Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Jazz. To się tańczy!

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Jazz. To się tańczy!

Jazz. To się tańczy!

Już za kilka dni rozpoczyna się Szczecin Jazz, międzynarodowy festiwal łączący style, pokolenia, nowoczesność i tradycję. Wystąpią gwiazdy światowego formatu, a na Gali Legalnej Kultury jazz zaśpiewają również aktorki Danuta StenkaAnna Dereszowska Katarzyna Warnke. Koncertom towarzyszą muzyczne happeningi w miejskiej przestrzeni, pokazujące, że jazz jest przede wszystkim dobrą zabawą. Rozmawiamy z Sylwestrem Ostrowskim, muzykiem i dyrektorem artystycznym festiwalu oraz trębaczem Keyonem Harroldem, jedną z jego gwiazd.

WEŹ UDZIAŁ W KONKURSIE I POJEDŹ NA GALĘ LEGALNEJ KULTURY NA SZCZECIN JAZZ!


Powiedz o myśli przewodniej, która przyświecała Ci przy projektowaniu festiwalu?

Sylwester Ostrowski: Myśli mam zawsze takie same – jazz jest naprawdę fajny. To wspaniała i piękna muzyka. Nie chcę, żeby był postrzegany u nas jako jakaś smutna czy wydumana forma „akademicka” albo jeszcze gorzej „muzealna”. U jego genezy zawsze stała dobra zabawa. W kościele, w klubie czy na ulicy. To bardzo istotne, abyśmy o tym pamiętali, bo jazz często dziś brzmi jak „konceptualny eksperyment doświadczalny”. A przecież to bardzo pogodna i niezwykle żywa muzyka. Chciałem stworzyć festiwal, który będzie platformą dla wspaniałej sztuki muzycznej, jaką jest jazz. Równocześnie chciałem podać go w taki sposób, by - jak trafnie to nazwał Łukasz Kamiński z Co Jest Grane 24 - „przy całej swojej powadze nie stracił na lekkości”. Czyli, żeby ludzie go lubili.

Jakim kluczem kierowałeś się w doborze artystów?

Prostym. Przede wszystkim to muszą być świetni muzycy, światowej renomy, których nie można lub nie jest łatwo usłyszeć na innych imprezach w Polsce, a dla których wciąż najważniejszym przesłaniem są słowa Duka Ellingtona „It don’t mean a thing if it ain’t got that swing”. No i też zapraszam znakomitych polskich i szczecińskich jazzmanów. Musimy wspierać „swoich”. Tak to czuję.

Kto będzie reprezentował tradycję, a kto współczesność?

Giganci gigantycznej tradycji (śmiech) z Kansas City czyli alcista Bobby Watson i nasza wspaniała ambasadorka Deborah Brown. Polscy artyści Jan Emil Młynarski i Marcin Masecki, którzy płytą „Noc w wielkim mieście” tchnęli nowe życie we wspaniałe przedwojenne swingi i fokstroty. Syn legendy, który sam dziś już jest legendą, pianista Darius Brubeck. Mocny akcent mainstreamowy dadzą nam Vincent Herring i Soul Chemistry z NYC. A nowocześnie do tematu podejdą Keyon Harrold z Pharaohe Monch, którzy lubują się w przekraczaniu granic – jazz, hip hop, rock’n’roll i soul. Będzie też znakomity trębacz Wallace Roney, który, pomimo faktu, iż na scenie jest już nieprzerwanie od ponad 30 lat, wciąż bardzo nowocześnie podchodzi do harmonii, rytmu, struktury kompozycji i frazy.

Opowiedz o imprezach towarzyszących zwłaszcza „Jazz comes to you”.

Co zrobić, by ludzie polubili jazz? Trzeba z nim do nich przyjść. Dosłownie. Do domu i do pracy. Utulić nim mamy w ciąży i niemowlaki. Pobawić się przy nim na prywatce i posłuchać go w kościele. Jazz zawsze był blisko ludzi. Nie „przyszedł” do nas z filharmonii czy z akademii. Powstał na ulicy, w kościele, w domu. Stworzyli go „zwykli niezwykli” ludzie, którzy „zabierali” go zawsze tam gdzie szli – do pracy, na spacer i na imprezę. I takie właśnie są nasze akcje „Jazz comes to you”. Gramy wspaniałą muzykę w „zwykłych” miejscach. Na domówkach, w tramwaju, przedszkolu, kościele, na statku na Odrze, a raz nawet na łyżwach lodowisku (śmiech).


Anna Dereszowska i Sylwester Ostrowski, po próbie do Gali Legalnej Kultury

Piszecie, że festiwal ma być promocją jazzu. Czy jazz wymaga promocji?

Dzisiaj wszystko wymaga promocji. A tym bardziej sztuka wysoka, jak jazz. Przy czym jest różnica pomiędzy promocją koncertów, a świadomym kształtowaniem wizerunku artystów, festiwalu, a promocją miasta czy środowiska poprzez wydarzenia artystyczne. Zatem sam widzisz, że jak ma się strategie, a ja taką mam i to wieloletnią, to jest sporo pracy…

Czy Szczecin jest miastem jazzu?

Myślę, że Szczecin jest dobrym miastem dla jazzu. Sporo się tutaj dzieje, mamy tradycję i niezły dorobek. Ja osobiście zajmuję się promocją jazzu w Szczecinie od prawie 20 lat.

Czy fakt, że w Szczecinie odbył się pierwszy koncert amerykańskiego jazzmana za żelazną kurtyną miał wpływ na rozwój i popularność tej muzyki w Twoim mieście? Możesz wymienić najważniejsze wydarzenia jazzowe w tej 60-letniej tradycji?

To, co powiem może się wydawać dziwne, ale myślę, że koncert Dave’a Brubecka nie miał żadnego wpływu na rozwój popularności jazzu w Szczecinie w tamtych czasach. To, że to legendarne i arcyważne wydarzenie historyczne odbyło się właśnie tu zrządził przypadek i bliskość granicy. Brubeck przyleciał samolotem do Berlina, skąd do Szczecina było najbliżej, więc granicę przejechał pociągiem. Jechał zresztą całą noc, w niekomfortowych warunkach, jak wspominał to Darius, który wówczas towarzyszył ojcu. W każdym razie położenie geograficzne zdecydowało, że legendarna trasa koncertowa pierwszego amerykańskiego zespołu jazzowego za żelazną kurtyną rozpoczęła się w moim mieście. Dziś powracamy do tego koncertu z o wiele większą świadomością jego wagi. Myślę, że dziś ten fakt może mieć duży wpływ na rozwój i popularność jazzu w Szczecinie i nie tylko. A przynajmniej ja chcę go wykorzystać, bo to wspaniała historia, która powinna być opowiedziana na nowo.

Skąd pomysł na obecność Legalnej Kultury na deskach Filharmonii Szczecińskiej? Co zobaczymy na koncercie?

Bardzo podoba mi się to, co robicie. Jestem waszym fanem i podzielam waszą idę propagowania legalność w korzystaniu z dóbr kultury, ale nie tylko kultury. Już od jakiegoś czasu myślałem o jakimś wspólnym projekcie. No i wpadłem na pomysł, aby połączyć wasze znane i znakomite ambasadorki jak Danuta Stenka, Anna Dereszowska czy Katarzyna Warnke z jazzmanami. I tak będziemy świadkami koncertu jazzowego w niecodziennym wykonaniu. Powiedziałbym nawet w doborowej, gwiazdorskiej obsadzie. I oczywiście te wszystkie wspaniałości będą miały miejsce w najpiękniejszym budynku w Europie, w Filharmonii w Szczecinie. Zatem, znakomita obsada, wspaniałe miejsce, doborowe towarzystwo. Zapraszam wszystkich chętnych. Nie może was tam zabraknąć.


Od lewej: Sylwester Ostrowski, Danuta Stenka, Andrzej Jagodziński i Agnieszka Wilczyńska, fot. Kinga Jakubowska

Jaki jest Twój stosunek do piractwa, czy widzisz jego wpływ na muzykę?

Ogromny wpływ. Piractwo czy też po prostu Internet zmienił całkowicie strukturę branży muzycznej, ale również samo brzmienie muzyki, w tym jazzu. Jak każda rewolucja, ta zmiana przyszła znienacka, w trakcie jej trwania ogromna większość twórców jej nie rozumiała i próbowała z nią walczyć. Myślę, że powoli nadchodzi czas na uporządkowanie i uregulowanie „internetowej rzeczywistości”. W końcu już się do niej przyzwyczailiśmy.

Jak Twoim zdaniem powinno się walczyć z piractwem?

Edukacja, promowanie świadomego korzystania z netu, skuteczne regulacje prawne. Bez świadomego udziału w tym procesie państwa, walkę z piractwem wciąż będziemy przegrywać.

Kto miał największy wpływ na Twój rozwój jako muzyka?

Pierwszym jazzmanem, którego usłyszałem na żywo był Zbigniew Namysłowski. Po jego koncercie na początku lat dziewięćdziesiątych postanowiłem, że chcę grać jazz. Moimi pierwszymi płytami jazzowymi, czy też kasetami, były „Kind of Blue” Davisa i „Double Trouble” Namysłowskiego z Deborah Brown. Pierwszym muzykiem, który we mnie uwierzył i naprawdę mi pomógł był Piotr Wojtasik. Pierwszym amerykańskim, legendarnym jazzmanem, z którym się zaprzyjaźniłem i od którego bardzo dużo się nauczyłem był Billy Harper. Pierwszą renomowaną artystką, z którą nagrałem płytę była Deborah Brown, którą też namiętnie słuchałem jako dzieciak ponad 25 lat temu. A pierwszą światową gwiazdą XXL z którą zagrałem był Wynton Marsalis i jego Jazz at Lincoln Center Orchestra. Muzycy, których wciąż słucham, pomimo upływu lat, to Charlie Parker, Dexter Gordon, John Coltrane, Pharoah Sandres no i Billy Harper. A muzyk, z którym obecnie spędzam najwięcej czasu i od którego uczę się najwięcej to Eric Allen.

Dlaczego saksofon?

Mój Tata grał na tym instrumencie. Jego brzmienie towarzyszy mi od urodzenia.

Jakie są Twoje plany jako muzyka na najbliższy rok?

Nagrywam kilka bardzo ważnych dla mnie płyt. Jedna z Keyonem Harroldem, kolejną z Ericiem Allenem. Dopiero co skończyłem zaległą płytę z Piotrem Wojtasikem. Ale najważniejsze będzie dla mnie nagranie mojej autorskiej płyty, za które zabiorę się zaraz po Szczecin Jazzie.

No właśnie Keyon Harrold to muzyk, który wystąpi w Szczecinie, co ujmuje Cię w tym muzyku?

Jest świetnym trębaczem i wybitnym artystą. Ale to, co najbardziej mnie w nim pociąga to, fakt, że jest genialnym producentem muzycznym. Jak nikt potrafi tak przekraczać granice stylistyczne, że muzyka nie „trąci myszką”. No i jest na wskroś nowoczesny, współczesny. Czego się nie dotknie, zamienia w złoto, a młodzi idą za tym.

Rozmawiał: Szymon Majewski

Sylwester Ostrowski - saksofonista jazzowy i producent muzyczny. Szef artystyczny festiwalu Szczecin Jazz, które producentem jest Szczecińska Agencja Artystyczna.




Trębacz złotej epoki


Keyon Harrold, trzydziestosiedmioletni muzyk z Ferguson, Missouri, należy do pokolenia jazzmanów nie przejmujących się podziałami na muzyczne gatunki, porusza się swobodnie w jazzie, hip-hopie i R’n’B. Jego grę na trąbce podziwiali widzowie „Miles Ahead”, biograficznego filmu o Milesie Davisie,  ma na koncie współpracę z takimi popkulturowymi ikonami jak Beyonce i Jay-Z.



Czy młodemu artyście z dostępem do Internetu i mediów społecznościowych jest dziś łatwiej przebić się ze swoją sztuką do szerokiej publiczności niż kilkanaście lat temu?

Keyon Harrold
: Myślę, że bez wątpienia łatwiej jest pracować, nagrywać i prezentować swoją pracę, natomiast znacznie ciężej jest z nią zaistnieć i przetrwać w świadomości słuchacza. Wokół jest tak wiele sztuki, że aż trudno nadążyć. Zarówno muzyki niezależnej, jak i komercyjnej, jazzowej i popowej, klasycznej i elektronicznej. Musisz mieć coś naprawdę nowego albo naprawdę dobrego do zaoferowania, żeby przetrwać próbę czasu i nie zagubić się po drodze jako chwilowa moda. Jest znacznie więcej możliwości dla młodego twórcy, ale dziś musi się on mierzyć z innym problemem – czy jego praca będzie ledwie jak viral - internetowa muszka owocówka, o której zapomnimy, gdy pojawi się nowy klip, nowa piosenka, nowa sensacja, czy zestarzeje się jak dobre wino i nabierze wartości z biegiem czasu. Internet stwarza fantastyczne możliwości – dzięki niemu muzyk stał się kowalem własnego losu. W dużej mierze od niego zależy, jak potoczy się jego kariera.

Taka demokratyczność – każdy może stać się sławnym muzykiem, choćby tylko na chwilę - stoi w kontrze do jazzowej tradycji. Nie każdy mógł wejść na scenę i po prostu pograć z Theloniousem Monkiem czy Sonnym Rollinsem. Dopiero kiedy młody muzyk zebrał konieczne szlify mógł zagrać z prawdziwymi artystami, elitą.

Dziś każdy może coś nagrać i wydać, wrzucić do sieci i pokazać ludziom. Nie musi nawet umieć grać! Świat i tak go posłucha, co w dawnych czasach nie było takie znów łatwe, gdy młodzi zabiegali o akceptację starszyzny. Skończył się czas relacji mistrz-czeladnik. Dziś młody twórca mówi sobie raczej: OK, czuję się fajnie, podoba mi się - wrzucam numer do sieci. Ale uważam, że w tym procesie traci się na jakości. Dla mnie jazz to niekończąca się dyskusja – co to właściwie jest? Po czym poznajesz, że to jazz? Jest tak wiele definicji. Bo jeśli zgodzimy się, że free-jazz i awangarda to jazz, to jak się do tego ma Benny Goodman albo Louis Armstrong? To, jak definiujemy muzykę, to sprawa marketingu, który o jednym artyście powie, że to jazzman bo ma saksofon na albumie, a o innym, że nie gra jazzu, bo w jakiejś piosence pojawia się raper. Potrzeba nam lepszych, bardziej współczesnych definicji tego, czym jest jazz i co to słowo właściwie znaczy. Bo tylko dlatego, że jakiś wokalista zaśpiewa na koncercie jazzowy standard nie znaczy przecież jeszcze, że jest muzykiem jazzowym.


Keyon Harrold i Sylwester Ostrowski

Biorąc pod uwagę to, jak płynnie artyści przechodzą z jednego gatunku do innego, rozróżnianie na style wydaje się nieco nieaktualne.

Myślę o sobie nie jako o jazzmanie, rockmanie czy raperze, tylko jako o muzyku, którego językiem jest jazz. Jestem najpierw istotą ludzką, dopiero w dalszej kolejności Amerykaninem. Ale nie tylko Amerykaninem, bo Afro-Amerykaninem. Nie tylko Afro-Amerykaninem, bo z St. Louis. Pojawiają się te wszystkie podziały i kategoryzacje. Ale na samym dnie, ostatecznie i przede wszystkim, jestem człowiekiem. Dziś dokonuje się kolejny przewrót w jazzie. Współcześni artyści robią to, co kiedyś zrobił Miles Davis, gdy zaczął flirtować z rockiem – na podstawie nowej i starej muzyki stworzył zupełnie nowy język, nowe brzmienie. Coltrane zrobił to samo, gdy wziął popularną piosenkę „My Favorite Things” i zagrał ją po swojemu, swoim językiem. Napisał ją od nowa. To samo robił Charlie Parker. Dla mnie to właśnie jest jazz. Jeśli ktoś po prostu zaśpiewa piosenkę – za każdym razem tak samo, nawet jeśli naprawdę ładnie – to nie ma to nic wspólnego z jazzem, niechby śpiewał nawet „Giant Steps”. To bardziej muzyka klasyczna, nie jazz. Uważam improwizacje Mozarta i Beethovena za formę jazzu. Ale gdy tylko improwizacja zostaje zapisana w nutach, staje się skamieliną.

Jak podchodzi pan do roli tradycji w muzyce? W Szczecinie będzie pan grał z Wyntonem Marsalisem, znanym z konserwatywnego podejścia do tego, czym jazz jest, a czym nie jest. Uważany jest za obrońcę nowoorleańskiej tradycji.

To zabawne, bo Wynton wcale taki nie jest! Grał z Artem Blakeyem, kocha Louisa Armstronga i całą tradycję Nowego Orleanu, jasne. Ale jeśli wsłucha się w jego albumy – to zupełnie rewolucyjna sprawa, Wynton zmienił bieg muzyki. Dzięki niemu granie jazzu znów stało się fajne, atrakcyjne dla młodego gościa. Bo nie było. Jazz wydawał się niedzisiejszy i tatusiowaty. Wynton stara się dbać o tradycję, nauczać i przekonywać przeciętnego słuchacza do jazzu. Zaprasza cię do słuchania, uczestniczenia w historii jazzu, tłumaczy ci tę historię. Ale jeśli cię zainteresuje – dalej musisz szukać na własną rękę. Zna się na rzeczy, a ja wierzę w naukę historii i naukę języków. Dorastałem zasłuchany w grę takich gości jak Cat Anderson, Duke Ellington, Count Basie czy Maynard Ferguson. Potem odszukałem Clifforda Browna, Kenny’ego Dorhama i Roya Hargrove’a i Nicholasa Paytona, już na własną rękę. Usłyszałem Milesa i zagłębiłem się w jego muzyką w całej jej złożoności i nieustannych zmianach stylu.



Czy jest w ogóle coś takiego jak brzmienie w jazzie? Znak rozpoznawczy, dzięki któremu wiemy, że obcujemy z jazzem, a nie np. z funkiem czy R&B?

Postrzegam jazz jako ewolucję. Dziś jesteśmy na kolejnym etapie tej wielkiej historii. Przyjęło się wzdychać do lat 40. i 50., do „złotej epoki”, ale dziś mamy tak wielu artystów, oferujących tak różnorodną muzykę – Kamasi Washington, Robert Glasper, Thundercat, Kendrick Lamar, Terrence Martin. Jazz od zawsze czerpał z innych gatunków, powstawał w zderzeniu z be-bop, powstał ze zderzenia standardu, rutyny z improwizacją, żywiołem, który nie chce się powtarzać tylko za każdym razem odkrywać w utworze coś nowego, grać go zawsze inaczej. Na Wschodnim Wybrzeżu grali ostry, rozwibrowany, wielkomiejski jazz, na Zachodnim panował cool, spokojny, melancholijny, dopasowany do otoczenia – plaż, słońca, wody. Ale obie te odmiany jazzu dzieliły to samo nastawienie – pchać muzykę naprzód. Dziś śmiało wplatamy w jazz elementy hip-hopu, żeby stworzyć coś nowego. I ja też czerpię skąd się da. Żyjemy w kolejnej „złotej epoce” i cieszę się, że mam szczęście być jej częścią.

Rozmawiał: Piotr Jagielski



Do góry!