Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Przepustka do innego świata

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Przepustka do innego świata

Przepustka do innego świata

- Zawsze był w mojej twórczości jakiś element prowokujący. Prowokacja jest zresztą jednym z najciekawszych środków artystycznych. Dla twórcy najgorsza jest obojętność – mówi Renata Przemyk. Swoich poglądów nie zmienia od lat, choć dawna buntowniczka nieco złagodniała. Niedługo będzie można posłuchać w jej wykonaniu nostalgicznych tekstów Leonarda Cohena.



Kiedyś nosiłaś glany, dziś trochę zmieniłaś styl, ale w falbankach nadal cię nie widzę.

O, tu się mylisz. Kiedy kilka lat temu rozpoczęłam mój projekt Przemyk Akustik Trio, w którym było dużo akcentów etno, flamenco, fado, pojawiły się i falbanki i kwiaty we włosach i kolorowe szale. Nawet obcasy. Wyrosłam już z samej czerni, tak jak z postrzegania świata zero-jedynkowo. Od jakiegoś czasu bawię się kolorami. I więcej odcieni dostrzegam wokół. Dzisiaj jestem ubrana jak do biura, bo akurat idę do radia na program „Biuro myśli znalezionych”, ale na scenie przeprosiłam się nawet z czerwienią, która przez całe lata działała na mnie jak płachta na byka. Do koloru najwyraźniej trzeba dorosnąć jak do innych, poważnych decyzji. I do spokoju trzeba dorosnąć.

Dzisiaj masz więcej odwagi, żeby emanować seksapilem?

Nie miałam z tym nigdy problemu. Zawsze byłam dość mocno umalowana, nosiłam krótkie spódniczki, dekolty, wycięte plecy. Glany świetnie dodają ostrości seksownej małej czarnej. Nie lubię gdy coś jest zbyt oczywiste. Tak jak cieszy mnie mieszanie stylów w muzyce, tak mieszam również style w modzie. Dzisiaj jestem na pewno bardziej świadoma swojej kobiecości, ale i pewniej czuję się w sztuce. Zawsze był w mojej twórczości jakiś element prowokujący. Prowokacja jest zresztą jednym z najciekawszych środków artystycznych. Dla twórcy najgorsza jest obojętność. Nie nienawiść, nie krytyka, tylko fakt, że jego sztuka nie robi wrażenia. Moje piosenki, nawet te wykrzyczane, najczęściej miały bardzo kobiece poetyckie teksty - były wzruszające, większość z nich opowiadała o miłości. Piosenka „Babę zesłał bóg” dopiero z czasem stała się czymś w rodzaju manifestu. Na początku była żartem. Teraz organizatorki „Marszu godności” poprosiły, żebym im ją udostępniła. Dałam im swoje błogosławieństwo.

Fakt, że organizowane są „marsze godności”, oznacza, że w dzisiejszej Polsce trudno być kobietą?

To oznacza, że jest potrzeba takich marszów. Cała ta walka począwszy od sufrażystek i emancypantek, miała głęboki sens i oczywiście odniosła skutek, ale nie możemy jeszcze powiedzieć, że kobiety są traktowane sprawiedliwie i na przykład w pracy na równi z mężczyznami, choćby pod względem wysokości zarobków na tym samym stanowisku. Ciągle jest wiele pól, na których nasza sytuacja nie jest wyjaśniona.



Odczułaś to w show biznesie?

W show-biznesie te różnice nie są aż tak wyraźne. Odczuwałam to choćby we własnym domu, gdzie mieszkałam z rodzicami, dwoma braćmi i babcią, która była strażniczką tradycji i podziału prac na kobiece i męskie. Wychowywała się na wsi, gdzie mężczyźni mieli zdecydowanie więcej do roboty. Nie przychodzili po etacie i nie siadali z piwem tylko pracowali od świtu w polu, więc tam ten podział – mężczyźni w polu, kobiety w domu - miał sens. W mieście, gdzie kobieta pracuje również poza domem, a potem wraca, robi obiad, sprząta i zajmuje się dziećmi, ten podział traci uzasadnienie i staje się zwyczajną niesprawiedliwością. Tym bardziej, że są prace, które powinni wykonywać mężczyźni, bo one zwyczajnie wymagają siły fizycznej, jak choćby dźwiganie zakupów. Nie sądzę również, żeby w sprzątaniu czy myciu garów było cokolwiek niemęskiego. Niemęskie jest dla mnie unikanie pracy i odpowiedzialności czy nadużywanie siły fizycznej, gdy akurat mogłaby się przydać w pomaganiu i opiece nad rodziną. Tak samo jak niczego nie ujmuje mężczyźnie zajmowanie się dziećmi, bycie opiekuńczym i ciepłym. Ale wiele razy podkreślałam, że jestem nie tyle feministką, co humanistką, że ważne jest dla mnie dostrzeganie człowieka godnego szacunku w każdym, bez względu na płeć, kolor czy wyznanie. Całym sercem podpisuję się więc pod hasłami „Marszu godności” czyli kobieta też człowiek.

A aborcja? Jako katoliczka dopuszczasz taką możliwość?

Nie wszystko, co głosi kościół, jest zgodne z moim sumieniem. Ale jeśli mam dylemat jak postąpić, to raczej wybiorę moje sumienie niż instytucję. Nie można być zaślepionym, ani zacietrzewionym, za dużo jest dzisiaj poświęcania człowieka dla źle pojętych zasad. To choroba naszych czasów. Uważam, że znacznie bliższe Bogu jest poświęcenie zasady w imię miłości bliźniego, a nie ślepe posłuszeństwo przywódcy, który uważa się za patriarchę narodu. Niech każdy spróbuje wyobrazić sobie tak skrajną sytuację, że jest kobietą, której ciąża zagraża jej życiu albo jest skutkiem gwałtu. I niech poświęci sam siebie, jeśli jest w stanie. Dla przeważającej większości kobiet decydujących się na aborcję największą karą i dramatem życiowym jest już sam wybór takiego rozwiązania i życie w poczuciu winy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie podejmuje takich decyzji lekko. Myślę, że należałoby raczej stworzyć odpowiednią, dużo lepszą niż dotychczas, również psychologiczną opiekę dla kobiet, które zdecydowałyby się urodzić dzieci i oddać do adopcji. Wiem, że potencjalnych rodziców adopcyjnych jest ciągle wielu.

Więc edukacja seksualna?

Zdecydowanie tak. Szkoła powinna stworzyć jakąś przyjazną formę rozmowy z dziećmi o seksie w kontekście szacunku i miłości. Osoby delegowane do takich rozmów muszą mieć solidne przygotowanie psychologiczne i pedagogiczne, żeby umiały trafić do młodych ludzi, którym się wydaje, że wszystko lepiej wiedzą. To co proponują media i co wylewa się z internetu jest karykaturalne i przejaskrawione. Ogromne znaczenie ma wychowanie wyniesione z domu, ale rodzice często nie umieją rozmawiać na te tematy z dziećmi.

Tobie lepiej poszło?

Starałam się nazywać rzeczy po imieniu i odpowiednio do wieku. Żyjemy na wsi, łatwiej nam podglądać naturę nie robiąc z tego sensacji. Preteksty do takich rozmów pojawiały się dość często przy zwierzątkach, ale i nagość w naszym domu zawsze była czymś naturalnym. Moja córka Klara ma dziś 14 lat i tak, jak powinny dzieci w jej wieku, zna człowieka od strony biologicznej, nie ma problemu z nazywaniem wszystkich części ciała ludzkiego bez dodatkowego rumieńca, ale wie też, że podstawą kontaktów z otoczeniem jest szacunek.

Dlaczego adoptowałaś Klarę w takim, a nie innym momencie życia? Nie chciałaś zaczekać na odpowiedniego partnera?

Właśnie z tym odpowiednim partnerem był problem. Po jakimś kolejnym zawodzie miłosnym skupiłam się co prawda na muzyce i pracy, ale marzenie o dziecku i rodzinie gdzieś głęboko we mnie tkwiło. Miałam już wówczas 36 lat, nie byłam życiową debiutantką. W innych dziedzinach czułam się spełniona. Ale też zadziałał przypadek . Choć ...w przypadki już teraz nie wierzę. Wierzę w siłę przyciągania, w to, że energia to potęga i że kiedy się czegoś bardzo chce i głęboko wierzy, to się to dostaje. Ja chciałam mieć córkę. Pojawili się na mojej drodze właściwie z dnia na dzień życzliwi ludzie, dowiedziałam się gdzie pójść, co zrobić. W kolejnym miejscu miałam wskazówki co dalej. Ale przede wszystkim spotkałam tę pierwszą osobę, która uświadomiła mi, że to jest możliwe. Za tą pierwszą wiarą poszła cała reszta.

Byłaś wtedy sama?

Tak. I myślałam, że adopcja przez samotną matkę będzie trudna, tym bardziej, że Klara miała niecałe dwa miesiące, ale spotkałam cudownych ludzi, którzy mi to umożliwili i nie ma dnia, żebym nie była za to wdzięczna.

Samotne macierzyństwo jest trudne.

Mam dziewczynkę, ale rzeczywiście nie wszystko było różowe. O dziewczynkach wiem nieco więcej niż o chłopcach, miało być łatwiej. Nie znam takich rodziców, którzy twierdzą, że dzieci to tylko radość i nic więcej. To przede wszystkim wspólne dojrzewanie do kolejnych etapów w życiu i pokonywanie przeszkód. I satysfakcja, że dziecko radzi sobie coraz lepiej ze światem, który go otacza, jest coraz fajniejszym człowiekiem. Ważne jest też to, żeby nie zatracić siebie i - jakkolwiek to zabrzmi - nie dać dziecku „za dużo”. Nie poświęcić się na tyle, żeby mu to potem wypominać. Dawać z serca, a nie jako depozyt, który się kiedyś odbierze. Starałam się dowiedzieć jak najwięcej o byciu mądrym rodzicem, rozmawiałam z rodziną, przyjaciółmi, przeczytałam mnóstwo książek na ten temat i wybierałam z tej wiedzy to co mi serce podpowiadało. I do tej pory moim głównym doradcą jest intuicja. Udało nam się utwierdzić w stałości uczuć i wypracować poczucie bezpieczeństwa. Dzisiaj mamy z Klarą więź, której nam nikt nie odbierze. Dostałam cudowny prezent również w postaci powtórnego, tym razem świadomie przeżywanego dzieciństwa. Mogłam bezkarnie wymyślać bajki, tarzać się po trawie, przebierać w różne postaci, robić bałagan przy zabawach i wkładać różową sukienkę, bo to przecież dla dziecka! Świetnie się czułam z tą infantylnością. Bardzo długo odpowiadało mi takie jednoosobowe stwarzanie świata.

Jednak odpowiedzialność, która rozkłada się na dwie dorosłe osoby też ma swoje dobre strony.

Oczywiście, że samodzielne podejmowanie decyzji czy jednoosobowe dźwiganie ciężaru materialnego to te gorsze strony samotnego macierzyństwa. Komfortem byłoby, gdyby dziecko miało też dobry męski wzorzec, żeby widziało, że można się dogadać z płcią przeciwną.

Ale zawsze mówiłaś - nic na siłę.

Bo lepszy żaden przykład niż zły, więc nadal uważam, że musi przyjść odpowiedni moment, odpowiedni człowiek.

Wreszcie przyszedł?

Przyszedł w momencie, kiedy się tego zupełnie nie spodziewałam.

To znaczy, że miłość odwiesiłaś na kołku, wychodząc z założenia że już się nie wydarzy, czy jednak byłaś osobą poszukującą, otwartą?

Niezupełnie, ale myślałam, że się już nic na stałe nie wydarzy. Że ten czas minął, że coś przegapiłam, że moim przeznaczeniem jest co innego. Lubię samotność, czas zatopienia w muzyce, książkach, swoją przestrzeń, więc nie szukałam intensywnie. No i miłość rządzi się swoimi prawami, przychodzi, kiedy sama chce. Jak wena. Miałam jej dużo w swoich piosenkach. W horoskopach czytałam, że osoba urodzona pod takim znakiem jak mój – zarówno zodiakalnym jak i numerologicznym - nie jest stworzona do życia rodzinnego. Moim ajurwedyjskim symbolem jest bębenek jako znak przewodnika czyli tego co bębni, a inni za nim idą. Kiedy się o tym dowiedziałam poczułam ciężar, bo wcale nie uważałam się za przewodnika, nie sądziłam, że mam jakąś misję do spełnienia. Ale z drugiej strony pomyślałam, że skoro wszystkie znaki na niebie mówią, że mam być sama, to może tak właśnie musi być. Mam cudowne dziecko, wspaniałe życie, trzeba się tym po prostu cieszyć, a co ma być to będzie. I w tym momencie, gdy byłam już pogodzona z sobą, gdy zaakceptowałam to co jest i dostrzegłam w tym wartość, sporo czasu poświęciłam dziecku i fajnie mi się żyło, pojawił się Krzysztof. I okazało się, że jestem jednak gotowa zrobić następny krok. Spotkało mnie coś unikatowego. Widocznie wcześniej nie byłam wystarczająco dojrzała.



Jeden z moich znajomych powiedział kiedyś złośliwie, że według statystyk kobieta po czterdziestce prędzej wpadnie pod tramwaj niż wyjdzie za mąż.

Znam to powiedzenie (śmiech). Nasza historia zatoczyła koło. Spotkaliśmy się osiemnaście lat temu, przy okazji rajdów off-roadowych. Tyle że wtedy ja byłam zbyt nieprzystępna, on zbyt zwariowany i gdzieś się rozminęliśmy. Po prostu nie dojrzał do mnie (śmiech). Albo ja jestem teraz w końcu wystarczająco zwariowana. Dopiero gdy wpadliśmy na siebie na innym etapie życia, okazało się, że nagle wszystko gra. Wspominaliśmy ostatnio, że musieliśmy popełnić po drodze całą masę błędów, żeby się spotkać, ale może gdybyśmy ich nie popełnili, to byśmy się nie spotkali. Trzeba było swoje przeżyć. Przekonałam się parokrotnie, że jeśli zażyczyłam sobie coś nieprzemyślanego, to potem cierpiałam. „Uważaj o czym marzysz bo może się spełnić”. Moja lista życzeń stawała się coraz dłuższa, było na niej coraz więcej punktów do spełnienia. Aż na końcu zażyczyłam sobie: Panie Boże, daj mi kogoś, kto będzie do mnie pasował. Tyle.

Ściągnęłaś go na swoją wieś?

Tak, od dawna mieszkamy tu razem. Mój narzeczony bardzo lubi wieś, świetnie gotuje, lubi robić przetwory, wprowadził do naszego życia zdrową kuchnię. Teraz więcej jest w ogrodzie ziół, nowych roślin, a w naszych głowach więcej świadomości, co nam szkodzi i co nam pomaga. Wszystko naprawia i na nic nie narzeka. Za dużo narzekań w życiu słyszałam. Ale wreszcie trafiłam na kogoś pozytywnego. Nie ma dyskusji, że jest problem, tylko jak go rozwiązać.

Jest ci dzisiaj łatwiej?

Mam w głowie porządek i spokój. To bardzo ułatwia życie. I nie ma już we mnie tego chorego perfekcjonizmu, że wszystko musi być tak jak sobie założyłam, zapięte na ostatni guzik. Wpłynął na to zresztą nie tylko mój związek, ale także praca w teatrze, gdzie trzeba się było pozbyć fałszywego wstydu. Nauczyłam się pracy zespołowej, podpatrywałam kolegów aktorów, co się dzieje gdy zapomną tekstu, gdy mają gorszy dzień, jak dogrywają pewne rzeczy. Na swoich koncertach zaczęłam grać na bębnach, innych instrumentach, rozmawiać z publicznością, pozwoliłam sobie na improwizację, to też przeniosło się na życie prywatne. Czytałam ”mądre książki”, w których nie szukałam już jedynie potwierdzenia swojej skomplikowanej sytuacji, tylko starałam się z tego czerpać wiedzę i natchnienie do życia. I udało mi się zrobić krok naprzód. Coś się przypali? Trudno. Może miałam tego nie zjeść. Przestało być dramatem to, że gdzieś nie zdążyłam na czas albo czegoś nie zrobię teraz. Doszukuję się w tym celu i sensu. Wszystko dzieje się po coś i kiedyś nam się przyda. Kiedy pojawiła się Klara, to wydawało mi się, że nadal mogę wszystko planować. O tej godzinie ją nakarmię, o tej uśnie, potem sobie obejrzę to czy zrobię tamto, a tu guzik. Musiałam szybko o tym zapomnieć. Tu się dziecku nie odbiło, tu miało kolkę,katarek albo nie chciało mu się spać. Wszystko zostało wywrócone do góry nogami, trzeba było na życie spojrzeć z innej perspektywy. Nadal jestem obowiązkowa, ale już nie tak spięta.

Czy teraz twój świat jest wywrócony do góry nogami, bo pojawił się mężczyzna, czy raczej wskoczył na właściwe tory?

Mój spokój dzisiaj wynika z poczucia, że dobrze jest, jak jest. Nawet jeżeli moje życie diametralnie się nie zmieniło. Zawsze chodziłam z dużą torbą, bo może trzeba będzie dziecku zmienić ubranie, bo może coś się wydarzy, będzie potrzebny jakiś śrubokręt czy otwieracz. Lubiłam być przygotowana. Kiedy jechałyśmy z Klarą na wakacje wszystkie hotele miałam zarezerwowane z góry. A z biegiem czasu to się zweryfikowało. Klara mówiła: tu mi się podoba i zostawałyśmy. Życie stało się bardziej spontaniczne, a ja zaczęłam odkrywać jakie to fajne. Ale w bagażniku samochodu ciągle mam całe mnóstwo „bardzo przydatnych rzeczy”. Niedawno stwierdziliśmy z moim narzeczonym, że jest ostatni moment, żeby zebrać kwiaty czarnego bzu i zasuszyć je na herbatę. Ale kiedy już mieliśmy wyjść z domu, on uznał, że musi najpierw naprawić drzwi, bo mu skrzypią. Kiedyś bym się wściekała, że coś zaplanowaliśmy, a on to zmienia. Teraz po prostu poszłam sama. Szłam w tę łąkę, potem kawałek lasku i następną polanę w przekonaniu, że jestem już tak daleko, że nie ma szans mnie znaleźć. Cieszyłam się, że dużo nazbierałam. Ale minęła godzina i widzę go przedzierającego się przez jakieś róże, poranionego. Znalazłem cię! Naprawiłeś te drzwi? Nie. Więcej jest dzisiaj z tego śmiechu, a kiedyś plan, który sobie wyznaczyłam, musiał być wykonany. Bo się inaczej umawialiśmy! Teraz każde z nas ma dwa życia, a nie oddane własne. Jeszcze w powrotnej drodze złapał nas deszcz, więc kiedyś dodatkowo bym się złościła, że mi się makijaż rozpuści. A teraz mi się nie rozpuści. Bo go nie mam.

A co was łączy, oprócz zamiłowania do zdrowego stylu życia?

Na rajdy na razie nie jeździmy, już trochę z tej adrenaliny wyrosłam, a poza tym szkoda mi auta, ale lubimy samochody. I muzykę. Podobieństw jest tak dużo, że z dnia na dzień powstała wspólna nowa jakość i nie trzeba się było nawet specjalnie docierać.

Twierdzisz, że poradniki pomogły ci się zmienić?

Mądre książki po prostu. Na temat buddyzmu, jogi, teksty Antony'ego de Mello. One mnie nauczyły otwarcia się, nie dzielenia świata na czarne i białe. I lekcje życia z moją mamą, która jest bardzo chora: Ciesz się tym co masz, bo może się zdarzyć sytuacja, gdy nie będziesz mogła donieść do ust jedzenia, choćby leżało obok. Nie myśli się o tym, ze ma się zdrowe ręce, nogi, że można iść przed siebie, pracować. Że ma się oczy, które mogą czytać, że się mówi i słyszy. Nie docenia się czegoś, co wydaje się oczywiste. A gdy poniesie się jakąkolwiek stratę, percepcja się zmienia. W 2007 roku miałam operację torbieli w zatoce. Gronkowiec, paciorkowiec, przewlekłe zapalenie zatok, zacieki na strunach i diagnoza: trwała niedomykalność strun głosowych. Czyli, że mogłabym już nigdy nie śpiewać. A wcześniej tak często narzekałam, że ten cały show-biznes to tyle stresu, że to wyścig szczurów, więc po co mi to, zamieszkam na wsi, z dala od ludzi, bo ja kocham muzykę, chcę tylko tworzyć i grać, i mieć to całe zamieszanie w głębokim poważaniu. I nagle śpiewam dziecku kołysankę i słyszę, że fałszuję jak dzika owca, że nie jestem w stanie wydać jednej prawdziwego dźwięku! Łapałam się kiedyś na tym, że chodzę po sklepie i śpiewam. Po domu chodząc śpiewam, na polu, na spacerze. Dziecko moje mówiło: mamo przestań! O co chodzi? Bo chodzisz cały czas i śpiewasz! A ja usłyszałam swój głos dopiero wtedy gdy wydobywał się ze mnie taki nieczysty, zafałszowany. Diagnoza okazała się nietrafna, a ja po udanej operacji i paru miesiącach rehabilitacji, odzyskałam głos, który nigdy nie był tak mocny, jak teraz. Ale też przeżycia z tym związane i bardzo cenna lekcja zostaną mi na całe życie. Że nic nie jest dane na zawsze, że nic nam się nie należy. Na przeszłość i przyszłość nie mamy wpływu, więc najistotniejsze jest to co teraz. I kiedy to docenimy to będziemy żyć naprawdę.

Antony de Mello mówi, że wszystko się rozbija o nasze oczekiwania, więc nie oczekuj, a będziesz szczęśliwszy. Trudna lekcja.

Trudno nie oczekiwać. Jednak oczekuje się wzajemności, i kiedy się ją dostaje, to wielka radość. De Mello chodzi raczej o to, żeby nie żyć tylko tym, co ktoś nam da. Że bardziej powinniśmy polegać na sobie, bo to od naszego spojrzenia na życie zależy czy będziemy szczęśliwi czy nie. Nie chodzi o to żeby nie robić planów, ale główny nacisk ma być na to co tu i teraz. Jest taka przypowieść o mnichu, który uciekał na skałę przed tygrysem. A na górze był drugi tygrys. Tymczasem mnich zobaczył rosnący obok krzak poziomek, zerwał kilka owoców i zaczął się nimi delektować. Jaka nauka z tego wynika? Choćby nie wiem jakie niebezpieczeństwo było za nami i jakie przed nami, to mimo wszystko trzeba umieć się cieszyć tym, co jest teraz. Bo za chwilę tego nie będzie. Za chwilę dzieci wyrosną, pójdą żyć swoim życiem. Miną lata, a to czego się dorabialiśmy może zniknąć przy okazji kolejnego krachu na giełdzie. Ważne to co w nas.



Skoro poruszyłaś ten temat – trudno jest żyć ze śpiewania niekomercyjnej bądź co bądź muzyki?

Miałam szczęście, że było wystarczająco dużo ludzi, którzy chcieli chodzić na koncerty i kupować moje płyty, a tym samym dali mi wyżyć ze sceny. Robiłam to co kocham i mogłam się z tego utrzymać.

Pewnie miałaś szczęście, że twoi fani kupowali płyty z legalnych źródeł.

Zdecydowanie lepiej by było, gdyby więcej ludzi kupowało nośniki z legalnych źródeł. Pomijając fakt, że człowiek postępując w ten sposób jest uczciwy i ma dobry, pełnowartościowy nośnik z piękną okładką, to jeszcze daje szansę zarobić artyście, który ma za co później produkować kolejne płyty. Prosty mechanizm. Artysta czuje się też wtedy poważnie traktowany. Inaczej, kiedy ktoś do ciebie przychodzi i wykrada ci coś po kawałku. Dlatego artyści są wdzięczni za wszelkie kampanie uświadamiające, że kopiowanie z nielegalnych źródeł to zwykła kradzież.

Jak sądzisz, ile straciłaś finansowo na tym, że jednak twoją muzykę ściągano z nielegalnych źródeł?

Pewnie sporo, ale nie da się tego precyzyjnie obliczyć. Nielegalne źródła nie udostępniają ilości ściągnięć. Na szczęście mam wielu fanów, którzy chcą mieć dedykację na płycie i przychodzą po koncertach z legalnym nośnikiem. Zdarzyło mi się odesłać parę osób, które prosiły o autograf na pirackiej płycie. Zdarzyło mi się też, że niektóre wracały później z prawdziwą płytą.

Szkoła mogłaby zrobić więcej?

W niektórych szkołach jest etyka, a powinna być we wszystkich. Żyjemy w czasach trudnych dla młodych ludzi; chaos informacyjny i etyczny w mass-mediach pokazuje im jak być popularnym albo odnieść szybki sukces finansowy bez zwracania uwagi na aspekt moralny. Trzeba naprawdę mądrych nauczycieli, żeby umieli dotrzeć do młodzieży, uświadamiać i utrwalać wartości, które nie przyniosą im może natychmiastowych korzyści materialnych, ale coś co na dłuższą metę jest bezcenne - czyste sumienie i poczucie bycia porządnym człowiekiem.

Zanim zaczęłaś swoją ciężką pracę jako artystka, ciężko pracowałaś jako studentka.

Tak się umówiłam z rodzicami – mogłam pójść na studia pod warunkiem, że sama się utrzymam. Rodzice jednak na początku dawali mi na akademik i jedzenie, a na resztę musiałam zapracować. W piątki i soboty jeździłam do domu, do Bielska – Białej, a w pobliskich Czechowicach była fabryka zapałek. Wstawałam o wpół do piątej rano i jechałam pakować zapałki. Udawało się przy tym całkiem nieźle zarobić. Potem sprzątałam Teatr Polski w Katowicach, więc do dziś się śmieję, że już wtedy pracowałam w teatrze. Zdarzały mi się pracować w stróżówce i w szpitalu, sprzątać i myć okna. Studiowałam filologię czeską i żeby mieć praktyki z języka pracowałam jako salowa w szpitalu w Ołomuńcu. I była jeszcze fabryka przetworów spożywczych. Od tej pory kiedy mam zjeść coś z kupionego w sklepie słoika to uważnie mu się przyglądam, bo widziałam jak się to robi. Kiedy coś z warzyw spadło na ziemię, to się to podnosiło i wkładało z powrotem do słoika, więc poza ogórkami i paprykami, różne rzeczy tam wpadały. Robiłam też koleżankom swetry na drutach, szyłam, malowałam na tkaninach, robiłam napisy na koszulkach. Trochę tego było.

Przełomowy moment twojej kariery to Jarocin, kiedy wychodzisz na scenę zaproszona przez zespół Armia, przerażona jak jarocińska publiczność przyjmie twoją muzykę, i nieoczekiwanie dla samej siebie wielokrotnie bisujesz.

Wtedy wychodziłam na scenę z myślą, że to wszystko się może nie udać, że zaraz czymś we mnie rzucą. To był prawdziwy sukces. Przekonać do siebie tak specjalną publiczność. Jeździłam tam jako nastolatka, wiedziałam czym ryzykuję. Zaraz potem pojawiało się pytanie: I co teraz? Jarocin to był rzeczywiście jeden z punktów zwrotnych w moim śpiewaniu, był to rodzaj przepustki do innego świata, rodzaj glejtu i błogosławieństwa, że jestem już legalnie po drugiej stronie. Bo jeśli tam zostałam zaakceptowana, to już sobie poradzę.

Z perspektywy słuchacza bardzo szczęśliwa była twoja znajomość z Anną Saraniecką, która przez wiele lat pisała teksty do twoich piosenek.

Na studiach, poza nauką chcieliśmy się rozwijać, panował snobizm na czytanie, drugi obieg, teatr, filmy. Wciągały mnie rozmowy na temat literatury, a Anka była jedną z tych oczytanych osób, których wiedza bardzo mi imponowała. Pisała wiersze i sztuki teatralne, emocjonalnie, z nutą ironii, reżyserowała przedstawienia. Kiedy się poznałyśmy była kierownikiem programowym klubu studenckiego, gdzie robiliśmy próby. Strasznie hałasowaliśmy więc przyszła nas uciszyć. Ale posłuchała, nasza muzyka zaczęła się jej podobać. Nie mieliśmy z Ya Hozną menedżera – Anka nim została. A kiedy odchodziłam z zespołu zaproponowałam jej, żeby napisała dla mnie parę tekstów. I tak stworzyliśmy wspólnie już 8 - 9 płyt. Ja z kolei uwierzyłam w siebie jeśli chodzi o kompozycję i w ten sposób powstało wiele ciekawych piosenek również do spektakli teatralnych. Miałyśmy ten sam rodzaj wrażliwości i podobne poczucie humoru.

I życie ci uratowała.

No tak. To był 1996 rok, kręciliśmy zdjęcia do teledysku „Zero - odkochaj nas”. Zakończenie dzieje się nad morzem. Mam na sobie długą fioletową suknię na krynolinie i 20- metrowy tiulowy szal, który szarpie wiatr. Szal ma symbolizować wolność, ale też zatracenie się i koniec miłości, a może nawet koniec życia. Przekonałam się wówczas na własnej skórze jaką natura ma moc, bo mało mnie z tej plaży nie zmiotło. Fale coraz większe, ziąb jak cholera bo to październik, cała ekipa w puchówkach, a ja w tej sukni na ramiączkach, zziębnięta. Wspomogłam się odpowiednio wcześniej rumem, żeby nie zamarznąć i idę w to morze wiedząc, że dubli nie będzie. W końcu zanurzam się w fale, gram,że tonę, muszę chwilę zostać pod wodą, żeby wykończyć scenę i potem próbuję wypłynąć, ale nie mogę. Reżyser na brzegu krzyczy: Renata, dziękuję!, a ja się topię, bo szal zaplątał się w boję. Anka widząc, że coś jest nie tak, wbiegła do wody w kurtce i w butach i doholowała mnie do brzegu. Nawet się po tym nie przeziębiłam, więc śmialiśmy się, że jednak rum ma czarodziejskie działanie a moja wola życia jest ciągle wielka. Mam ten szal do dziś, choć jest trochę podarty, ale odpowiednio udrapowany służy nam za scenografię na koncertach Akustik Trio.

Teraz myślę, że to trochę smutne, że się zakochałaś bo płyt nie wydajesz...

Nie, to nie tak. Nie z powodu miłości. Dużo gramy i trochę jest kiepsko z czasem. Ostatnio robiłam muzykę do sztuki „Szeherezjada” w Teatrze Barakah w Krakowie, mam już scenariusz do następnej sztuki. A teraz przygotowuję się do kolejnego spektaklu „Boogie Street”, który będzie miał premierę we wrześniu, w Teatrze Starym w Lublinie, z piosenkami Leonarda Cohena, w tłumaczeniu Daniela Wyszogrodzkiego. W przygotowaniu jest kolejna płyta. Tylko, że to trwa. Ciągle walczę z czasem. Ale i tak umiem wykorzystać go lepiej niż kiedyś.

Nostalgiczny Cohen jest jednak bliski twojej naturze?

Bywam czasem i nostalgiczna, ale Cohen to przede wszystkim mądry świadomy artysta, który ma się czym podzielić z odbiorcą. Wiadomo, że my kobiety nie jesteśmy „jednonastrojowe”, że z euforii potrafimy przejść w bezkresny dół. Lubię zmiany, wyzwania, sprawdzenie się w czymś nowym. Zawsze lubiłam utwory, przy których można się wzruszyć, które dają do myślenia. Z mądrymi, poetyckimi tekstami i przestrzenią na własną interpretację. Niezależnie od tego jak jestem dzisiaj szczęśliwa, głęboki smutek i nostalgia świetnie brzmią w piosenkach. W przypadku kobiecej natury, ta gama przeżyć jest przeogromna i nie zawaham się z niej skorzystać (śmiech).


Rozmawiała: Marta Grzywacz
Fot. A. Powierza



© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!