Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Na scenie widać prawdę

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Na scenie widać prawdę

Na scenie widać prawdę

Dzięki swoim komediowym kreacjom w kinie i telewizji należy do najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorów. Jednak mało kto wie, że pod komediowym emploi kryją się także inne pokłady wrażliwości, których odzwierciedleniem jest ambitny repertuar prowadzonego przez niego z powodzeniem od kilku lat warszawskiego Teatru IMKA. O scenicznym konserwatyzmie, artystycznych przyjaźniach i marzeniach rozmawiamy z Tomaszem Karolakiem.


Czym dla ciebie jest teatr?


Pasją. Wielką przygodą życiową, hobby, wszystkim właściwie. I trochę mnie dziwi, że jest też miejscem omijanym przez moich kolegów. Choć jak się dobrze zastanowić, można to zrozumieć. Praca w teatrze – czy nad repertuarem ambitnym czy mniej ambitnym – jest zawsze trudna i stresująca. Weryfikuje umiejętności aktora. Poza tym w teatrze łatwo się szufladkuje. Jeśli wystawiam komedię, to się wygłupiam na scenie. A jeśli przeżywam dramatyczny monolog i wyrywam z siebie bebechy, ryzykuję przesadę i odstraszenie publiczności. Teatr to gra wysokiego ryzyka. Tak dziwnie jest obracany w rękach twórców. Rzadko się udaje trafić na taką przygodę, takie spotkanie w teatrze, które jest okazją do przemyśleń albo porusza przez oczyszczający śmiech. Coraz mniej jest twórców, którzy stawiają sobie takie ambitne cele i coraz mniej aktorów, którzy chcą te ambitne rzeczy grać: ambitną rozrywkę czy rzeczy eksperymentalne.

Strasznie pesymistycznie to zabrzmiało.

Tak jest w moim odczuciu. Teatr staje się teraz rozrywką dla klasy średniej: ma być łatwo, lekko i przyjemne. Najlepiej się pośmiać i zjeść dobrą kolację. Teatry chcą mieć frekwencję i się utrzymać. Mówię o scenach prywatnych, które się do siebie upodobniły. Właściwie – oczywiście z wyjątkiem naszych eksportowych teatrów – wszystkie grają to samo i tak samo.

Jak wobec tego budujesz swój repertuar? Zapraszasz Monikę Strzępkę i Pawła Demirskiego, i robicie „Klątwę”. Jest Mikołaj Grabowski i Krzysztof Materna, Paweł Świątek i Joanna Drozda.

Jesienią zaprezentuję „Wroga ludu” Jana Klaty z krakowskiego Starego Teatru i „Mokradełko” Mikołaja Grabowskiego z Teatru Nowego z Poznania. Ten ostatni spektakl uświetni siedemdziesięciolecie wybitnego twórcy. To zresztą fajny rok dla naszej grupy imkowskiej. Obchody jubileuszu Grabowskiego, który jest naszym Mistrzem, będą wydarzeniem sezonu.

Ta przyjaźń artystyczna trwa chyba od czasu twoich studiów?

Rzeczywiście, opowiedziałem po tej stronie teatru, który uprawia Mikołaj, teatru fantastycznego środka, gdzie aktor jest w stanie w ciągu sekundy zmienić swoje położenie na scenie, mentalne i fizyczne. To jest towarzysz moich przygód warszawskich, a wcześniej byłem jego towarzyszem w jego dyrekcjach w Teatrze Nowym w Łodzi czy w reżyseriach krakowskich.

A wracając do repertuaru, zawsze chcę, żeby korespondował z jakąś rzeczywistością – naszego życia codziennego albo z sytuacją wewnętrzną – naszą, moją. To zawsze musi się wpisywać w jakiś kontekst. Wydaje mi się, że mam podejście konserwatywne, niezwykle cenię dobrych reżyserów, jestem w stanie wystawiać im pomniki i się do nich modlić, bo to ludzie, którzy tworzą nowe światy, którzy przeczuwają coś, przepowiadają, są w dzisiejszych czasach czarownikami czy szamanami.

Na czym dokładnie polega ten konserwatyzm?

IMKA stoi tym, że scenograf jest od robienia scenografii, reżyser od reżyserowania, a aktor od grania. Taki mamy trójpodział – teraz modne słowo. Staramy się tego trzymać, żeby umożliwić spór reżysera ze scenografem czy reżysera z kompozytorem. Żeby z tego sporu artystycznego wyłaniały się na scenie interesujące, dobre rzeczy.

Po czym poznajesz dobrego reżysera?

Po pierwszych czterech minutach.

Zdradź tajemnicę.

Mówi na temat albo mówi o sobie. Bardzo łatwo poznać czy się mizdrzy i uważa za nie wiadomo kogo, czy mówi o czymś, co go interesuje i zastanawia się, jak to może oddziaływać na publiczność, na przykład w Warszawie. Właśnie takim reżyserem, którego gościłem na Festiwalu IMKA w Polsce z genialnym „Pawiem królowej” ze Starego Teatru w Krakowie, jest Paweł Świątek, który ujawnia coraz większy potencjał. To nazwisko, które zaczyna się liczyć w polskim teatrze i mam nadzieję, że namówię go na „Matkę Joannę od Aniołów”. Chcielibyśmy ją zrealizować w tym sezonie.

Jest także grupa reżyserów mojego pokolenia: Remik Brzyk czy Lena Frankiewicz, która prawdopodobnie zagości w IMCE z przedstawieniem o Krzysztofie Komedzie, jest paru fajnych czterdziestolatków. Ale żyjemy w czasie, kiedy w cenie jest pewna chwytliwość, pewna sensacja. Sam to widzę po spektaklu „Słownik ptaszków polskich”, w którym gra też z powodzeniem Doda: nie ma problemu z zapełnieniem widowni. Natomiast „Beniowski” Świątka, który jest wystawiony w nowatorskiej inscenizacji, ale aktorzy mówią klasycznym językiem, dla części publiczności jest nie do przyjęcia, niestety. Geniusz poety, który musiał mieć odpowiednie wykształcenie, odpowiednią wrażliwość i talent, żeby stworzyć coś takiego jak „Beniowski”, okazuje się zbyt trudny.

Kiedy to się czyta, to jest po prostu genialne! Do dziś nie mogę się nadziwić, jak tę frazę stworzono. Tymczasem dla części publiczności Słowacki jest nikim. Ludzie teraz nie rozumieją, nie cenią tego języka. Nie potrafią się nim rozkoszować. I nie mają takich ambicji, żeby zrozumieć. Kryzys edukacji świetnie widać w teatrze.

Artyści mają siłę, żeby uratować coś z tej zapaści?

Ludzie teatru myślą, że dadzą radę zmienić świat. Nie dadzą rady. Ale zawsze trzeba próbować tego króliczka łapać. Mojemu teatrowi patronuje „Confiteor” Przybyszewskiego, ogłoszony w krakowskim „Życiu” pod koniec dziewiętnastego wieku. Mamy początek wieku dwudziestego pierwszego, a kryzys kultury – mówiąc górnolotnie – jest podobny. Zaczynamy nazywać sztukę plebejską, narodową, komercyjną. Nie ma czegoś takiego, jest jedna sztuka. Która jest sztuką narodową przez przynależność artysty do narodu, z którego wyrasta. Tylko tyle i aż tyle. Jest też sztuką komercyjną, bo powinna zarabiać. Ale przede wszystkim jest indywidualnym przeżyciem. Jeśli już dajemy komuś miano artysty, to dajemy je nie bez powodu. Należy się temu szacunek. Jeśli ktoś tego nie rozumie – jak pisze Przybyszewski – to powinien wrócić do szkoły się edukować.



Przybyszewski pisze, że sztuka jest świadectwem życia duszy we wszystkich jej przejawach: dobrych i złych, brzydkich i pięknych. Czujesz się artystą?

Tak. Oczywiście! Nie tylko dlatego, że skończyłem uczelnię artystyczną. Udaje mi się lepiej czy gorzej tworzyć przestrzeń wypowiedzi artystycznej, w której mówię ja i ludzie, którzy ze mną współpracują. Tak, myślę, że z biegiem czasu będę się stawał coraz bardziej artystą. Bardziej niż mi się wydawało. Bo ta walka – bo to przecież jest codzienna walka – jest coraz bardziej dramatyczna. Wpędza mnie w artystyczną depresję fakt, że nie dbamy o pamięć o naszych wielkich, wspaniałych, fantastycznych artystach. Nie pamiętamy o Wyspiańskim, genialnym twórcy, renesansowej osobowości: malarzu, poecie, architekcie. Nie pamiętamy o całej tej młodopolskiej ekipie, która stworzyła tożsamość tego narodu, nie pamiętamy o tym. Wspominamy nasze sukcesy i klęski militarne, a świadomość kultury? Polska z jednej strony się nią szczyci, a z drugiej - to jest biała plama. To bardzo smutne.

To okres szczególnie ci bliski? Modernizm, Młoda Polska?

Nie tylko ten okres. Interesuję się historią Polski, historią Kościoła i historią Kościoła w Polsce, polską polityką historyczną. Mieliśmy wspaniałych bohaterów. Kiedy zaczynam opowiadać o księciu śląskim Bolesławie Wysokim, to słuchacze otwierają oczy, bo to o wiele ciekawsza historia niż Zawiszy Czarnego. Legendarny Zawisza wygrywał turnieje, a stracił głowę, bo dwóch Turków się kłóciło, czyim ma być jeńcem. Tymczasem losy Bolesława Wysokiego to historia jak z „Gladiatora” Ridleya Scotta. Mamy swoich Jamesów Bondów. No i mamy swoich geniuszy: Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego. Nade wszystko jednak Wyspiański! No i cała ta ekipa związana z przedwojennym Krakowem czy powojenną Warszawą. Fakt, że pamięć, że ich żywa obecność dzisiaj ginie, jest dla mnie tragiczny. Dla mnie, jako człowieka, który ceni sobie przeczytanie książki, to straszne, że coraz trudniej porozmawiać o „Weselu” Wyspiańskiego.

Już nie wszyscy znamy te same cytaty?

Kiedyś znaliśmy je, nawet nie wiedząc, skąd pochodzą, a lektury nam to pochodzenie ujawniały. „Co tam panie w polityce?” – pewnie nie wszyscy wiedzieli, skąd ta kwestia pochodzi. Ale to było gdzieś w powietrzu. A teraz nie ma mody na bycie elitą intelektualną. W Europie przyszedł czas pogardy dla elit. Nie ma mody na szukanie głębiej. Wszystko mamy podane na tacy. Sam w tym jestem, mam smartfon, jak czegoś nie wiem, sprawdzam w Internecie.

A nie chodzi też o to, że kolor karty kredytowej liczy się bardziej niż zawartość głowy?

Często muszę prosić biznesmenów o wsparcie tego ambitnego projektu, jakim jest IMKA. Dramatycznie rzadko się dogadujemy w tym sensie, że prezes wie, o czym mówię. To rzadkość.


fot. Teatr Imka

Prowadząc teatr chyba cały czas przeżywasz dylematy, bo przecież musicie też zarabiać na siebie?

Mój teatr wychodzi na zero. Oczywiście prowadząc rozsądną politykę cenową, ale czując też na karku oddech państwowych teatrów z dotowanymi biletami, nie jestem w stanie wygenerować poważnych zysków. Żeby wystawiać nowe rzeczy, muszę prosić o wsparcie sponsorów.

Przy okazji: uważam, że miejsca, które nie są instytucjami państwowymi, ale przez szereg lat udowodniły, że dobrze reprezentują miasto, region, jednak powinny dostawać wsparcie, tym bardziej, że płacą podatki. Nie mówię, że mój prywatny teatr nagle ma się stać instytucją państwą, ale potrzebny jest jakiś system, coś pomiędzy grantami a stałą dotacją. W końcu nie każdy teatr ma Krystiana Lupę, nie każdy teatr ma Mikołaja Grabowskiego. To twórcy, którzy zostawili trwały ślad w polskiej kulturze, doceniany również na świecie. To znamienne, że oni muszą pracować, nie mając stałego miejsca.

Tymczasem u ciebie Grabowski zaczyna próby do „Wielu demonów” według powieści Jerzego Pilcha?

Na „Wiele demonów” muszę cały czas chodzić z czapką i żebrać o pieniądze. To straszne, żeby wybitny reżyser, wybitny polski twórca nie mógł zrealizować prapremiery wybitnego dzieła.

To chyba niestety świadczy generalnie o stosunku polityków i biznesmenów do kultury?

Usłyszałem ostatnio wypowiedź jednego z ekonomistów, zasiadających w Radzie Polityki Pieniężnej, że dopóki nie będziemy zaspokajać najważniejszych potrzeb, nie będziemy się zajmować wyższymi. Redaktor go zapytał, co rozumie przez potrzeby wyższe, i usłyszał, że chodzi o kulturę, sztukę. Tak kapitalizm podchodzi do kultury.

Wieje grozą. Zwłaszcza że o zaspokajaniu najważniejszych potrzeb też jakoś nie słychać...

Po co dotować kulturę, skoro pielęgniarki mało zarabiają? Wobec takiego myślenia sztuka zawsze przegra. W Stanach Zjednoczonych nie ma żadnej państwowej instytucji sztuki, ale tamtejsza demokracja również wypracowała metody dofinansowania kultury.

Zdaje się, że w neoliberalnym świecie te metody przestały działać. Teatr amerykański podobno już nie istnieje, Amerykanie naszego teatru nam zazdroszczą.

Mają czego. Teatr nierewiowy, niebroadwayowski, jak mawiał Zygmunt Hübner, teatr, który się wtrąca, który komentuje – w tym jesteśmy najlepsi w Europie. Polski teatr jest na bardzo wysokim poziomie. Ale jak długo jeszcze?

Stoisz trochę okrakiem na barykadzie: prowadzisz ambitny teatr, walczysz o sztukę, a z drugiej strony bierzesz udział w typowo komercyjnych przedsięwzięciach. Tak też cię kojarzy masowa publiczność. Jak się z tym czujesz?

Zdarza mi się szokować rozmówców, utożsamiającymi mnie z postaciami, które gram. Nagle się okazuje, że mam jakąś wiedzę. To częsty błąd, takie szufladkowanie. Ale nie mam z tym problemu i nie uprawiam walki z własnym wizerunkiem. Dobrze się czuję w komediach. Przypominam, że Juliusz Osterwa – nie porównuję się, broń Boże – założyciel słynnej Reduty, która stała się Teatrem Narodowym, kiedy prowadził tę Redutę niczym klasztor teatralny, jednocześnie występował w kolorowej kamizelce w warszawskich kabaretach. Dobrze się obracać w różnych środowiskach, wiedzieć, jak wygląda życie z różnych stron. Poza tym część środków, zarabianych w komercyjnych przedsięwzięciach, inwestowałem w ambitniejszą stronę mojej działalności.


fot. Teatr Imka

A tęsknisz do – nie wiem czy ambitniejszego ale dramatycznego repertuaru w filmie?

Jeśli to ma przyjść, to przyjdzie.

A masz marzenia teatralne, nie do zrealizowania w obecnych warunkach?

Marzę, żeby rządzący w Polsce wprowadzili dla mecenasów i sponsorów jakieś upusty podatkowe. To otworzyłoby nam możliwości realizacji fantastycznych rzeczy, bo to przyciąga do teatru inwestorów. Są precedensy w w innych krajach. To mi się marzy.

A z jakim reżyserem chciałbyś pracować, a na razie się nie udało?

Jest ich wielu. Ale ja nie do końca myślę jak aktor. Od kiedy jestem też po drugiej stronie tego przedsięzięcia, mam do siebie większy dystans. Mniej marzę o rolach, choć czasem mam ochotę wypowiedzieć się na scenie czy w filmie. A czasem nie. Jak byłem młodszy, zawsze marzyłem o zagraniu przeciwnika Jamesa Bonda [śmiech].

Czyli tego złego? A co cię ciągnęło do aktorstwa? Do szkoły teatralnej zdawałeś wytrwale.

Ja się wziąłem ze środowiska amatorskiego, bardzo działałem z wieloma kolegami, którzy teraz są nazwiskami w branży aktorskiej. To jest zajmowanie się innym światem. Klimat teatru, jego metafizyka, atmosfera... Teatru, bo nikt wtedy nie myślał o serialu czy filmie, seriali się nie robiło, a do filmu nie trafili tacy ludzie jak my. Więc ten teatr mi się marzył jako coś magicznego. A jeżeli wchodząc w ten świat magii teatralnej można jeszcze było żyć, skromnie, ale żyć, to mi wystarczało. Kiedy stawałem na scenie, byłem sam sobie panem, wszystko zależało ode mnie – oczywiście w ramach założenia komponowanego przez reżysera – ale jednak to jest wolny zawód, ile wypracujesz, tyle zbierzesz. To mnie niezwykle pociągało. I to, że ludzie słuchali, co mówię, kiedy opowiadałem o dylematach szatana za pomocą wiersza Kasprowicza. Pamiętam na przykład konkurs recytatorski „Kamień wiary” w Częstochowie. Nigdy go nie zapomnę, przewodniczącym jury był Wiesław Komasa, który mi wtedy powiedział, że powinienem zostać aktorem. Pamiętam też konkurs recytatorski „Zapalona świeca” w Opolu, gdzie z kolei przewodniczącą jury była Agnieszka Osiecka. Powiedziała: wiesz, synu, idź zostań aktorem. To były lata osiemdziesiąte, czas bardzo dobrego teatru warszawskiego. Biegało się wtedy od Powszechnego do Współczesnego, ze Współczesnego do Grzegorzewskiego do Studia, oglądało się niezwykle plastyczne, sugestywne przedstawienia Szajny. To było niezwykle kształcące, zostawiające piętno. W sztuce można wchodzić w rejony niedostępne w zwyczajnym życiu. Można się przenieść w inny świat, inny czas. To mnie bardzo kręci.

Kim zatem jest aktor w tym świecie? Medium, pośrednikiem między tymi dwoma światami?

Tak mi się wydaje. Tak się dzieje w dobrym przedstawieniu, kiedy aktor osiąga wyżyny, staje się kimś innym. Ale nie dlatego, że sobie nos doklei czy będzie udawał, że kuleje albo ma nogę złamaną. To coś innego, co się dzieje w aktorze, to kwestia metafizyczna, bardzo subtelna. To połączenie obcego tekstu, który aktor wypowiada, z jego własną prawdą wewnętrzną. Na tym złączeniu powstaje jakiś inny byt. Patrzymy na scenie na Jana Frycza, który jest Janem Fryczem a zarazem nim nie jest. To kreowanie postaci jest niezwykle trudne w tym sensie, że większość aktorów przyjmuje granie jako jakąś zewnętrzną formę, odłącza od siebie samych, od swojego prawdziwego tonu głosu, od swojego myślenia. Nie wiedzą, co mówią, udają, że wiedzą. Chyba ta właśnie trudność odstrasza aktorów od istotnej pracy w teatrze.

Trzeba wejść w siebie i znaleźć tam postać?

Tak. Nie darmo się mówi, że pięćdziesiąt procent sukcesu to obsada. Czyli dopasowanie cech psychofizycznych aktora, jego przeżyć z postacią. Oczywiście nie chodzi o to, że żeby zagrać mordercę, należy zabić człowieka, ale należy zrozumieć jego myślenie. I to jest też bardzo ciekawe, że przecież nikogo nie oszukam, że nie jestem Karolakiem, bo nawet jak się nazywam Ludwiki Boski czy Darek Jankowski, to jestem Karolakiem. Ale kiedy zaczynam grać, ludzie mogą zapomnieć, że to Karolak, bo zaczynają się identyfikować z postacią, z jej problemami. Więc trochę jestem nimi.

Jakie jest twoje najmocniejsze przeżycie wejścia w postać?

Miałem taką fantastyczną przygodę. Debiut teatralny na dużej scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, w legendarnej sztuce Tadeusza Słobodzianka „Obywatel Pekoś” w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. To było wielkie wydarzenie w 1996 roku. Zagrałem Adama Chwaliboga, kierowcę PKS-u. I to było coś niewiarygodnego, bo mówiłem tekst, a ludzie umierali ze śmiechu i płakali na przemian. Nie wiedziałem, o co chodzi! Otóż to było tak ze mną zrośnięte, te dylematy, o których mówiła ta postać, że stałem się tym, właściwie nawet tego nie czując. Ale gdy zapadła kurtyna po premierze i były owacje na stojąco, ja i Krzysiek Zawadzki, mój kolega, zaczęliśmy płakać rzewnymi łzami z tych emocji, właściwie nie wiedziałem dlaczego, nie chciałem płakać. Ale łzy leciały. To się tak odbiło wewnętrznie na takim połączeniu, jak mówią dwupunktowcy, wierzący w pole serca, w którym wszyscy jesteśmy, że stałem się wszystkimi widzami, że dotarłem do każdego umysłu. To było bardzo mocne przeżycie.

Drugi raz mi się to zdarzyło przy „Kurce wodnej” w reżyserii Łukasza Kosa w Teatrze Nowym w Łodzi. Dostałem za tę rolę nagrodę aktorską. To było przeżycie dziewięciomiesięcznej pracy nad Witkacym, która nagle się udała i odarła tekst Witkacego z banału czystej formy. Czysta forma u Witkacego to nie jest według mnie styl grania, tylko pewnego myślenia. A jak mówisz aktorowi, że trzeba pomyśleć, to się zaczyna problem.

Taki jest stereotyp. Potwierdzasz?

Że jest wielu aktorów, którym inteligencja nie przeszkadza w graniu? Nie będę się wypowiadał na ten temat.




A przykłady z późniejszych lat?

Komedia „Testosteron”, którą Andrzej Saramonowicz napisał specjalnie pod aktorów, którzy grali w pierwszym spektaklu. To było moje wejście w teatralną Warszawę. Ważne doświadczenie: mówię własną historię, która mnie wydawała się dramatyczna, a widzowie śmieją się do rozpuku. Wtedy zrozumiałem, że moje subiektywne przeżycia wcale nie są moją specjalnością, że to dotyczy każdego człowieka. To dużo daje, jeśli chodzi o umiejętność grania w komedii: im bardziej dramatycznie tę rolę traktowałem, tym bardziej ludzie się śmiali. To przełożyło się na moje późniejsze role komediowe, bo jako Darek Jankowski w „39 i pół” czy jako Ludwik Boski w „rodzinka.pl” gram zawsze problem dramatyczny, który staje się śmieszny przez kontekst, w jakim jest osadzony. To bardzo subtelna różnica, która nieczęsto jest stosowana przez aktorów grających w komediach.

Może dlatego mamy tak mało dobrych komedii? Podobną rolę zagrałeś w „Planecie Singli”, żeby sięgnąć do rzeczy najświeższych. Też jesteś w gruncie rzeczy postacią dramatyczną.

Film jest o miłości, a ten wątek osadzono w starym molierowskich schemacie komedii omyłek. I nagle się okazało, że to działa. Im bardziej jestem zawzięty, żeby zdobyć tę kobietę, tym bardziej jest to śmieszne. To ciągle moja specjalność, niewielu moich kolegów rozumie, że w komedii nie trzeba się wygłupiać. Wystarczy znaleźć odpowiedni kontekst, w którym się mamy pojawić. Nie jest to łatwe, ale jest możliwe.

Co teraz będziesz robić w teatrze jako aktor, w czym zagrasz?

Granie we własnym teatrze jest bardzo stresujące. Jeśli jestem na scenie, a cokolwiek sypie się technicznie, przestaję myśleć o roli...

Ale z ważnych rzeczy zakończyliśmy niedawno zdjęcia do teatru telewizji „Dolce Vita”, inspirowanego filmem Felliniego, którego bohaterami są dzisiejsza Warszawa i współcześni 30-latkowie. Reżyserką jest Lena Frankiewicz.

Jako Teatr IMKA wraz z łódzkim Teatrem Nowy pod dyrekcją Krzysztofa Dudka tworzymy właśnie wspólny projekt "Duopolis". Chcemy bowiem zjednoczyć działania na rzecz kultury. Na początek przygotowujemy dwie koprodukcje. Pierwsza z nich to przedstawienie o Krzysztofie Komedzie, które również reżyseruje Lena Frankiewicz. W spektaklu gram Marka Hłaskę. To dla mnie ogromne wyzwanie grać idola mojej młodości i móc znów zanurzyć się w tej historii.

Drugą dużą inscenizacją będzie prapremierowa adaptacja książki "Wiele Demonów" Jerzego Pilcha w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Z Mistrzem chętnie się spotkam, bo to człowiek, który odziera teatr z tych wszystkich naleciałości filmowo-telewizyjnych, z tych łatwizn i rzeczywiście pokazuje, kim jesteśmy i w jakim jesteśmy momencie.

Przytaczam często taką anegdotę. Byłem zraniony w miłości i coś tam opowiadam, a Grabowski mi na to: wyjdź na scenę, zacznij grać, wszystko będę wiedział. Scena ma to do siebie, że pokazuje wszystko o człowieku. Czy się zasłania, czy jest z nami szczery, czy nie. Na scenie widać prawdę.


Rozmawiała Magda Sendecka
Fot. tytułowe Teatr Imka




Do góry!