Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Janusz Rudnicki. Osobna wyspa

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Janusz Rudnicki. Osobna wyspa

Janusz Rudnicki. Osobna wyspa

Janusz Rudnicki, przerośnięte enfant terrible polskiej prozy, nie zwalnia tempa. Niedawno ukazało się „Tango z książkami” - zbiór trzech audiobooków z tekstami pisarza, które czytali: Andrzej Chyra, Magda Cielecka, Janusz Chabior, Jacek Cichowski, Jan Peszek, Łukasz Simlat, Maciej Stuhr, Zbigniew Zamachowski, Agata Passent, Wojciech Kuczok, Anna Janik, która wydała audiobooki pod szyldem Batmachina Anna Janik oraz sam autor. Chwilę wcześniej Rudnicki opublikował także „Życiorystę 2” - kontynuację błyskotliwego zbioru portretów literackich, recenzji i próz. Nam urodzony w Kędzierzynie–Koźlu pisarz opowiada o stosunku do Polski i Polaków, zdradza niecodzienną radę dla młodych pisarzy i tłumaczy co czuje, gdy widzi swoje książki na Chomiku*.


Babranie się w cudzych życiorysach, którym parasz się w książce „Życiorysta 2”, to w Polsce zadanie podwyższonego ryzyka. Przekonał się o tym choćby Artur Domosławski po publikacji „Kapuściński: Non fiction”.

Nie bardzo rozumiałem o co ta cała afera. Sam byłbym za jak najdalej posuniętą ingerencją, mnie żywoty świętych nie interesują…

Wolnoć Tomku w cudzym domku?

W cudzym? Ja się czuję jak u siebie domu u wszystkich, o których piszę. Nawet się trochę panoszę. Mam alibi, oni są naszym dobrem wspólnym, co nie? U mnie dochodzi jeszcze fakt, że od jakiegoś czasu bardziej interesuje mnie sam pisarz niż jego dzieło. Taki Hörderlin na przykład, lub Robert Walser, co za biografie! Między prawdą, a brzegiem pucharu to w zasadzie nie jest tak, że ja się w nich babram. Nie piszę biografii, piszę o biografiach, które się ukazały. I opowiadam je na nowo, to taki rodzaj recyklingu. No dobra, coś tam jeszcze dorzucę od siebie, jeśli wyłowię z sieci lub przeczytam gdzieś indziej, coś tam namieszam, czasami sam wymyślę, ale staram się to robić tak, żeby było widać, że to ja….

Przykłady jakieś?

Uwierzyłeś, że Wagner klął po polsku?

Nie, ale z listem Tomasza Manna do Hitlera to już było wredne....

No tak, tu przesadziłem nieco, ale nie martw się, połknęli ten haczyk prawie wszyscy.

Czesław Miłosz z twojego tekstu w „Życioryście” mógłby połknąć co najwyżej sztuczną szczękę. Nie wstyd ci? Noblista, postać pomnikowa, a ty go zdejmujesz z cokołu i każesz biegać za szczęką.

Pisać kolejną książkę o Miłoszu jako o wielkim? Sens? Ustawić się jako któryś już tam na którymś tam regale? Mnie zawsze fascynowała banalność dnia powszedniego. Mnie, wiesz, małość bardziej pociąga niż wielkość. Wielkość to spiżowa nuda, małość to akcja. Tym bardziej, że dzień ten powszedni to nie tylko ich sztuczne szczęki i kłopotliwe dolegliwości, to też ich podłość, czasami, to nerwice ich natręctw, czasami, to oni od strony małej właśnie, no, może nie brudni, ale odrażający i źli.

Miłosz Miłoszem, on ci już za dużo nie zrobi, najwyżej będzie straszył po nocach. Czy jednak byłbyś w stanie napisać coś podobnego o kimś żyjącym?

Nie no, jak? Sekcja zwłok na żywo? Nie wiem, nie umiałbym. Jakiś wywiad - rzekę, to mógłbym. Z Markiem Piwowskim na przykład, na jakimś statku na Wiśle. Zacząłbym od sceny pod kościołem, kiedy ucieka ze ślubu z Polą Raksą. ale on się do tego nie garnie, szkoda.


Janusz Rudnicki, fot. Anna Janik

A co z prozą? Dawno już nic nie wydałeś…

Jakiś mały rozwód z nią mam, rzeczywiście, nawet nie dzwonimy do siebie. Ale to minie, jesienią w przyszłym roku wyjdzie jeszcze Życiorysta Trzy, i to będzie koniec, trylogia. Potem być może rzecz o tytule „Człowiek na rondzie”. O kobietach, z którymi żyłem. Rzecz miłosna. Tylko tu może uruchomi mi się autocenzura, nie mogę, nie umiem i nie chcę napisać wszystkiego, to za intymne.

Wielu pisarzy twierdzi, że stosuje rytuały, które pomagają im w pisaniu. Ty też?

Nie, co ty. A, poczekaj, mam jeden! Jak coś napiszę, to używam funkcji „Zapisz”. Polecam każdemu, na początku będzie was to denerwowało, ale potem się przyzwyczaicie.

Lepiej dla literatury byłoby gdyby nie wszyscy odkryli ten sekret. Tymczasem w „Życioryście” momentami przypominasz bardziej reżysera niż pisarza. Skąd w twoim języku te wszystkie „zbliżenia”, „elipsy”, „cięcia”?

Sztuki pokrewne. Ruchome zdjęcia, ruchome zdania, taką mam przynajmniej ambicję. Zderzenia dwóch słów, one ponoszą śmierć na miejscu, a rodzi się nowe trzecie, czyli metafora. Zderzenie dwóch obrazów podobnie, to kwestia montażu. No i nie jest tak, że proza to film dla niewidomych? Proza czytana, na audiobooku, na przykład…

No właśnie. Wyszły niedawno trzy audiobooki na podstawie twoich książek.

Mam taki mieszany stosunek do audiobooków, czuję się trochę jak półdebil, jakbym nie umiał czytać i ktoś musiał to robić za mnie. Ale wiesz, w samochodzie? Jak jesteś kierowcą, musisz słuchać, no bo jak pisać lub czytać. Przy czym, akurat te moje teksty wyśmienici aktorzy czytają, oni wiedza, co robią.

Zgodnie z autostereotypem Polacy nie przepadają za szanowaniem prawa. Na przykład na potęgę ściągają nielegalnie filmy, gry, książki. Jaki jest twój stosunek do piractwa?

Złożony. Przez lata mieszkałem w Niemczech, więc dziś skazany jestem na niemieckie, nielegalne w zasadzie, lub półlegalne serwisy filmowe. Bo wiesz, chodzi o niemiecki dubbing, wiem, wiem, nie jęcz, bo ty tylko napisy. Nie rozumiem tak dobrze po angielsku, żeby oglądać filmy z polskimi napisami, bo przecież im lepsze dialogi, tym lepszy film, a te napisy oddają jedynie jakąś tam część, i to jeszcze źle. No jak nadążyć one mają za takim przysłowiowym Woody Allenem? Za kłótnią, w której dwie osoby mówią na raz? O lektorze już nie mówię, to polskie kuriozum. Więc na usprawiedliwienie mam to, że nie mam innego wyjścia, co nie znaczy, że dobrze się z tym czuję. A jeszcze gorzej czuję się, kiedy widzę moje teksty i książki na Chomiku. To jest uczucie jakby… Jakbyś wszedł do swego mieszkania, a ono okradzione. Okno wybite, złodziej był, no k...! I wziął to, z czego w zasadzie żyjesz, no, powiedzmy, że chcesz żyć. Ten wirtualny gwałt na moich dochodach powoduje, że piszę mniej, bo muszę robić co innego, żeby się utrzymać, to przecież takie oczywiste. Pobieracz myśli sobie zapewne, przecież to nie ma znaczenia, jeśli pobiorę tylko ja i z tych pojedynczych mrówek robi się stado, a z niego plaga, masz ogród, to go zniszczą.


Janusz Rudnicki, fot. Piotr Czerkawski

Ci z nas, którzy jesteśmy krytyczni i wstydzimy się za narodowe wady, mamy często kompleksy wobec Niemców. Uzasadnione?

Kompleksy? Nie… Tylko trochę paradoksalne, że to w zasadzie dzięki nim, dzięki pomocy Unii finansowej nie musimy ich mieć. Tam też nie wszystko jest zresztą idealne. Kiedy mieszkałem w Niemczech, irytowały mnie na przykład te pozamykane sklepy tam, w nocy, w niedzielę i święta. Pamiętam te smętne niedziele właśnie, kiedy synowie jeszcze byli mali. Zła pogoda to gdzie, no do galerii. I to snucie się po pustych piętrach, i oglądanie wystaw, taki niemiecki spleen. U nas z kolei nie mogłem się przyzwyczaić, do dzisiaj nie mogę, do napisów na drzwiach, gdzie indziej one normalne, In, Out, nawet Czesi mają wdzięczne i proste, „K sebe” i „Od sebe”, a u nas „Pchaj”, „Ciągnij”, no człowiek się czuje jak traktor.

W „Życioryście” tworzysz nie tylko łże – biografie, ale też quasi – recenzje. Frank Zappa mawiał, że większość ludzi nie rozpoznałaby dobrej muzyki, nawet gdyby ta podeszła i ugryzła ich w tyłek. A jak jest z tobą? Co musi mieć w sobie książka, żeby ci się spodobała?

Musi mieć jak najwięcej słów, i jak najmniej wyrazów. Szkło, a nie wata szklana. Dzisiaj zacząłem „Czarną” Kuczoka, no, no! Pierwsze zdanie takie: Dopiero w nocy przenoszą ją na salę wieloosobową. No i ja tu wiesz, od razu się dobrze czuję, od razu się dzieje, i to w czasie teraźniejszym, więc idę w parze razem z narratorem. Zobacz jaka różnica, jeśliby zaczynało się tak: Ileż musiała czekać, ile cierpieć, zanim przenieśli ją dopiero w nocy na salę… A stronę dalej jest, że te jej bóle przy cesarce to nic, ją zaszyją i się zasklepi, a ból po słowach, którymi rani ją mąż to nie ma takiej dratwy na ziemi, żeby się dało pozszywać. Tu jak przyjemnie Myśliwskim zapachniało, robi ten Kuczok z językiem, co chce.

No dobrze, a jaki jest twój stosunek do recenzji własnych książek? Jesteś w stanie przyjąć krytykę?

Jestem, jestem. Kinga Dunin mała rację, „Życiorysta” nie ma noty, że znakomita większość tekstów pochodzi z magazynu „Książki do czytania”, co za niedopatrzenie, mówię o tym, gdzie mogę. Ale nie lubię takich lakonicznych uwag w rodzaju, że jeden z tekstów niedopracowany, to takie belferskie. A do końca życia pamiętał będę, jak to jeden z recenzentów chwali opowiadanie „Kędzierzyn-Koźle pod wodą”, wiesz o wielkiej tej powodzi. I napisał, że to bardzo oryginalna relacja z niej, tymczasem ja opowiadanie to napisałem przed powodzią, no ręce opadają. A, przypomniało mi się teraz, że w czasie powodzi brat do mnie zadzwonił, w Hamburgu jeszcze mieszkałem, i mówi, nie, poczekaj, woda zalała cmentarz i niektóre trumny po prostu wypłynęły, i mówi, nie, poczekaj, mój ojciec umarł, zginął w wypadku samochodowym, z osiem lat miałem, i mówi, przyjeżdżaj szybko, nasz stary po mieście pływa.


Janusz Rudnicki, fot. Anna Janik

Jakiś czas temu wywołałeś zamieszanie za sprawą tekstu, w którym ostro przejechałeś się po obowiązującej liście lektur szkolnych. Jak w takim razie wyglądałby kanon według Rudnickiego?

Legalna zleciła ci zrobić wywiad-rzekę? Książka ma z tego być? No tak, tak było, poustawiałem sobie kręgle z kanonu lektur i rzucałem kulą. Nie było to jednak aż tak dekonstruktywne, bo podawałem potem tytuły, które na półce lektur obowiązkowych bym postawił. „Obcy”, pamiętasz? Wczoraj lub dzisiaj umarła mi matka, nie pamiętam. Co za zdanie otwierające! Styl zahartowany jak stal, lapidarny jak skalpel. „Obcy” jest cool. „Głód” tego nieszczęsnego Hamsuna, ta rzecz zaczęła wiek XX w literaturze, napisał ją w 1890 roku! Bohater kradnie kość psu, potem jest gorzej. Jeśli obgryzasz paznokcie… Pokaż, obgryzasz? No nie dobra, więc jeśli obgryza ktoś paznokcie, to książkę tę czytać powinien w rękawiczkach. Co jeszcze… „Dzienniki” Gombrowicza, jasne, rozumie się samo przez się, człowiek jak zakładnik słów, cytat: …mówi coś, a potem przystosowuje się do tego, co powiedział. „Moskwa - Pietuszki”, też rozumie się samo przez się, bo to poemat o chlaniu, i jeszcze był Hrabal i najlepsza chyba nasza powieść, „Kamień na kamieniu”, to nasze danie narodowe, czyli bigos po Myśliwsku…

W „Gazecie Wyborczej” zdarza ci się pisać też o kinie. Jak opisałbyś swój gust filmowy?

Lubię kiedy – jak w „Placu zabaw” – wiesz, że dostaniesz dechą z gwoździem w czoło, nie wiesz tylko, kiedy i z której strony. Podobnie jest w „Funny Games”. Wiesz, że lekko popychany jesteś, po to, żeby zaraz spaść w przepaść, na ryj. Idealna jest ta trójka młodocianych aktorów, a ci dwaj chłopcy jak jeźdźcy apokalipsy. Film to wiesz, terapia wstrząsowa powinna być, a nie jakiś relaksujący masaż. Chociaż takie też lubię, od czasu do czasu, inaczej wyglądałbym jak po elektrowstrząsach.

Niektórzy twierdzą, że z biegiem czasu coraz trudniej im zachwycić się filmem albo książką. A ciebie coś ostatnio olśniło?

Tak, ja sam. Moja nieprzytomność jest fascynująca, szczególnie, kiedy kończę coś pisać. Rosół wczoraj robiłem, jakoś około dwóch godzin. Oddawałem tekst o Wandzie Rutkiewicz i nie miałem pomysłu na zakończenie, rosół gotowy i wiesz, chciałem odcedzić, przelać go przez sito do innego gara, i przelałem, cały, przez sito prosto do zlewu, zapomniałem garnek podłożyć.


Rozmawiał: Piotr Czerkawski


*Rozmowa odbyła podczas Festiwalu Debiutów Filmowych "Młodzi i Film" w Koszalinie



Do góry!