Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Interesuje mnie oryginalność

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Interesuje mnie oryginalność

Interesuje mnie oryginalność

Cenię sobie twórców, którzy są wyraziści. Szaleńców, którzy idą własną drogą – mówi Roman Gutek, twórca największego polskiego przeglądu ambitnego kina, pomysłodawca i dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Filmowego T-Mobile Nowe Horyzonty.


Podczas festiwalu odbędzie się wiele wyjątkowych wydarzeń, w tym pokazy filmowych oper „Zagubiona autostrada” i „River of Fundament” Matthew Barneya. Skąd ten pomysł?


Kilka lat temu, w związku z Europejską Stolicą Kultury, wymyśliliśmy sobie – a dokładnie Jan Topolski, który z nami pracował – żeby zaproponować reżyserom filmowym, których twórczość jest oryginalna i wyrazista, zrobienie oper. Wśród nich znaleźli się Gaspar Noé, Bruno Dumont oraz Béla Tarr, który chciał zrobić „Carmen” i zupełnie ją zdekonstruować. Z różnych względów te pomysły nie doszły do skutku i ostatecznie zostaliśmy z tymi dwoma projektami.

Natalia Korczakowska, która wyreżyseruje „Zagubioną autostradę”, wcześniej zajmowała się jednak głównie teatrem.

Reżyseruje także opery. Natalia nie jest reżyserką filmową, ale „czuje” kino. Lynch ją bardzo inspiruje i dlatego postanowiła zrobić operę na podstawie scenariusza filmu „Zagubiona autostrada”. Libretto napisały Elfriede Jelinek i Olga Neuwirth, która jest także kompozytorką. Opera była już wystawiana kilka razy w różnych teatrach operowych na świecie. Natalia Korczakowska po raz pierwszy przyszła do mnie z tym projektem już pięć lat temu i kiedy okazało się, że Wrocław będzie Europejską Stolicą Kultury, włączyłem pomysł opery do tego projektu. Został zaakceptowany i podczas tegorocznego festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty odbędzie się polska prapremiera opery „Zagubiona autostrada”. Natomiast jeśli chodzi o „River of Fundament”, początkowo Barney chciał go wystawiać w operze. Okazało się jednak, że scena teatralna ma za dużo ograniczeń – postanowił więc użyć kamery. Nie jest to ani film, ani opera filmowa zarejestrowana na taśmie. To coś zupełnie odrębnego – hybryda sytuująca się gdzieś pomiędzy. Ale wciąż bardzo w stylu Barneya. Krytycy porównują „River of Fundament” do monumentalnych dzieł Wagnera – to dzieło sztuki wybitnego artysty, który podąża własną drogą. Godzi się tylko na pięć pokazów w jednym kraju, które muszą się odbywać w zaakceptowanych przez niego salach.

Czym jest dla Pana jego twórczość? Filmy z cyklu „Cremaster” pokazywał Pan jeszcze w Cieszynie.

Cenię sobie twórców, którzy są wyraziści. Szaleńców, którzy idą własną drogą. Herzog też robił szalone rzeczy – w „Szklanym sercu” aktorzy grali pod wpływem narkotyków, a gdy kręcił „Fitzcarraldo”, kazał Indianom przeciągać statek przez górę. Interesuje mnie oryginalność, ale też mierzenie się z mitami współczesnej kultury. Barney właśnie to robi: w „River of Fundament” wykorzystuje powieść Normana Mailera „Starożytne wieczory”, w której egipska mitologia splata się z obrazem współczesnej Ameryki. To sztuka totalna – twórca zupełnie scala się ze swoim materiałem. Forma jest dla mnie ważna – bardzo ją sobie cenię, a takie hybrydy, jak cykle „Cremaster” czy właśnie „River of Fundament”, przekraczają granice. Barney fascynuje mnie jako artysta i jako człowiek, choć zwykle wolę, gdy artysta chowa się za dziełem. Czasem takie spotkania mogą jednak okazać się bardzo ciekawe i inspirujące.

Myśli Pan, że tak nietypowe projekty znajdą we Wrocławiu swoich zwolenników?

Jesteśmy nietypowym festiwalem, mamy też nietypową publiczność, która zapełnia sale i ogląda nietypowe projekty. Zarówno „Zagubiona autostrada” jak i „River of Fundament” bardzo wpisują się w moje myślenie o festiwalu. Łączą w sobie kino, teatr, muzykę i sztuki wizualne – to podejście zawsze było nam bardzo bliskie. Podobnych projektów było sporo w historii naszego festiwalu, chociażby opera „Księga niepokoju”, którą według Fernanda Pessoi zrealizował we wrocławskiej operze holenderski artysta i kompozytor Michel van der Aa, czy opera filmowa „Csoma” węgierskiego kompozytora, reżysera i performera Tibora Szemzö. Niektóry zarzucają nam czasem, że filmy, które pokazujemy, powinny znaleźć się w galerii, a nie w kinie. Ale T-Mobile Nowe Horyzonty zawsze doceniały eksperymenty – właśnie takim festiwalem chcemy być. Reżyserzy teatralni od dawna wykorzystują możliwości kina. Jak chociażby Pippo Delbono, który będzie zresztą bohaterem jednej z retrospektyw. Realizuje skromne, ale bardzo osobiste filmy i wykorzystuje ich fragmenty w swoich spektaklach. Jego teatr i kino przenikają się. Pippo Delbono z pewnością będzie dla wielu odkryciem.

Czym Pana tak ujął?

To artysta totalny. Jak Tadeusz Kantor. Moja przyjaciółka Marina Fabbri, żona rzeźbiarza Krzysztofa Bednarskiego, którego wystawa odbywa się teraz we Wrocławiu, już od kilku lat próbowała przekonać mnie do pokazania jego filmów. Wreszcie poprosiłem ją o filmy oraz spektakle i zrobiłem sobie prywatny miesięczny festiwal Pippa Delbono [śmiech]. Polubiłem jego świat i stał się mi bardzo mi bliski. Także przez to, co robi. Cieszę się, że z nami będzie i mam nadzieję, że znajdzie nową rzeszę zwolenników. Pod koniec października pokaże we Wrocławiu swój najnowszy spektakl w ramach Olimpiady Teatralnej. Wszystko, co robi, jest osobiste. Tak samo jak Laurie Anderson.

Jej „Serce psa” zachwyciło Pana na festiwalu w Wenecji. Które z innych prezentowanych w tym roku filmów wywarły na Panu szczególne wrażenie?

Lubię też „W pionie” Alaina Guiraudie. Myślę, że jest człowiekiem, który po swojemu pokazuje świat. Także izraelski film „Góra” – osobiste, transgresyjne kino, które zapewne może trochę szokować. Oraz „P.S. Jerusalem” – prosty, intymny dziennik. Prawie jak u Pippa Delbono. Polecam też te nieco dłuższe filmy: „Kołysankę do bolesnej tajemnicy” Lava Diaza, „Rodzinę” czy „Cień Chamissa” Ulrike Ottinger – kinową podróż w czasie. Mają w sobie coś, co sprawia, że ich oglądanie daje mi ogromną frajdę.

Takie filmy zmuszają do nieco innej refleksji. Zatrzymania się.

Mówiąc to, sprzeniewierzam się trochę temu, co robię na co dzień, ale wydaje mi się, że na dużych festiwalach nasze obcowanie ze sztuką sprowadza się do zaliczania jak największej liczby wydarzeń. Mamy mało czasu na refleksję, na rozmowę. Chciałbym stworzyć festiwal, na którym będą obecne różne dziedziny sztuki – a kino będzie tylko jednym z jego elementów – inne składowe to kulinaria i natura. Wszystko bardzo „slow”, rozciągnięte w czasie na trzy wakacyjne miesiące, w małej miejscowości na Podlasiu, jedno wydarzenie dziennie i sporo warsztatów. Chodzi o to, żeby bardzo świadomie odbierać sztukę i być blisko natury. Żeby można było po prostu usiąść na trawie i rozmawiać z twórcą przy piwie nawet przez kilka godzin, jeśli zajdzie taka potrzeba. Słuchać niekończącego się utworu Johna Cage’a, iść do lasu z biologiem na kilkugodzinną szwendaczkę albo nieśpiesznie delektować się śniadaniem. Mam nadzieję, że pierwsza edycja odbędzie się już w przyszłym roku.


Rozmawiała: Marta Bałaga

Wywiad oryginalnie ukazał się w festiwalowej Gazecie Na Horyzoncie



Do góry!