Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Choć często w życiu błądzimy, nie lubimy tego przyznawać

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Choć często w życiu błądzimy, nie lubimy tego przyznawać

Choć często w życiu błądzimy, nie lubimy tego przyznawać

Ma 36 lat, trzy wyreżyserowane filmy i Srebrnego Lwa za scenariusz "Zjednoczonych Stanów Miłości", którego otrzymał na tegorocznym Berlinale. Z nominowanym do Europejskich Nagród Filmowych Tomaszem Wasilewskim rozmawiamy o pisaniu jako procesie budowania filmowego świata. 


Na festiwalu Berlinie wydawałeś się trochę zaskoczony tym, że zostałeś nagrodzony akurat za scenariusz. Teraz nominacją w tej samej kategorii uhonorowała cię Europejska Akademia Filmowa. To chyba najwyższy czas, by porozmawiać o specyfice twojego procesu pisania.

Mogę mówić o tym długo, bo jestem właśnie w momencie tworzenia nowego tekstu. Tak jak w przypadku wszystkich poprzednich scenariuszy, zawalam kartkami podłogę w całym mieszkaniu, pochylam się nad nimi i, co dla mnie bardzo istotne, piszę ręcznie.

Ręcznie?

Początkowo na komputerze, ale potem wszystko drukuję i rozkładam kartki na podłodze, bo muszę mieć przed oczami obraz całego filmu. Wtedy przekładam strony, poprawiam sceny, skreślam je i dopisuję. To właśnie robię ręcznie. Potrafię zresztą pisać w ten sposób przez kilka dni, po wiele godzin na dobę. Ostatnio miałem dłuższą przerwę w pisaniu, więc gdy do niego wróciłem, przez pewien czas czułem autentyczny ból mięśni.


Jako członek Europejskiej Akademii Filmowej miałem wgląd w nominowane scenariusze. Tekst „Zjednoczonych…” zwrócił moją uwagę jako bardzo szczegółowy, pełen wskazówek praktycznych, gotowych do zastosowania na planie.


Tak jest, od zawsze piszę już z myślą o reżyserowaniu. Dlatego właśnie byłem zaskoczony, że w Berlinie doceniono mnie za proces, który zawsze lubiłem, ale dotychczas rzadko dostrzegałem w swojej twórczości. Dzięki nagrodzie zwracam teraz na niego znacznie baczniejszą uwagę.


Laury w Berlinie sprawiły, że nad nowym tekstem pracuje ci się łatwiej?


Nie, bo nagroda nie spowodowała automatycznie, że jestem lepszym scenarzystą. Stałem się tylko scenarzystą bardziej docenionym. Gdyby ktoś spytał mnie jak napisać dobry tekst, nie miałbym pojęcia jak odpowiedzieć, bo wiem tylko jakie praktyki sprawdzają się w odniesieniu do moich własnych filmów.


Rozumiem zatem, że do księgarń nie trafi wkrótce podręcznik scenariopisarstwa autorstwa Tomasza Wasilewskiego?


Nie, bo uważam, że gdy zajmujesz się jakąkolwiek formą sztuki, powinieneś odrzucić wszystkie podręczniki. Tworzenie polega w pewnym sensie na oddalaniu się od ogólnie przyjętych reguł i zastępowaniu ich własnymi zasadami, które pomagają stworzyć autorską, osobistą wizję świata.


Czy jako autor scenariuszy masz własne rytuały, które ułatwiają ci proces pisania?


Zauważyłem, że potrzebuję czasu i odpowiednich okoliczności, żeby wejść w emocjonalną symbiozę z bohaterami. Dlatego nie jestem w stanie pisać na przykład w drodze, na pokładzie samolotu. Mogę wtedy robić notatki czy układać sobie scenariusz w głowie, ale żeby pisać właściwy tekst, potrzebuję spokoju i odseparowania od zewnętrznego świata. Po festiwalu w Berlinie wyjechałem na kilka tygodni na Hel. Była zima, wokół ani żywej duszy, a ja tylko chodziłem na spacery po pustych plażach i lasach, rozmyślałem, piłem wino, pisałem. Albo i nie… W sumie przyjemna praca.


Nie narzuciłeś sobie wewnętrznego reżimu, który kazałby ci to robić?


Nie jestem typem scenarzysty, który zmusza się do tego, by pisać trzy strony dziennie. Potrafię przez dwa trzy – miesiące jedynie rozmyślać nad scenariuszem i wczuwać się w jego nastrój, a potem przez kilka dni pisać po 12 godzin dziennie. Umiem być bardzo wydajny, ale pod warunkiem, że doskonale wiem już, co chcę osiągnąć. Kategorycznie odrzucam strategię w stylu: „Usiądę, napiszę cokolwiek i albo coś z tego wyjdzie, albo nie”.


Wspomniałeś przed chwilą o emocjonalnej bliskości z postaciami. Czy mógłbyś powtórzyć za Flaubertem: „Bohaterki Zjednoczonych stanów miłości to ja”?


Na pewno mogę powiedzieć, że w sytuacjach, które przedstawiłem w filmie, mógłbym zachować się jak każda z nich. Nie interesuje mnie opowiadanie prawdziwych historii, ale wszyscy bohaterowie, których kreuję - nieważne czy są to  dzieci, dorośli, mężczyźni czy kobiety – mają moją wrażliwość i moje spojrzenie na świat. 


Niektórzy recenzenci twierdzili jednak, że nakręciłeś film mizoginiczny.


Rozumiem, że niektórzy chcieliby widzieć moje bohaterki silniejszymi, ale one interesują mnie takie jakie są. Znam i lubię wiele silnych kobiet, ale zdaje sobie sprawę, że jest wokół także sporo takich, które są kruche, niepewne i miotają się w rzeczywistości, a to właśnie one ciekawią mnie bardziej jako filmowe postacie. Poza tym to wcale nie znaczy, że są one słabsze od innych. Zupełnie nie!


Na festiwalu w Berlinie wspomniałeś, że uważasz „Zjednoczone…” za najlepszy film w twoim dotychczasowym dorobku.


Na pewno najbardziej zbliżyłem się w nim do człowieka i prawdy o nim, a właśnie na tym zależy mi jako reżyserowi. Gdybym miał wybrać jedną rzecz, którą chciałbym udoskonalać z filmu na film, chciałbym, żeby moje kino robiło się coraz dojrzalsze w sensie emocjonalnym.


Jakie znaczenie miał dla ciebie fakt, że „Zjednoczone…” to pierwsza w twojej karierze koprodukcja międzynarodowa?


Było mi przyjemnie, że mogłem wyjechać do Szwecji i pracować nad postprodukcją w studiu na terenie którego Lars von Trier kręcił „Tańcząc w ciemnościach” i „Dogvile”, a w przerwach palił papierosy z Bjork czy Nicole Kidman. Jednocześnie jednak nie zapominałem, że pomieszczenia i sprzęt można znaleźć wszędzie, a w pracy nad filmem najważniejsi są ludzie. Cieszę się, że na planie „Zjednoczonych…” dałem radę zgromadzić ludzi, którzy mają oryginalną – choć jednocześnie bardzo podobną do mojej – wrażliwość i spojrzenie na świat. Kimś takim był chociażby Oleg Mutu, którego namawiałbym do współpracy, nawet jeśli „Zjednoczone…” nie byłyby międzynarodową koprodukcją.


Co było dla ciebie najważniejsze we współpracy z tym uznanym, kojarzonym przede wszystkim z rumuńską nową falą, operatorem?


Mam wrażenie, że porozumieliśmy się nie tylko na płaszczyźnie zawodowej, ale i ludzkiej, co bardzo pomogło nam w pracy. W Olegu podoba mi się to, że potrafi – pozostając przez cały czas wielkim artystą – zgubić profesjonalny dystans i zbliżyć się emocjonalnie do bohaterów. Sporo się od niego pod tym względem nauczyłem, potrzebuję jeszcze czasu, by rozumieć jak wiele. W ogóle mam wrażenie, że czerpię od każdego, kogo spotykam na planie.


Za twoją pierwszą nauczycielkę można pewnie uznać Małgorzatę Szumowską, której asystowałeś przy „33 scenach z życia”.


Tak jak w przypadku Olega, trudno powiedzieć mi czego konkretnie nauczyłem się od Gośki. W ogóle uważam, że trudno ocenić takie rzeczy w sposób wymierny. Na planie „33 scen z życia” liczyło się dla mnie głównie to, że w oczach Szumy byłem kiś więcej niż tylko asystentem, który po prostu przyszedł do pracy. Gośka widziała jak bardzo jestem zdeterminowany, więc pozwoliła mi podpatrywać właściwie każdy aspekt swojego działania, pytała mnie o zdanie w niektórych kwestiach i sprawiła, że w swojej głowie mogłem właściwie robić film razem z nią.


Zdobyte doświadczenia zaprocentowały, bo dziś jesteś już autorem trzech filmów pełnometrażowych. Czy myślisz, że można znaleźć między nimi jakiś wspólny mianownik?


Wydaje mi się, że łączy je przede wszystkim typ bohatera, który jest rozbity, znajduje się na krawędzi i – choć nie jest człowiekiem słabym – znalazł się w okolicznościach w jakich trudno mu poradzić sobie z rzeczywistością.  W żadnym ze swoich filmów nie buduję też wielkiej narracji o swoich postaciach, interesują nie emocje odczuwane w konkretnych momentach ich życia, a nie skomplikowane procesy, które do tego doprowadziły.


Być może właśnie z tego wynika twoja – chyba wciąż unikatowa na gruncie polskiego kina – niechęć do oceniania bohaterów i tolerancja wobec popełnionych przez nich błędów.


Fascynuje mnie to, że choć często w życiu błądzimy, nie lubimy tego przyznawać. Obserwowanie błędów popełnianych przez innych, nawet jeśli to tylko postacie fikcyjne, również budzi w nas dyskomfort, ale uważam, że zdrowo jest go przełamywać i w ten sposób zbliżać się do sedna ludzkiej natury.


W tym kontekście fikcja mogłaby służyć za parasol ochronny dla naszych najbardziej intymnych emocji.


Tak, choć osobiście jestem daleki od obarczania fikcyjnych postaci własnymi problemami. Cieszy mnie jednak, że przez pryzmat kina mogę coraz bardziej wnikliwie badać relacje między ludźmi. Interesuje mnie to, bo im jestem starszy, tym wyraźniej uświadamiam sobie jakie one są, kurwa, trudne. Naprawdę. Możesz mnie zacytować.


„Zjednoczone…”, jako opowieść o relacjach międzyludzkich, mają potencjał uniwersalny, ale jednocześnie osadziłeś je w bardzo specyficznych realiach prowincjonalnej Polski lat dziewięćdziesiątych. Nie obawiałeś się, że twój film może okazać się przez to zbyt hermetyczny?


Gdy pisałem scenariusz, od wielu osób słyszałem, że nie ma potrzeby cofać się do lat dziewięćdziesiątych, bo opowiadana historia równie dobrze mogła wydarzyć się współcześnie. Postawiłem na swoim, ale przez długi czas zadawałem sobie w myślach pytania: A co jeśli faktycznie akcja powinna dziać się w naszych czasach? Może rzeczywiście powinienem wymyślić jedną główną bohaterkę zamiast czterech?


Masz poczucie, że ryzyko się opłaciło?


Przekonują mnie o tym pozytywne reakcje z zagranicy. Nie spotkałem się tam z opiniami, z których wynikałoby, że film jest nieczytelny. Kontekst transformacji ustrojowej, jeśli w ogóle ktoś go zauważa, zostaje potraktowany jako zaleta czyniąca ze „Zjednoczonych…” film ciekawy poznawczo. Większość odbiorców, ku mojej uciesze, skupia się jednak na emocjonalnym aspekcie historii. Świadomość, że niczego nie kalkuluję, opowiadam o rzeczach, które mnie interesują, a jednocześnie okazują się ciekawe dla widzów na całym świecie, jest naprawdę ekstra i dodaje mi skrzydeł.


Pamiętam, że już w trakcie naszej pierwszej rozmowy, którą odbyliśmy w 2012 roku przy okazji światowej premiery „W sypialni”, wspomniałeś, że oglądasz dużo filmów i zawsze pozyskujesz je z legalnych źródeł. Pozytywnie zaskoczyło mnie, że ten ostatni aspekt wydał ci się tak istotny i godny podkreślenia.


Naprawdę kocham kino, a poza tym jestem typem kolekcjonera. Wydaję mnóstwo kasy na DVD, a półki w moim domu uginają się pod ciężarem filmów. Lubię poczucie, że posiadam film na własność i mogę włączyć go w każdej chwili. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że dzięki internetowi również mógłbym uzyskać taką możliwość – i to korzystając z legalnych źródeł – ale jestem technicznym dyletantem i do dziś nie wiem jak korzysta się z serwisów VOD.


W świecie, który pokazujesz w „Zjednoczonych…”, wszyscy byli przyzwyczajeni do kaset VHS, które swobodnie przegrywało się od znajomych, każdorazowo naruszając prawa autorskie. Domyślam się, że niełatwo było porzucić ten tryb myślenia i nabrać szacunku wobec przepisów.


Nie będę ukrywał, że sam nie tylko wypożyczałem, ale i przegrywałem kasety. Dziś jednak korzystanie z legalnych źródeł jest dla mnie oczywiste, choćby dlatego, że sam kręcę filmy i jako twórca jestem narażony na straty z powodu łamania praw autorskich. Z pewnością przydałoby nam się w tej kwestii bardziej precyzyjne prawo, ale myślę, że jeszcze ważniejsza jest edukacja. Bez niej na sto procent nie uda się zwalczyć przekonania, że można przymykać oko na piractwo, bo to czynność mało szkodliwa społecznie.


Na zakończenie muszę zadać ci pytanie kolekcjonerskie: jakie filmy powiększyły ostatnio twój obszerny zbiór DVD?


„Frank” Lenny’ego Abrahamsona i – oczywiście – „Zjednoczone stany miłości”.


Rozmawiał: Piotr Czerkawski

 

 

 



Do góry!