Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Podłączona do innego wymiaru

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Podłączona do innego wymiaru

Podłączona do innego wymiaru

Ma w sobie to tajmnicze coś, co pozwala jej tworzyć poruszające i wielowymiarowe kreacje aktorskie i sprawia, że jej, jak sama dziś przyznaje, nieco naiwne marzenie o karierze jako fascynującej przygodzie rzeczywiście zaczyna się spełniać. Ubiegłoroczne kreacje w "Demonie" Marcina Wrony i "Chemii" Bartka Prokopowicza sprawiły, że dziś jako laureatka Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego dołączyła do grona najlepszych aktorów młodego pokolenia. O filmowych i teatralnych wyzwaniach rozmawiamy z Agnieszką Żulewską.



Twoja droga do aktorstwa nie była całkiem konwencjonalna. Jak wyglądało zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością: najpierw szkoły teatralnej a potem – zawodu?

Podejrzewam, że miałam podobne oczekiwania jak większość startujących na studia aktorskie: mgliste wyobrażenia, jak może być cudownie. Kariery, która będzie fascynującą przygodą. Nie było obok mnie nikogo, kto znałby to od środka, więc chyba moje myślenie było dość stereotypowe. Oczywiście pani dziekan Zofia Uzelac mówiła nam, że to diabelski zawód, jeden z najtrudniejszych, jakie można wykonywać. Ale wtedy nikt w to nie wierzył, weryfikacja przyszła po czterech latach, kiedy trzeba było stanąć na własne nogi, odnaleźć ścieżki, zrozumieć, w jakim znaleźlismy się lesie. Nie każdy ma zresztą tyle szczęścia, żeby móc to sprawdzić. To tajemnica, dlaczego jednym zdarza się to szybciej, innym wcale.

Miałaś jednak wcześniej doświadczenia teatralne i parateatralne. Co cię ciągnęło do teatru? Wydaje się, że to nie był oczywisty wybór – nie rezygnujesz ze swoich zainteresowań plastycznych, więc chyba nie było tak, że nie spałaś po nocach marząc, że będziesz aktorką? Co przeważyło? Pamiętasz ten moment?

Szatnia, po wuefie, ciepła jesień, początek roku szkolnego. Koleżanka, Marta, mówi, że idzie do kółka teatralnego. To był chyba ten moment, o którym się mówi, że komuś zapłonęły oczy. To nie była zazdrość, tylko wyraźne poczucie, że to nie ona powinna tam być a ja. Nie wiem, jaki mechanizm się wtedy otworzył. Ale zaczęło zasysać jak odkurzacz.

Głos intuicji?

Raczej ryk. Wcześniej w podstawówce też mocno uczestniczyłam w życiu kulturalnym szkoły, „reżyserując” jakieś spektakle, śpiewając na apelach, organizując apele, byłam aktywistką kujonką. Nie do zatrzymania. I chyba rzeczywiście z tej radości zaczęły się pojawiać kolejne pomysły na siebie.

Kusząca była alternatywna rzeczywistość, wchodzenie w cudzą skórę czy poczucie święta? A może jeszcze coś innego?

Pewnie mieszanka wybuchowa tego wszystkiego. Ale najbardziej fascynowała mnie możliwość tworzenia innej rzeczywistości niż ta, którą znam. Mapowanie jej za pomocą wyobraźni. Mieliśmy w tym kółku pojechanego instruktora Darka Różańskiego, którego wszyscy kochaliśmy. Robiliśmy trochę teatr plastyczny, trochę teatr ruchu. To było obcowanie z przedmiotami, inne traktowanie zwykłych obiektów, z czułością w stosunku do nich i do przestrzeni. A przede wszystkim byliśmy grupą szaleńców, zapamiętałam ten czas jako szereg znakomitych spotkań, bycia razem, wspólnoty. To było nowe doświadczenie, bo liceum plastyczne, do którego chodziłam, było pełne indywidualności, ludzi raczej wycofanych, skupionych na swoich działaniach. Tu się okazało, że grupa może funkcjonować jak jeden organizm. To było pociągające.

Na wydział aktorski PWSFTViT dostałaś się z marszu.

Tak, ale przed ogłoszeniem wyników byłam przekonana, że nie mam w niej czego szukać. Na szczęście był ze mną brat, który mnie powstrzymał przed wyjazdem i okazało się, że jestem na liście. Chyba nie byłam do końca na to gotowa, to był rodzaj szoku. Zresztą to normalne, jeśli się zdaje do szkoły aktorskiej. Tysiąc osób na dwadzieścia miejsc?!

Pamiętasz, co przygotowałaś na egzaminy?

Na pewno mówiłam tekst Marii Czubaszek. I Leśmiana – absolutnie kompromitująco.

Komisji to nie zraziło.

Najwidoczniej dostrzegli mimo wszystko coś, co można rozwijać... [śmiech]. A co jeszcze? Hłasko i „Sklepy cynamonowe” Brunona Schulza. „Sklepy...” również dlatego, że były główną inspiracją dla mojego dyplomu kończącego liceum. To był monodram z obiektami, które wykonałam. Pokazywałam go broniąc tej pracy w zamku von Garnierów w Turawie, który był obok naszego domu rodzinnego.

Brzmi bardzo interesująco.

To świetna przestrzeń, kiedyś był tam dom dziecka.

Mam na myśli raczej scenografię do Schulza!

No tak, ale sama przestrzeń, w której te obiekty mogły być pokazane, świetnie wpisała się w całość, bo wyglądała jak żywcem wyjęta z „Sanatorium Pod Klepsydrą”. Jak napisana przez Schulza. A prawie dziesięć lat potem kręcilismy w tym samym zamku „Uwięzioną" Prousta w reżyserii Krzyśka Garbaczewskiego. Zamek z dużymi możliwościami.



Wróćmy do szkoły. Opiekunem twojego roku był Janusz Gajos.

Udało nam się znakomicie. Profesor Gajos przeprowadził nas przez te cztery lata delikatnie, nikt nie odpadł w trakcie studiów. Nie był kimś groźnym. Dzielił się z nami gigantycznym doświadczeniem i mądrością, uczył skromności i myślenia. Doświadczenie obcowania z nim, wsłuchiwania się w to, co mówi i w jaki sposób, obserwowanie jego podejścia do zawodu, było świętem. Wszyscy czuliśmy, że to najważniejsze zajęcia.

Co z nich wyniosłaś przede wszystkim?

Ogromną uwagę dla każdego słowa i każdego gestu. Pokorę. Profesor o niej nie mówi, ale całym sobą o niej świadczy.
To są zresztą spotkania, których wartość dostrzegam coraz wyraźniej z upływem czasu. Pewnie inni mają podobnie. Obcowanie z kimś formatu Janusza Gajosa to mocne przeżycie dla młodych, trzepniętych głów. Im bardziej jesteśmy doświadczeni, tym lepiej rozumiemy to, co wtedy do nas mówił. Ja Janusza Gajosa kocham i uwielbiam.

Podobnie jak widzowie. Swoją drogą, niezły był twój rok w łódzkiej szkole. Na festiwalu dyplomów zdobyliście kilka nagród.

Rzeczywiście, zgarnęliśmy wtedy prawie wszystko, co było do zgarnięcia. Bylismy dobrym, pracowitym rokiem. Mieliśmy dobrych reżyserów dyplomowych: Małgosię Bogajewską, Mariusza Grzegorzka. Profesor Mariusz Grzegorzek, teraz już rektor PWSFTViT to jedna z najważniejszych osób, które pojawiły się w moim życiu: szaleniec, piekielnie dowcipny, nieprawdopodobnie mądry i inteligentny. Zupełnie inna osobowość niż Janusz Gajos, ale o tej samej intensywności i gęstości. Antypody, ale to samo nasycenie. Był też dyplom z Waldemarem Zawodzińskim, z Grzegorzem Wiśniewskim. Trafiliśmy na ludzi, którzy dobrze nas wprowadzili w moment, kiedy spuszcza się smycz i mówi: a teraz idź sam.

Ale zanim zaczęłaś chodzić po własnych ścieżkach, były etiudy. Szkoła w Łodzi ma tę zaletę, że na tym samym korytarzu spotyka się studentów reżyserii i operatorstwa.

To wspaniałe, bo pewne przyjaźnie potem trwają. A bardzo ważna była dla mnie możliwość obcowania z magią, jaką daje kamera. Zwłaszcza że na pierwszym roku kręciliśmy na taśmie! To niezapomniane uczucie, kiedy słyszysz jak przesuwa się taśma, to magia. I pracujesz wiedząc, jak mało jest tej taśmy. Etiudy pierwszoroczne miały do dyspozycji dwie, trzy rolki. Koniec. Kropka. Więc trzeba było naprawdę się starać. Wszyscy byliśmy maksymalnie skoncetrowani i uważni.

Która z etiud utkwiła ci najbardziej w pamięci? Najgłośniejsze z twoim udziałem, jak „Fragmenty” Agi Woszczyńskiej czy „Lena i ja” Kaliny Alabrudzińskiej powstały już po twoim dyplomie. Ale w trakcie studiów zagrałaś chyba w kilkunastu.

Pierwszy był „Szkwał” Dominiki Długokęckiej, która teraz pracuje jako reżyserka w Niemczech. Autorem zdjęć był Malte Rosenfeld, a operatorem Bartosz Nalazek, który teraz robi karierę w Kalifornii. Była jesień, rano wypływaliśmy łódką... Mieszkaliśmy razem całą ekipą, rozpoznawaliśmy teren, uczyliśmy się gotowości, pewnego rodzaju wyrzeczenia dla wspólnej sprawy. Pierwsze zdjęcia wyjazdowe i pierwsze doświadczenie eksponowania siebie przed kamerą, bycia obfotografowanym obiektem, wkomponowania się w przestrzeń. To było rozpoznawanie siebie wśród obcych, badanie gruntu. Wpółświadome bycie na planie, kiedy nic kompletnie się o tym nie wie.

I znowu trzeba polegać na intuicji?

Takiej pierwszej. Wspominam to wspaniale. Wszystkie te łódzkie doświadczenia były niezwykłe. Ale również dosyć szorstkie. Łódź to nie jest łatwe miasto. Trzeba było sobie radzić w miejscu, które nie tryska łagodnością. Hartowaliśmy się w tych warunkach. Pamiętam z tego czasu mnóstwo obrazów. Teatr Studyjny ze starym portierem Lucjanem, Piotrkowska bez Off Piotrkowskiej, spotkania na stacji benzynowej za Portobello, jeżdżenie na zajęcia rikszą, akademik, ucieczka przed łódzkimi chuliganami, Arturówek, targ na Bałutach, przyjaźń – hasztagami łatwiej przywołać pewne obrazy. I oczywiście samo doświadczenie tych pierwszych podejść do bycia aktorką. To podniecające – obecność w kamerze, świadomość, że to niezwykłe, jedyne momenty, że właśnie wydarza się coś, co już nigdy się nie powtórzy. Jeśli udaje się to zapisać, to ma się poczucie czystego piękna. Teatr działa na zupełnie innych zasadach. Zaczynam od mgły na premierze, a potem dopiero zaczyna się celniejsze poszukiwanie. Film jest tak niezwykły, bo chodzi o tę jedną jedyną sekundę. Mam nadzieję, że nigdy nie przestanie mnie to zachwycać.

Zastanawiałaś się nad wyborem ról przy tych pierwszych zadaniach?

Wtedy to się odbywało na prostych zasadach wzajemnej sympatii. Masz czas? To chodź, zagraj!

Praca u Woszczyńskiej czy Alabrudzińskiej miała już zupełnie inny wymiar? Te bohaterki są bardzo szczególne, a twój udział w kreowaniu przestrzeni, nie tylko psychologicznej, jest znaczący.

„Fragmenty” były dyplomowym filmem Agi Woszczyńskiej, w którym zagraliśmy już jako aktorzy a nie studenci. To był w pełni profesjonalny plan poprzedzony serią spotkań i prób. Podobnie z filmem Kaliny, dobrze przygotowany i wspaniale napisany film licencjacki. Oczywiście najważniejsza jest rozmowa. To patrzenie sobie w oczy. Szybko można złapać się w zrozumieniu. To znaczy albo ono jest, albo nie.



Można się o tym przekonać na castingu?

Oczywiście. Większość ważnych ról dostałam z castingów: „Chemię”, „Demona”, „Sanktuarium”. Mój pierwszy film, czyli „W imieniu diabła” Barbary Sass. Tak samo z Norą McGettigan, z Bartkiem Prokopowiczem. Marcina Wronę znałam wcześniej tylko z widzenia. Ale w każdym przypadku szybko się okazywało, że to wspaniałe osoby. Dobrze czułam się na castingu i wiedziałam, że tak samo będzie na zdjęciach.

A zdarzyło ci się odmówić po castingu? Wiedziałaś, że to nie ten film, nie ten projekt?

To bardzo ciekawe doświadczenie, jeśli chodzi o samodzielność i podejmowanie ważnych decyzji. To uświadomienie sobie własnej siły, która polega na możliwości powiedzenia „nie”. Parę lat temu wydawało mi się, że nie można odmówić komuś, kto proponuje mi rolę. Ale kiedy intuicja głośno mówi „nie”, to nie można robić sobie krzywdy. Nie jest tak, że jeśli w czymś nie weźmiemy udziału, to inne drzwi zostaną pozamykane. To bzdura. W takich momentach, kiedy odmawiałam, bardzo mnie to budowało jako osobę i człowieka.

Zdarzyło ci się też odmówić ostatnio grania w telenoweli. Ze szczególnego powodu. Chyba pierwszy raz słyszę, żeby aktorka czy aktor zrobił to w proteście przeciwko barbarzyńskiemu traktowaniu przez producentów członków ekipy. Zaimponowałaś mi.

To dziwne, że tak mało osób o tym mówi, przecież wszyscy muszą to widzieć. Oczywiście to nie dotyczy wszystkich seriali, bardzo dobrze wspominam na przykład pracę przy „Na Wspólnej”. Przyjazne, ciepłe miejsce, wspaniali ludzie. Natomiast kilka doświadczeń było wręcz porażających. To okropne, że tak się dzieje i wszyscy to akceptują.

Ty nie.

Z drugiej strony czy robię z tym cokolwiek poza mówieniem, że warunki pracy na planach pewnych produkcji są skandaliczne? Nie. Mogę również w nich nie grać. Nikomu to nie pomoże. Na efekt końcowy pracują wszyscy, którzy są na planie. Tak samo ważny jest dźwiękowiec, scenograf, pomocnik scenografa – wszyscy gramy do jednej bramki, wszyscy musimy czuć się ze sobą dobrze. Śmieszą mnie aktorki czy aktorzy, którzy BEZ powodu roztaczają wokół siebie aurę narodowych skarbów. Nasz zawód jest trudny i wymaga pewnej higieny pracy, ale bez przesady.

Czujesz się na planie częścią ekipy? Zaprzyjaźniasz się z ludźmi, bierzesz we wszystkim udział czy raczej jesteś skoncentrowana na tym, co masz za chwilę zagrać?

Jestem bardzo skupiona. Tego też nauczył nas Janusz Gajos. Ale to idzie w parze z pragnieniem bezpieczeństwa. Na planie staram się stworzyć dom i anektuję wszystkich. Chcę i muszę się z wszystkimi poznać. Jak pies, obsikuję, sprawdzam i rozpoznaję teren bardzo dokładnie, żeby się dobrze poczuć w tym miejscu.

Pierwszą rolę filmową zagrałaś we „W imieniu diabła”, ale dla mnie twoim debiutem jest „Sanktuarium” Norah McGettigan. Duża, pierwszoplanowa rola. Ale film przeszedł właściwie bez echa, choć miał wszelkie szanse powodzenia: utalentowana reżyserka, świetni aktorzy. Umiesz powiedzieć z perspektywy aktorki, czego mogło zabraknąć?

Prawdę mówiąc, z pracy nad „Sanktuarium” pamiętam najbardziej, że się zakochałam w Bartku. Byłam kompletnie zauroczona i nie mogłam się doczekać końca zdjęć, żeby lecieć na Kazimierz, bo Bartek był wtedy na trzecim roku w krakowskiej Szkole Teatralnej... Z mojej strony na pewno zabrakło pełnego skupienia. Nie byłam w stanie nad tym zapanować. Wtedy.

Może to coś wyjaśnia?

Temat był wspaniały, osobiste ujęcie Nory, która jest subtelna i nieoczywista w sposobie myślenia, lokacje, w których kręciliśmy, język angielski – to było znakomite doświadczenie. Ale jakieś milimetry, sekundy, sprawiły, że to nie zadziałało.



To film o stracie. Jeden z wielu z twoim udziałem. A pracę magisterską pisałaś o obrazach śmierci w filmie. Przypadek?

Rzeczywiście mam skłonność do myślenia o śmierci, jest coś pociągającego w cmentarzach, śmierć cały czas jest bardzo blisko. Mam to od dziecka i cały czas oscyluję między strachem a fascynacją.

To inspirujące?

Nie tylko inspirujące. To podłączenie do innego wymiaru. Zdumienie własnym istnieniem, konieczność namysłu nad tym, kim się jest. Codziennie wyciągasz rękę i pytasz „kto to jest”? I masz świadomość, że za sekundę możesz zniknąć, że mogą odejść twoi bliscy. Czasami to budzi rozpacz, a czasem daje rodzaj wolności.

Nietrudno sobie wobec tego wyobrazić, jak głębokim doświadczeniem była dla ciebie praca nad „Chemią”.

Tak. To film, który ciągle ma na mnie wpływ. Kiedy o nim myślę, chwyta mnie za gardło... W czasie pracy oczywiście musiałam się uzbroić i nie dopuścić do siebie wszystkich emocji, żeby się nie znokautować. Ale i tak po zdjęciach się rozchorowałam jak nigdy w życiu, jakby ciało musiało odreagować. „Chemia” to film, który będzie przychodził i zmieniał kształty w mojej głowie. Filmy mają swoje promieniowanie. To wydarzenia długodystansowe, zostają we mnie.

W wielu filmach jesteś obsadzana jako lodowa księżniczka, chłodna, zdystansowana, na pozór pozbawiona wrażliwości. Mówisz, że role w tobie rezonują, zostają. Co bierzesz na przykład z bohaterki „Fragmentów”?

Kolejne filmy tworzą jakiś nasz wizerunek. Pewnych rzeczy nie da się ukryć przed kamerą. Gramy fikcyjne postaci, ale kamera jest bezwzględna, pokazuje również to, co może chcielibyśmy ukryć. Bycie aktorem wymaga odwagi, zgody na pokazanie siebie w różnych wersjach, z których wszystkie są w pewien sposób prawdziwe. Zupełnie inaczej mówi o tym Janusz Gajos. Twierdzi, że nigdy nie jesteśmy sobą i nigdy nie powinniśmy być sobą, że nawet ruch palca powinien należeć do postaci, nie do aktora. Mówi, że nigdy nie wejdzie na scenę jako Janusz Gajos. A ja mam kompletnie odwrotną koncepcję: wszystko, co mogę dać, to jestem ja.

A czy przypadkiem nie mówicie o dwóch stronach tej samej monety? Oscar Wilde mówi: daj człowiekowi maskę, a powie ci prawdę.

W gruncie rzeczy chodzi chyba tylko o szczerość intencji.

Uprawiasz niezwykły zawód. Żartobliwie ale i głęboko mówi o tym w TR spektakl „Ewelina płacze” Anny Karasińskiej. To rzecz o tym, że jako aktorzy nieustająco mierzycie się z pytaniami o własną tożsamość, z własnymi i cudzymi wyobrażeniami na własny temat. Jak sobie z tym radzisz?

Szczerze? Nie radzę sobie. To chyba zadanie na całe życie, nie wiem czy wykonalne.

A jakiej szukasz strategii?

Myślę, że potrzebna jest zgoda na wszystkie swoje występy, i te dobre, i te żenujące. Chciałabym mieć odwagę, żeby to wszystko mogło się pokazać. Najlepszy byłoby spokój niemyślenia o sobie. I umiejętność oczyszczenia się raz na jakiś czas z tych wszystkich postaci, odbić w lustrze. Jeszcze tego nie potrafię.

To chyba dobrze, że możesz to ćwiczyć w tak dobrym towarzystwie, jak zespół TR?

Trafiło mi się absolutnie najlepiej, to jest wyjątkowe miejsce.

Mówisz „trafiło się”, a przecież to nie mógł być przypadek...

Ale to wynik całej serii zdarzeń. Zaczęło się od nagłego zastępstwa w „Cokolwiek się zdarzy, kocham cię” za Romę Gąsiorowską. Miałam dziesięć godzin, żeby się nauczyć całego tekstu. Przekonałam się wówczas, że postawiona w takiej sytuacji umiem to zrobić! Myślę, że to sprawiło, że się te drzwi uchyliły. A znałam już kilka osób stamtąd: Justynę Wasilewską, Czarka Kosińskiego, Adama Woronowicza, Romę… Miejsce nie było mi obce. Uwielbiam tę scenę, zawsze była dla mnie ważna.

Rozmawiamy niedługo po premierze „Roberta Robura”, jesienią kolejne spektakle.

Gramy od 14 września. Polecam Roberta Robura. Z całych sił.



Mam poczucie, że Garbaczewski to reżyser pokoleniowy, głos trzydziestolatków.

Garbaczewski to głośny głos.

Co dla ciebie jest w tym porywające?

To jest jak skok ze spadochronem. Nie mam potrzeby uprawiania sportów ekstremalnych, wręcz się ich boję. A praca z Krzyśkiem daje takie przeżycia. Adrenalina jest odpalona na maksa. Krzysiek też daje możliwość spełniania naszych prywatnych marzeń i wyobrażeń. Tryb pracy, który proponuje, otwiera nieoczywiste przestrzenie. Krzysiek ma też bardzo dobry gust i niezwykłą wyobraźnię. Wszystko mu się przeistacza i łączy, fascynujące jest obserwowanie procesu budowania przez niego świata. Oczywiście ma też doskonałych współpracowników, którzy doskonale rozumieją jego język, to jest wspólna wypowiedź – mówię o Oli Wasilkowskiej i Robercie Mleczko. Branie w tym udziału jest wydarzeniem. On nie prowadzi aktora, proponuje uczestnictwo w pewnym świecie. I albo bardzo szybko się na to zgodzisz i zrozumiesz, albo będziesz cierpiała przez cały czas pracy.

A o czym marzysz w teatrze?

Nie mam marzeń. Na pewno nie o wielkiej pierwszoplanowej roli, bo teatr mi sprawia problem, boję się jeszcze tej przestrzeni, nie czuję się w niej bezpiecznie. Dlatego właśnie granie w „Roburze” daje mi radochę, bo sześćdziesiąt procent spektaklu dzieje się przed kamerą, w streamingu. Za każdym razem, kiedy wychodzę na scenę choćby na minutę, drżą mi nogi.

Strach przed zetknięciem z żywą publicznością?

Z tą energią dwustu, trzystu głów. Nie wiem czy to jest do opanowania. Może z doświadczeniem przyjdzie większy spokój. Ale na razie w teatrze chętnie będę czwartym tłem.

A w filmie?

Marzy mi się mądre finansowanie filmów, takie, żeby mogły się spełniać wszystkie szalone, autorskie, osobiste pomysły twórców. Marzy mi się praca nieoczywista, w materii filmowej, która używa absurdu jako głównego środka wyrazu.

Tęsknisz za większą dozą szaleństwa?

I pełną dowolnością. Strasznie mi smutno, kiedy czytam w internecie opinie o „Córkach Dancingu” czy „Disco Polo”, które są nowym słowem w polskim kinie, typu: „kto daje na takie g... pieniądze, nic nie rozumiem z tej fabuły”. A wydawałoby się, że mistrzowie, tacy jak niedawno zmarły Andrzej Kondratiuk, wyedukowali widzów.

Rozmawiamy dla Legalnej Kultury, myślisz, że autorzy takich komentarzy widzą zależność między finansowaniem filmów a ich nielegalnym oglądaniem?

Boli mnie, że zbyt mało jest edukacji związanej z wrażliwością na obraz. Mało kto ma świadomość, że jeśli ogląda film w domu, na monitorze kiepskiej jakości, to go w zasadzie nie widzi. Po to się robi filmy kinowe, żeby oglądać je w kinie. To naprawdę nie jest to samo dzieło. Mało się o tym mówi: o jakości obrazu, fakturze filmu, kolorach… Brak tej wrażliwości wpływa też na wybory podejmowane przez widzów. Szkoda.

Przez swoje zainteresowania i wykształcenie plastyczne chyba jesteś na to szczególnie wrażliwa.

Historia sztuki to przedmiot, który powinien być obowiązkowy. Nie rozumiem, czemu jest mniej ważny niż historia powszechna.

Znajdujesz czas na malowanie?

Tak. Właściwie cały czas maluję. Straciłam wprawdzie tę sprawność, którą miałam w szkole, nie jestem tak dobra w odtwarzaniu, ale robię to cały czas. Zresztą zawsze lepiej szło mi przetwarzanie rzeczywistości niż jej odtwarzanie.


Rozmawiała: Magda Sendecka
fot. Zija&Pioro



Do góry!