Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Niech się wstydzi ten co robi, nie ten co widzi

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Niech się wstydzi ten co robi, nie ten co widzi

Niech się wstydzi ten co robi, nie ten co widzi

Flagowy zespół Kazika Staszewskiego pod nazwą Kult funkcjonuje już blisko 35 lat. Wydany właśnie "Wstyd" - piętnasty studyjny album zespołu udowadnia, że mimo upływu czasu grupa nic nie straciła ze swojego muzycznego pazura. Z członkami Kultu - Jarkiem Ważnym (puzon), Tomaszem Glazikiem (saksofon), Irkiem Wereńskim (bas) i Kazikiem Staszewskim rozmawiamy o różnych aspektach wstydu.


Na okładce waszej nowej płyty widzimy biało-czerwony dres, na którym zamiast napisu Polska widnieje słowo WSTYD będące tytułem krążka. Czy rzeczywiście dziś trzeba wstydzić się za Polskę?


Jarek Ważny: Taki warszawski zespół Lazy Class nagrał niedawno numer, w którym śpiewa, że "mój kraj nie dał mi nic poza bólem i cierpieniem". Kiedy sobie myślałem o tej okładce, trochę też chodziło mi to po głowie. Od naszego kraju jako dorosły i świadomy obywatel nie dostałem na dobrą sprawę nic, co by mi pomogło. Przeciwnie. Dostałem sporo rzeczy, które mnie z tej ścieżki uczciwego obywatela-legalisty cały czas skutecznie spychają w stronę jakieś kombinatoryki, myślenia nad tym, że jeżeli nie zacznę kombinować i nie będę cinkciarzem z bazaru, to nie będę miał co włożyć do garnka. Nie opłaca się być uczciwym, bo u nas wstydem nie jest kraść, ale jest nim dać się okraść. To mniej więcej szumiało w mojej głowie, gdy z tym słowem "wstyd" chodziłem ulicami i myślałem jakby to wszystko ubrać w grafikę i tytuł płyty. A czy wstydzić się za Polskę? Trudno powiedzieć. Może nie za całą, ale za kilku jej nobliwych przedstawicieli na pewno tak.

Tomasz Glazik: Niech się wstydzi ten co robi, nie ten co widzi.

Kazik Staszewski: Generalnie wymagałbym poczucia wstydu od tych, którzy ten wstyd generują, natomiast jest to chyba marzenie ściętej głowy.



To jest jednak bardzo mocna, polityczna okładka. Dotąd wasze albumy, mimo często ostrej zawartości, okładki miały jednak "spokojniejsze". Tu jest strzał.

Jarek Ważny: Wstyd ma różny wymiar i różnie można na niego patrzeć. Celowo rezygnujemy w książeczce do płyty z nas samych. Chcieliśmy uniknąć zbędnego grafomaństwa, informacji, podziękowań itd. Kluczem ma być tytuł i to nie tylko w rozumieniu jednoznacznym, ale też metaforycznym. Dla każdego co innego może być wstydem. My ilustrujemy go tu i teraz, w 2016 roku, dziewięcioma różnymi postaciami, które można odnieść do sytuacji politycznej, ale też niekoniecznie. Na jednym ze zdjęć na płycie pojawia się człowiek w masce gazowej na rowerze, który symbolizuje podejście do środowiska naturalnego.

Czyli ci niezbyt lubiani przez jednego z ministrów cykliści....

JW: A może ci zatruwający środowisko górnicy, na których ci cykliści pomstują. Można to oglądać z dwóch stron. Niemniej takie rzeczy, jak środowisko naturalne, prawa kobiet i to niekoniecznie tych z czarnych marszów, ale tych bitych przez swoich pijanych mężów i partnerów, są pewną w XXI wieku hańbą i wstydem dla tego kraju. Nie da się żyć w zgodzie z samym sobą kiedy widzi się takie rzeczy i przechodzi się nad nimi do porządku dziennego mówiąc, że zawsze tak było. Nie zauważa się dwóch spraw. Za 30-40 lat będą na świecie dwa główne problemy: brak dostępu do wody pitnej i brak rąk do pracy. Ani nasz kraj, ani kilka innych ościennych nie zdają sobie z tego sprawy. A to są pewne uniwersalne rzeczy, nad którymi trzeba się zająknąć.

KS: Z tym brakiem rąk do pracy to święta prawda. Jak tu nie przyjedzie parę milionów ludzi, to ponieważ nasze składki na emerytury wydawane są na bieżąco, wszyscy możemy mieć na starość niewesoło. Trochę mi brakuje w tych dziewięciu zdjęciach jeszcze jednej historii, bo mówimy tu o przyjmowaniu uchodźców. Ale na wschodzie żyją jeszcze setki tysięcy naszych rodaków, którzy od 27 lat błagają bezskutecznie o to, by móc wrócić do Polski i na to nas nie stać.

JW: To jest nawet wyciągane jako argument. Nie przyjmiemy uchodźców, bo przecież jest tylu czekających repatriantów. Ale ich też się nie sprowadza.

KS: Różnica pozostaje taka, że uchodźcy z Syrii czy Iraku nie za bardzo chcą do nas przyjeżdżać. Natomiast repatrianci z Kazachstanu o niczym innym nie marzą. I tego od 27 lat nie daje się zrobić. Sprowadzono raptem jakieś kilka tysięcy osób. Wstyd to jest uczucie na tyle silne, że czasem czujesz niestosowność zachowania establishmentu, który znajduje się aktualnie przy władzy. Nie dzielę tego na obecną i byłą władzę. Po prostu czasem człowieka kurwica bierze taka, że trudno wytrzymać.


Jarek Ważny, fot. Arkadiusz Szymański

Mówisz o establishmencie politycznym. Pamiętam, że należysz do grona rozczarowanych wyborców PO i zagłosowałeś na Kukiza.

KS: No tak. W takim komputerowym kwestionariuszu mi wyszło, że z Kukizem mi najbliżej. Poza tym generalnie lubię szeroko pojęte ruchawki, a na parę dni przed wyborami to zaczęło takie cechy przyjmować. Zobaczyłem, że ten skleszczony podział na scenę PO-PiS, tym bardziej absurdalny, że to są wszystko wnuki z jednej babki, ktoś jest w stanie naruszyć.

I jaki jest Twój stosunek do tego wszystkiego po roku? Czy w ogóle muzycy idący do polityki to dobry pomysł?

KS: Artyści są nieco bardziej czuli na pewnego rodzaju historie. Moim sąsiadem na wsi jest Piotr Szczepanik, który wspomina swoją pracę w kancelarii Lecha Wałęsy jako największy koszmar w swoim życiu, ponieważ zetknął się tam z ludźmi, o których istnieniu nie miał pojęcia. Krzysztof Cugowski też dość szybko się rozczarował. Po jednej kadencji miał już dosyć. Myślę, że Liroya też to niedługo czeka. O Pawle Kukizie się nie wypowiadam, bo rozmawiałem z nim może ze trzy razy w życiu. Ale zawsze ta nakrętka polityczna była grana, więc może jest bardziej impregnowany na kontakty z takimi a nie innymi ludźmi. Natomiast ewidentnie natychmiast po wejściu do sejmu bardzo stonował to, co mi się w nim najbardziej podobało i stał się takim mało wyrazistym posłem. Nawet nie stanowi o tym, czy jest języczkiem u wagi. Stał się przybudówką partii rządzącej.

JW: Paweł Kukiz został szybko spacyfikowany. Sam jest sobie trochę winien, bo chodzi pod rękę z nacjonalistami i neofaszystami. Dość powiedzieć, jak spuentował ostatnio kobiety uczestniczące w Czarnym Marszu słowami, żeby pamiętały komu się dawało. Poszło to w eter, a ludzie tak szybko nie zapominają. Zwłaszcza te kilkadziesiąt tysięcy, które stało w deszczu parę tygodni temu.

No właśnie. Mamy przecież ruchawkę - na ulicy. Od roku ludzie nieustająco protestują przeciw kolejnym działaniom władz. W takim stanie społecznego wzmożenia, mimo mocnej okładki, w tekstach uciekacie jednak w metaforę. Nie znajdziemy tu mocnych, jednoznacznych utworów, jak choćby Twoje słynne "Płoń parlamencie".

KS: Jeszcze tylko brakuje, żebym walił dosłownie tego typu historie.

Kiedyś waliłeś.

KS: "Płoń, płoń, płoń parlamencie" nie było piosenką nawołującą do podpalenia Sejmu. Tak samo, jak "Burn Hollywood Burn" Public Enemy też nie było o tym, żeby spalić wytwórnie filmowe. Chodziło mi o takie metaforyczne spalenie tej ohydy, która tam działała i już wtedy dla mnie była mocno dojmująca. Mimo, że jeszcze wówczas mechanizmy różnych zachowań były bardziej cywilizowane.

Bardzo uważam, żeby jednak nie napierdalać jednej albo drugiej strony, ponieważ robię rzeczy dużo bardziej wzniosłe i z wyższej półki. Oczywiście pozwalam sobie od czasu do czasu na różnego rodzaju doraźność, jak w tej podwójnej piosence "Pęknięty dom" cz. 1 i 2. To jest o konkretnych rzeczach, ale chciałbym, żeby to co piszę, nie sytuowało mnie po żadnej ze stron. A takich zakusów do mnie odbywa się naprawdę wiele. Wystarczyło, jak w jakimś wywiadzie dla regionalnej gazety w Opolu powiedziałem, że moim zdaniem Lech Kaczyński był najlepszym polskim prezydentem od czasów uzyskania niepodległości, którego to zdania nie zmieniam do dziś, i od razu pojawił się Newsweek ze mną i z Zygmuntem Staszczykiem i jeszcze kimś na okładce z podpisem Rycerze PiSu. Muszę bardzo uważać, by nie dać się wmanewrować w jakiś kanał. Do władzy jako takiej zawsze będę miał stosunek negatywny. Państwo jest aparatem przemocy i opresji. To chyba Churchill powiedział, że nie ma takiej okropności, której by demokratyczne państwo nie wykonało pod adresem swoich obywateli, byleby tylko ich ograbić w jakikolwiek sposób. Nie mam żadnych nadziei, więc też i większych rozczarowań. Mechanizmy są podobne i nie przypominam sobie, by w Polsce od 1989 roku ktoś wyjechał z nową filozofią widzenia tego kraju i jego ewentualnej naprawy. Mimo mniej lub bardziej szczytnych haseł wszystko sprowadza się do tego, że najpierw gospodarujemy swoje podwórko, mościmy się, a potem ewentualnie coś. Tylko dotąd nie zdarzyło się jeszcze, by był czas na to coś po...


Kazik Staszewski,  fot. kadr.org.pl

Odchodząc już od polityki i wracając do słowa "wstyd". Każdy z Was z pewnością ma coś, czego się wstydzi.

Ireneusz Wereński: Ja mam, ale nie powiem, bo się wstydzę (śmiech).

KS: Zgadzam się z przedmówcą. Byłem kiedyś świadkiem, jak moja żona zorganizowała przyjęcie wyłącznie dla przedstawicielek płci żeńskiej i jak sobie popiły, to któraś rzuciła: opowiedzcie teraz szczerze o rzeczach, których się najbardziej w życiu wstydzicie. I jednak z pań powiedziała, że gdzieś tam w Holandii weszła do toalety, w której po 20 minutach automatycznie włączał się prysznic i czyścił tę toaletę. A ona była z narzeczonym... Także, o rzeczach, których ja się wstydzę, to nie puszczę farby.

No dobra, ale nie powiesz mi, że się nie zdarzyło, byś się np. nie wstydził jako muzyk, że gdzieś wyszedłeś niedysponowany. Zawaliłeś występ czy coś.

IW: To już tyle razy, że nie ma się czego wstydzić. (śmiech)

KS: Nie. Jest się zawsze czego wstydzić. I rzeczywiście kilkakrotnie zdarzyło mi się wyjść do publiczności w stanie, gdy kompletnie nie nadawałem się na scenę, tylko wręcz przeciwnie. Ale to się potem za mną strasznie ciągnie. Przeżywam to ogromnie i paradoksalnie działa to częstokroć jako elektrowstrząs i oczyszczenie, które na jakiś czas - póki nie zapomnę - ustawia mnie w dużo bardziej higienicznej sytuacji. To już nie lata 70. gdzie nawet w dobrym tonie było być na scenie pod wpływem alkoholu czy narkotyków.

Ponieważ rozmawiamy dla Legalnej Kultury, to nie mogę Was nie zapytać o wstyd w kontekście piractwa. Do niedawna nie było nic wstydliwego w kradzieży intelektualnej. Dlaczego? I czy waszym zdaniem dziś to się zmieniło?

JW: To wszystko wzięło się z przyzwolenia społecznego. To co istotne, to nieuchronność kary, a tej nieuchronności w kwestii piractwa nie ma. To, że można coś ukraść albo, mówiąc eufemistycznie, podjąć i nie zapłacić, nie odstręcza ludzi. Mało może w tym wiary w człowieka, ale tak to już u nas jest, że jeśli ta nieuchronność kary nie jest pewna, to ludzie się nie boją.

KS: Rozmawiałem kiedyś z synem mojego kolegi, który mówi: wiesz, nie gniewaj się, ale ja te wszystkie Twoje nagrania to tak ściągam z internetu. Jakby nie ściągał, to bym na benzynę nie miał. Ja mu na to: Może zrób tak, że nie płać za benzynę, a kup płytę. - No co ty? Na stacjach są kamery, zaraz by mnie złapali. (śmiech)

JW: W tym wszystkim można obserwować jedną sprawę. Bezsilność państwa. Niestety siłę państwa mierzy się przez to, czy potrafi wymierzać sprawiedliwość. A w tym przypadku jest z tym poważny problem.

No ale piractwo nie jest przecież problemem stricte polskim. Jest i w Hiszpanii, i w Wielkiej Brytanii, która na walkę z nim wydaje ze 100 razy więcej niż Polska. Borykają się z nim Stany Zjednoczone, a o Azji to nawet nie ma co mówić, gdzie pirackie płyty można kupić w sklepie.

KS: W Hiszpanii też w normalnych sklepach można natknąć się na pirackie płyty. To wszystko wynika niestety z tego, że muzyka czy film jest czymś niematerialnym. Nie jest to kawałek kiełbasy, za który płacisz i jesz. To takie coś co jest i go nie ma. I w dużym stopniu to wszystko wynika z niewiedzy, bo wielu ludzi na serio nie zdaje sobie sprawy z tego, że może za muzykę warto by twórcy zapłacić. Jak w latach 70. Piotr Kaczkowski puszczał w całości płyty w Muzycznej Poczcie UKFu, to też to nagrywałem. Były takie możliwości i też nie wiedziałem, że się tego nie powinno robić. W dodatku jesteśmy w trakcie kolosalnego zmieniania sposobu dystrybucji muzyki. Technologia poszła do przodu, a prawo zostało w tzw. słupkach startowych.

JW: Do pewnego momentu miałem wrażenie, że ten model dystrybucji, z którym mamy obecnie do czynienia czyli płyty CD i DVD jest już łabędzim śpiewem. Że niedługo będziemy mieli totalną cyfryzację i winyle, jako taką fanaberię dla bogatych. A wszystkie inne nośniki pójdą na przemiał. Na szczęście okazuje się, że nie do końca jest tak beznadziejnie i ludzie te płyty kupują. Nie są to może powalające ilości, ale nie jest to nośnik, o którym wszyscy zapomnieli.

KS: Wszystko pójdzie w stronę cyfryzacji, aczkolwiek pozostaną oldschoolowcy tacy jak my. Mamy wiele szczęścia, bo jesteśmy starą kapelą. Nie wyobrażam sobie, że jak ktoś ma wszystkie albumy Kultu na CD to sobie tę szesnastą ściągnie z internetu. Ale nowe kapele wydają dziś płyty w nakładzie kilkudziesięciu sztuk - dla znajomych.

Nigdy nie ściągałem i nie będę ściągał rzeczy z Internetu - nawet z legalnych serwisów, bo po prostu ja muszę mieć fizyczny produkt w ręku. Mam taki ból, bo mam hopla na punkcie seriali różnych i tych seriali wydaje się na DVD coraz mniej. Wobec tego bardzo wielu nowych seriali, o których czytałem, że są fajne i warte obejrzenia, nie widziałem, bo to jest jakaś obca materia dla mnie, żeby kliknąć i ściągnąć sobie do komputera. Muszę powąchać pudełko, wziąć płytę do ręki, włożyć ją. Potem móc wrócić kiedy chcę, do jakiegoś fajnego odcinka. A młodzi ludzie tego nie mają. Ktoś mi powiedział, że jakaś jego koleżanka po prostu wzięła i wyrzuciła do śmieci kilkadziesiąt kompaktów, no bo po co, jeśli to wszystko i sto razy tyle mieści się dziś w telefonie komórkowym.


Tomasz Glazik,  fot. Arkadiusz Szymański

Wracając do tego nieuchronnego streamingu. Wiele mówi się także o tym, że wpływy muzyków z tego tytułu nie są takie, jak być powinny. Wychodzi na to, że tekst "Muj wydafca jest złodziejem" jest nadal aktualny.

TG: Ja się zachwyciłem kilka lat temu Spotify. Płacisz parę euro miesięcznie i masz dostęp do wszystkiego. Pomyślałem - wspaniała sprawa. Ale potem przekonałem się, że po pierwsze jak masz taki ogromny dostęp, to okazuje się, że wcale z tego wszystkiego nie korzystasz. A po drugie przeczytałem jakiś wywiad i statystyki na temat tego, jakie pieniądze dostają artyści ze streamingu i pomyślałem, że nie chcę przykładać do tego ręki. Bo to jest okradanie muzyków w świetle prawa. Nie pamiętam tych sum, ale były to jakieś haniebne kwoty. I natychmiast odinstalowałem to wszystko. I niestety nie wydaje mi się, żeby to się mogło jakoś zmienić. No bo jeśli użytkownik płaci 5 euro miesięcznie za dostęp do wszystkich albumów świata, to nie ma szans, by był z tego jakiś sensowny zarobek dla artysty.

JW: To jest jakieś straszne bagno, w które nawet nie chcę się wikłać. Niewiele bym z tego pewnie zrozumiał, a podejrzewam, że bym się zdenerwował. W tym grajdołku, w którym się taplamy, rzeczy osiągają takie kuriozum, że jeszcze do niedawna dostanie patronatu na płytę od państwowej rozgłośni to był prestiż, a dziś możesz to sobie kupić. Zapłacić i dostać znak jakości tego czy innego radia, mimo, że Twoja piosenka nigdy tam nie poleci. Zjadamy własny ogon.


Kult, fot. Rafał Pawłowski

W takim razie jaka będzie przyszłość muzyki?

KS: Muzyka będize istniała, bo jest to bardzo fajna forma aktywności ludzkiej. Myślę, że żaden z zespołów, formując się, na początku nie ma w głowie tego, że to będzie ich sposób na życie. Chyba, że jest produktem muzycznym. Także z muzyką nie będzie tak najgorzej. Będzie istniała tak, jak przez całą historię ludzkości, aż do jej niechlubnego końca. Natomiast poprzez to, że można dotrzeć dziś do niej na 100 różnych sposób w czasie rzeczywistym, to propozycja będzie na tyle obfita, że będziemy coraz mniej ogarniać. Powstanie cała masa niszowych środowisk, które w ogóle nie będą miały ze sobą kontaktu. Ja już dziś nie ogarniam tego, co się dzieje nie tylko w światowej muzyce, ale nawet w polskiej. Jak byłem małolatem, każdą płytę, która mnie interesowała, znałem na pamięć. Teraz zlewa się na ciebie magma i jeśli masz trochę szczęścia, to może coś fajnego z tego wygarniesz.

TG: Fajne jest to, że choć w tej magmie ciężko się przebić, to jeśli ktoś ma ochotę to może dziś nawet w domu nagrać płytę. Mam taki przykład syna mojego kolegi-trębacza, który dostawszy od ojca komputer zaczął robić taką muzę, że odjazd. Kiedyś trzeba było mieć pieniądze, by pójść do studia itd.

IW: A teraz można zrobić fajną muzę i przepaść...

KS: Jak byłem w Stanach, kupiłem sobie składankę rockowych kapel z Malezji i Singapuru. 28 piosenek autorstwa 28 zespołów. Przebrnąłem przez pierwsze trzy utwory. Od każdego z tych zespołów odchodziło kilkaset linków: do innych piosenek, innych muzycznych projektów poszczególnych członków zespołu itd. Nie byłem w stanie tego ogarnąć.

JW: Mój kolega powiedział kiedyś, że żeby punkrock wrócił na właściwe tory, to powinno się to wszystko zdelegalizować w cholerę. Bo tylko rzeczy robione w podziemiu są autentyczne i mają jakąś wymierną wartość.

Czyli co? Zdelegalizujmy muzykę?

KS. Wtedy będzie syndrom owocu zakazanego.

JW: Dokładnie!


Rozmawiał: Rafał Pawłowski



Do góry!