemiennym, do tak zwanej muzyki dawnej. Nie bawimy się w muzyczną gnozę, czyli interpretacje rzeczy np. renesansowych. Traktujemy je jak należy, to znaczy posiłkując się współczesną o nich wiedzą i z zachowaniem naturalnej emisji głosu.

Adamie, tak jak ten legendarny flecista z Hameln porywasz słuchaczy w swój niezwyczajny las. Zdajesz sobie sprawę, że swoim głosem i muzyką hipnotyzujesz?

Spotykam się z takim zaskakującymi reakcjami, owszem, ale nie skupiam się nad tym świadomie, bo każdemu, kto pracuje na scenie grozi taki egocentryczny ogląd świata. Naprawdę trzeba nad tym pracować. Mam świadomość tego o czym mówisz, ale bardzo pracuję nad tym, aby w kontaktach z ludźmi zdjąć to odium. Higiena psychiczna w tym zawodzie tego wymaga. Znam bardzo wielu ludzi na scenie, którzy przeglądają się w oczach bliźnich i to buduje ich poczucie własnej wartości. I to jest słabe. Powodzenie naszych działań winno być mimowolne, trochę niechcący i wtedy to ma sens. Poza tym z racji tego że byłem i będę w niszy ta choroba po prostu mniej mi grozi.

Jak Ty, jako autor, twórca, kompozytor, śpiewak podchodzisz do piractwa muzycznego? Jak reagujesz na nieszanowanie praw twórców i okradanie ich poprzez korzystanie z nielegalnych źródeł?

Mam tu swoistą ambiwalencję. jestem oczywiście w ZAiKS-ie i bardzo sobie cenię tę obecność. Ja nie mam niestety wiedzy o tym świecie, jak to naprawdę jest. Cieszę się, że jest instytucja, która dba o mnie, bo ja bym nigdy nad tym nie zapanował. Sam z siebie nie piratuję, nie robię tego. To dla mnie oczywiste, kupuję bilety na koncerty, pilnuję tego. Ambiwalencja polega na tym, że media, współczesne nośniki rządzą się swoimi prawami i my już tego nie unikniemy. Jest dosyć prawdopodobne, że jeszcze za naszego życia czeka nas jakaś duża zmiana. Nie wiem co to będzie, jestem technicznie dosyć słaby, nie znam tej nomenklatury, żeby o tym opowiedzieć. Myślę, że w tej kwestii należy zachować umiar, no ale jak go nie zachować kiedy się dowiaduję, że zespoły weselne śpiewają moje piosenki na weselach i przecież nie zgłaszają tego? Czy ja mam w tym momencie protestować? I jak? Mnie to nawet łechce. Oczywiście są takie sytuacje, które wściekają, użyję tu przykładu z własną muzyką. Ktoś mi podsyła śpiewnik niemiecki, gdzie jest moja piosenka podana jako „polska piosenka ludowa”!!! Ambiwalencja, o której mówię, tyczy się wyłącznie moich rzeczy. Jeśli chodzi o tak zwane "cudzesy" respektuję wszystkie reguły i zachęcam odbiorców, żeby tak robić. Na tym to właśnie polega: my pisząc żyjemy na granicy obłędu, tworząc żyjemy na bardzo kruchym lodzie i to jest cena jaką się płaci za ten sposób życia. Dlatego Ci, którzy nas słuchają, korzystają z naszej twórczości, dobrze byłoby, żeby mieli świadomość złożoności naszej sytuacji i że to nie tylko kasa.

Jak z tym walczyć? Wiesz jak przekonać ludzi, żeby nie piratowali muzyki? Jak przekonać, że to co robią jest nie tylko nielegalne ale i nieetyczne?

Bo to jest nieetyczne. Nie chcę osłabiać wymowy tych wszystkich apeli, one są jak najbardziej racjonalne i potrzebne. Niestety myślę, że kondycja ludzka jest tak nędzna, że racjonalne przekonywanie to jedno a praktyka życiowa to drugie. Być może argument, jakiego bym w tym momencie użył, to jest pytanie, na które każdy musi sobie sam odpowiedzieć: jesteś złodziejem czy nie jesteś? Apeluję tu nie do racjonalności, tylko biorę bliźnich pod ambit: "Naprawdę nie stać Cię na kupienie płyty? Jesteś rzezimieszkiem, którzy musi kraść, zwinąć coś na boku?"

Rozmawiał: Maciej Ulewicz
Fot tytułowa: Jacek Poremba

Muzykę Adama Struga znajdziecie m.in. w serwisach: TIDAL, Spotify, Deezer, Plusmusic, iTunes czy Google Play.



Do góry!