Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Nie mam planu B

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Nie mam planu B

Nie mam planu B

Na debiut liczyła osiem lat temu, po udanym występie w Opolu. Dostała jednak szkołę życia, którą streszcza w zdaniu „Halo dziewczynko, trzeba chwilę poczekać, nic samo nie przyjdzie”. Dziś Daria Zawiałow cieszy się, że debiutancki album „A kysz!” wydała dopiero w tym roku. W przerwie między koncertami na najważniejszych polskich festiwalach zdradziła nam, czy już myśli o kolejnej płycie, jakie lubi seriale i czego nie lubi u młodych artystów.


Niedawno na swój profil na Instagramie wrzuciłaś zdjęcie Laury Palmer, bohaterki „Twin Peaks”. Jesteś fanką serialu Davida Lyncha, który powrócił na ekrany po 25 latach przerwy?

Ja w ogóle jestem bardzo serialowa, kinowa zresztą też. Seriale potrafią pochłonąć mnie na długie godziny, zupełnie jak muzyka. Czekałam na „Twin Peaks”, tak jak czekałam na „Fargo”, serial który nawiązuje do słynnego filmu braci Coen. Właśnie oglądam trzeci sezon „Fargo” ze znakomitym Ewanem McGregorem w podwójnej roli. Jak mam wolny dzień i planuję sobie jazdę na rowerze, sprzątanie i milion innych rzeczy to nie powinnam choć na chwilę włączać sobie serialu, bo zalegam przy nim na cały dzień.

Nie masz jednak teraz chyba za dużo czasu, grasz sporo koncertów promując swój debiut „A kysz!”.

To prawda. Niedawno zagraliśmy na Orange Warsaw Festivalu, WrocLove Fest i Open'erze w Gdyni. To dla mnie bardzo ważne występy, bo od lat marzyłam, żeby pojechać tam z własnym materiałem. Bez wątpienia na długo zostanie w mojej pamięci występ w studiu im. Agnieszki Osieckiej w Polskim Radiu. Od lat jestem fanką Trójki i to był dla mnie niezwykle ważny i stresujący wieczór. Istotnym koncertowym sprawdzianem dla mnie, zespołu i całej płyty będzie na pewno jesienna trasa. Tam publiczność przyjdzie stricte na mój koncert. Nie będzie przebacz.


Fot. Wiktor Franko

Masz jakiś koncertowy rytuał, przesądy?

Muszę cię rozczarować, ale nie. Raczej się wyciszam, rozciągam, rozśpiewuję, żeby być sprawną na scenie. Jestem aktywna na scenie więc np. jak ostatnio zapomniałam się rozgrzać to później bardzo to odchorowałam. Nie mogłam ruszać głową, chodziłam jak RoboCop.

Długo czekaliśmy na twój debiut. Na kolejną płytę też każesz czekać fanom kilka dobrych lat?

Nie, na pewno ukaże się szybciej. Zresztą już myślę o nowym materiale. Jest trochę tak, że po wydaniu płyty jest się już krok dalej. Stary materiał trochę nam się przeżarł, tym bardziej, że nad płytą pracowałam przez dłuższy czas. „A kysz!” jest jednak wciąż żywa dzięki koncertom. One wciąż pompują do niej świeżą krew.

Po nagranej piosence, a teraz wydaniu płyty, masz tak, że chciałabyś tam tysiąc rzeczy pozmieniać, czy to już zamknięty rozdział i nie zmieniłabyś nic?

Może nie tysiąc, ale sto. Są to jednak kosmetyczne rzeczy. Może chórków dałabym więcej. Nagrywałam je sama, co pozwoliło mi rozwinąć się harmonicznie. Dzięki temu wiem, że na kolejnej płycie chciałabym więcej takich wokalnych smaczków, kombinacji, może wokalnych sampli. Chciałabym się też muzycznie udzielić bardziej niż na „A kysz!”.

Miałaś jakiś plan b, jeżeli nie udałoby ci się wydać debiutu? Mam wrażenie, że podchodziłaś do niego kilka razy. Blisko było chociażby w 2009 roku, kiedy po wygranej w „Szansie na sukces” wystąpiłaś w Opolu.

Nie mam planu b, ale mam nadzieję, że nie będzie mi taki potrzebny. Faktycznie po festiwalu, na którym zaśpiewałam „Erę Retuszera” Kasi Nosowskiej myślałam, że wtedy wszystko szybko się potoczy: przyjdzie do mnie wytwórnia, producent. A dostałam małego kopa: halo dziewczynko, trzeba chwilę poczekać, nic samo nie przyjdzie. Nie zostawiłam sobie jednak innego pomysłu na życie, dlatego próbowałam dalej. Zresztą nie obce mi są rozczarowania. Próbowałam przecież wielu muzycznych dróg. Kiedy już zaczęłam pisać własne utwory i zaczęło się to kleić z kompozycjami Michała Kusha i co najważniejsze zaczęło nam to dawać radość to wiedziałam, że jestem na dobrej drodze do debiutu. Udało się, bo w końcu płyta znalazła się na rynku i gramy koncerty. Jestem szczęśliwa i trochę nie dowierzam w to, co się wydarzyło. Z drugiej strony, podchodzę do tego z dystansem i pokorą. Cieszę się, że nie jestem kimś, kto wygrał talent show i myśli, że karierę ma w kieszeni, że mu się wszystko należy. Trzeba robić swoje, być sobą na 100 %.



Od dawna pracujesz z producentem Michałem Kushem?

Tak, znamy się już siedem lat. Docieraliśmy się przez długi czas i w sumie cieszę się, że to tyle trwało. Przecież jak się poznaliśmy byłam dzieciakiem, niewiele wiedziałam o świecie. My musieliśmy się dotrzeć, ale też ja musiałam dojrzeć jako kobieta. Musiałam się też przekonać, że potrafię pisać teksty, bo wcześniej trudno mi było sobie to wyobrazić.

Kiedy piszesz to działasz spontanicznie czy masz jakiś rytuał?

Raczej nie przelewam w teksty osobistych historii. Jak się na przykład wkurzę na męża i chcę o tym napisać to wychodzą mi głupoty, sama nie mogę tego czytać. Najbardziej napędza mnie muzyka, szkice wysyłane przez Michała. Układam linię melodyczną śpiewając jakieś przypadkowe słowa, a potem na tym buduję tekst. Często te przypadkowe słowa zostają w finalnym tekście. Tak było z „Nocami ukrytymi”. Próbując śpiewałam sobie „sunie lawina” i na tym pociągnęłam tekst. Zresztą może nie każdy ją tak odczyta, ale to piosenka o kobiecie lekkich obyczajów, która nie może sobie poradzić z życiem, szuka kogoś, kto będzie mógł ją naprawdę pokochać.

Często spotykasz się z inną interpretacją tekstu niż sobie wyobrażałaś?

Staram się nie pisać oczywistych tekstów, także cieszę się, jak fani interpretują je na różne sposoby. Wiadomo, że dopiero zaczęłam, rozwijam się i wiem, że jeszcze dużo pracy przede mną. Może przy następnej płycie będzie więcej Darii, a może jednak więcej historii z kosmosu. Jeszcze nie wiem. Fajnie jest kreować rzeczywistość, wcielać się w różne postaci stojąc trochę z boku.

Fot. Wiktor Franko

Jak wygląda wspólne życie w małżeństwie muzyków, oczywiście artystyczne? Jesteście pierwszymi słuchaczami swoich muzycznych pomysłów, rywalizujecie ze sobą, unikacie wspólnej pracy?

Zawsze myślałam, że nie możliwością byłoby związać się z muzykiem na zawsze i czerpać z tego radość. Okazało się zupełnie odwrotnie, dopiero przy mężu - gitarzyście zobaczyłam co oznacza tak naprawdę mieć prawdziwego przyjaciela w związku. Mamy wspólną pasję, o której możemy rozmawiać godzinami, więc nigdy się ze sobą nie nudzimy. Nie ma między nami absolutnie żadnej rywalizacji, ponieważ to gitarzysta, a nie wokalista (śmiech). Muzyka jest z nami zawsze, ale my też dzięki niej możemy być razem zawsze, a, że jesteśmy bratnimi duszami, nie mamy tego nigdy dość.

Często spotykam się z artystami, którzy mówią, że wielokrotnie do finalnej wersji piosenki wchodzą wokale nagrane na próbę, z demówek, bo w studio trudno jest odtworzyć emocje z pierwszego wykonu, kiedy powstawała piosenka. Na „A kysz!” też tak było?

Dużo wokali zostało z demówek. Tak było na przykład z kompozycją „Skupienie”. Prawie cała składa się z wersji demo, bo faktycznie ciężko jest powtórzyć emocje z chwili, kiedy po raz pierwszy wizualizuje się numer.

Twoja płyta jest bardzo eklektyczna. Wynika to z faktu, że często zmieniały się u ciebie muzyczne fascynacje? Słyszałem, że miałaś okres jazzowy, później grunge'owy?

Faktycznie przeszłam przez kilka muzycznych fal. Jak miałam 12 lat ognisko muzyczne w domu kultury w Koszalinie, do którego uczęszczałam, zorganizowało przedstawienie. Śpiewaliśmy jazzowe standardy z polskimi tekstami i wtedy poznałam klasykę jazzu. Zakochałam się w Billie Holiday i innych wybitnych wokalistkach i chciałam szkolić warsztat właśnie od nich czyli od najlepszych, musiałam nauczyć się śpiewać. No, ale przy okazji dawała o sobie znać również znać moja punkrockowa dusza. Chodziłam na koncerty zespołów Hey, Akurat. Kochałam Radiohead, Nirvanę, The Strokes. Zresztą jako 13-latka byłam po raz pierwszy na koncercie swojego męża i jego zespołu Cała Góra Barwinków. Teraz słucham wszystkiego po trochu, nie szufladkuję muzyki. Tak jak nie szufladkuję swojej muzyki. Chcę, aby była po prostu moja.


Fot. Wiktor Franko

Jak byś scharakteryzowała swoje pokolenie, jeśli chodzi o artystów?

Jeśli chodzi o młodych muzyków to widzę, że niektórym brakuje pokory. Często uważają, że są najlepsi na świecie, a to ma czasami ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. To smutne, niektórym po prostu odwala „sodówa”: bo zabłysnęli w jakimś show albo nagrali jeden przebojowy singiel. Mam nadzieję, że mnie to nie spotka. Zresztą jak tylko zaczęłabym wariować, to wiem, że są wokół mnie ludzie, którzy mi powiedzą, żebym się uspokoiła i sprowadzą mnie na ziemię.

Czy młode pokolenie odbiorców ma świadomość, ze muzyka nie może być za darmo?

Mam wrażenie, że młodzi ludzie wciąż niechętnie płacą za muzykę, jest jakieś ciśnienie na darmowe rzeczy. Choć z drugiej strony widać, że powoli się to zmienia. Nie zawsze zdają sobie sprawę, że płacąc za bilety albo kupując płyty wspomagają artystów. Mam wrażenie, że trochę się to zmienia i idzie w dobrym kierunku, ale nie wiem czy kiedykolwiek ''piractwo'' i chęć obejścia różnych płatności okrężną drogą znikną i dobra kulturalne będą sprawiedliwie pozyskiwane. W naszym kraju jest to duży problem.

Rozmawiał Wojciech Przylipiak



Do góry!