Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Boję się każdego dnia, ale staram się czerpać z tego siłę

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Boję się każdego dnia, ale staram się czerpać z tego siłę

Boję się każdego dnia, ale staram się czerpać z tego siłę

Magdalena Lamparska. Młoda, zdolna, ambitna. Kariery aktorskiej nie ogranicza tylko do polskiego rynku. Swoich sił próbuje także za granicą. Na koncie ma realizację rosyjską i amerykańską. W Polsce widzowie znają ją miedzy innymi z seriali „39 i pół” czy „Hotel 52”. Niedawno wystąpiła w rodzimym hicie czyli „Listach do M2”. W ubiegły weekend premierę miał film Marty Laryssy Plucińskiej pt. „Kochaj!”, również z jej udziałem.


Pamiętasz jakie towarzyszyły Ci uczucia, kiedy jechałaś na egzamin do szkoły teatralnej?

Jechałam pełna nadziei, ale też wewnętrznego przekonania, że się do szkoły dostanę. Nie wynikało to jednak z brawury czy przesadnej pewności siebie. Po prostu wiedziałam, czym chcę się zajmować, i co kocham. Czułam, że nie chcę żadnego planu B, chociaż na konsultacjach przed egzaminami powiedziano mi, że jeżeli przed komisją stanie inna dziewczyna o mojej aparycji, ale z lepszą dykcją to na pewno wezmą ją, a nie mnie. Dziś mogę powiedzieć, że egzaminy do Akademii Teatralnej to był jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu, pomimo ogromnego stresu, jaki im towarzyszył.

Jak dzisiaj, z perspektywy kilku lat, które upłynęły od tamtego czasu, oceniasz zawód aktorki?

Wydaje mi się, że wszystko zależy od indywidualnego podejścia. Kiedyś aktorki miały zupełnie inny status, były postrzegane niemal jak kurtyzany. To się zmieniło od czasów pojawienia się kina. Aktorzy zyskali status gwiazd. Patrząc na najnowszą historię naszego kraju, na przykład przed 89 rokiem, teatr był takim miejscem, który edukował, przekazywał pewną prawdę, zanurzał widzów w kulturze, walczył o wolność jednostki. Zarówno teatr, jak i kino podporządkowane były cenzurze, ale w obu przypadkach radzono sobie poprzez metaforę, dowcip, dygresję. Dziś natomiast, kiedy świat wirtualny jest tak wszechobecny, zaczyna on kwestionować sztukę. Dlatego pojęcie gwiazdy przyjęło pejoratywne znaczenie. Ponadto stawia się znak równości między wielkimi aktorami, prawdziwymi gwiazdami, a osobami medialnymi. Czyli nawet znakomity artysta prędzej czy później może zostać nazwany przez opinię publiczną celebrytą. Ale też nie kategoryzowałabym, czy jest to dobre czy złe. To indywidualna droga każdego.

Wybierając tę drogę zawodową chyba trudno nie myśleć o popularności?

Jeśli ktoś decyduje się na ten zawód z myślą o tym, aby być popularnym, to w moim odczuciu wbija sobie pierwszy gwóźdź do trumny. Uważam, że zawód aktora nie powinien bazować tylko i wyłącznie na popularności i sławie. Myślę, że w XXI wieku, przy otaczającej nas zewsząd komercji, warto odpowiedzieć sobie na pytanie z jakiego powodu wybrało się tę drogę. Wszystko dlatego, że przy szumie medialnym, z jakim mamy w tej chwili do czynienia, aktor poza tym, że jest artystą, jest także dla swoich widzów opiniotwórcą w innych obszarach. Czy tego chcemy czy nie. Media rozmawiają z nami nie tylko o pracy nad rolą, widzowie kierują się również naszymi wyborami. To duża odpowiedzialność. Staram się z tym zmierzyć stając na scenie, będąc na planie filmowym czy angażując się w projekt społeczny, a więc decydując się na zabranie głosu w jakiejś sprawie. W ten sposób chcę przekazać coś dobrego wszystkim tym młodym ludziom, którzy dziś na mnie patrzą. Poza tym wciąż pamiętam siebie jako Magdę Lamparską ze Słupska. Dziewczynę mającą pełno pomysłów, a będącą dziś w tym miejscu, a nie innym. Chcę wykorzystać siebie w tym zawodzie, pokazując że jestem osobą realizującą własne marzenia i cele.

Mówimy tutaj o odpowiedzialności, realizacji celów, przykładzie dla innych. A co z dostępnością dóbr kultury takich jak np. filmy czy muzyka, gdzie Twoim zdaniem leży granica?

Wydaje mi się, że my, aktorzy, powinniśmy położyć duży nacisk na edukację, na mówienie o problemie sami dając przykład i apelując o korzystanie z legalnych źródeł. To nasza praca. Rozumiem, że Internet huczy od newsów na temat chociażby niebywale wysokich zarobków gwiazd, ale to nie zawsze prawda. To zawód, który nie daje ci żadnych gwarancji. Bywa tak, że masz tej pracy bardzo dużo, ale przychodzi też taki okres, że nie ma nic. Istotne jest, aby nie ulec temu parciu, kiedy angażu nie ma i nie pozwalać sobie na „bycie dostępnym” absolutnie wszędzie, bez względu na źródło. Trzeba zawsze weryfikować swoją drogę i trzymać się swojego zdania. To jest też kwestia misji. Kiedy jestem w kinie i przed seansem słyszę głos jednego z moich kolegów czy koleżanek mówiących o wsparciu dla Legalnej Kultury, uzmysławiam sobie jak ważne jest to, aby wskazywać na problem dotyczący niewiadomych źródeł dystrybucji treści intelektualnej.



Jak myślisz, co może być przyczyną piractwa?

Jeśli ktoś jest wielkim kinomaniakiem chcącym obejrzeć wszystkie filmy i miałby za nie płacić, to zapewne wybiera taką właśnie drogę na „skróty”. Wspaniale byłoby zobaczyć wszystkie premiery, ale bilety w większości kin nie są tanie. Myślę, że właśnie koszty w największym stopniu determinują ludzi do szukania innych pól dystrybucji. Niestety wciąż nie ma społecznej świadomości dotyczącej legalnych źródeł – że są one bardzo tanie, a często nawet darmowe. Dlatego warto wspierać projekty, które tego dotyczą.

Te nieoficjalne źródła zwiększają jednak zasięg popularności gwiazd. To dość kusząca perspektywa…

Jest takie powiedzenie, że nieważne gdzie i jak, ważne, aby nazwisko nie zostało przekręcone. Osobiście w to nie wierzę. Taka promocja mnie nie interesuje. Wolę skupić się na przykład na pisaniu swojego scenariusza czy na przygotowywanej roli. Zwyczajnie wolę koncentrować się na tym, na co mam wpływ i co mogę zmienić.

Czemu sama zaczęłaś pisać bloga?

Wyszło to dość spontanicznie. Pisze do mnie wielu młodych ludzi, którzy chcieliby zdawać do szkoły teatralnej. Najchętniej chcieliby się spotkać, co jest dosyć trudne, a często wręcz niemożliwe. Zostałam też zaproszona przez znakomitą aktorkę Dorotę Pomykałę do jej szkoły „Art Play” w Katowicach, gdzie miałam możliwość poprowadzenia warsztatów ze studentami. Muszę przyznać, że to doświadczenie było niesamowicie inspirujące. Stąd blog, który powstał z potrzeby podzielenia się tym, co ja sama cały czas przechodzę i czego doświadczam. Nie jest bowiem tak, że jestem wszystkiego pewna, że mam już wszystko przepracowane. Tak naprawdę pracuję nad tym każdego dnia.

Czytając go towarzyszyła mi myśl, że to taki poradnik pozytywnego myślenia…

Trochę tak. Ale w kontekście aktorskim chciałabym mówić o takich elementach tego zawodu, jak chociażby casting. To bardzo trudny moment. Szczególnie, kiedy się castingu nie wygrywa. Trzeba umieć sobie z tym poradzić. Ja też często płaczę, bo mi zależy na roli, identyfikuję się z nią, a ostatecznie jej nie dostaję. Na zdjęciach próbnych pokazujesz swoje zaangażowanie, całe serce. A potem słyszysz – „nie!”. Dlatego uważam, że żeby być aktorem i nie zwariować, trzeba nauczyć się akceptować odrzucenie. W naszym zawodzie codziennie jesteś „odrzucany”, codziennie jest z tobą „coś nie tak”. Aż w końcu, biorąc pod uwagę medialny aspekt tej branży, zaczynasz sobie zadawać pytania, co się dzieję, że ten świat mnie nie lubi, co jest we mnie złego? Potrzebna jest ogromna praca na balansem między fikcją, a rzeczywistością. Muszę wiedzieć, że Magda Lamparska jest zarówno aktorką, jak też zupełnie normalną dziewczyną.



Sporo aktorów, ale też reżyserów, i generalnie ludzi sztuki, często wybiera swoje zawody traktując je jako swoistą terapię. Z różnym skutkiem zresztą…

Wydaje mi się, że w XXI wieku każdy z nas mniej lub bardziej potrzebuje terapii. To tempo, ten stres! Z całą pewnością w Akademii Teatralnej przydałby się terapeuta, ale taki etat powinien być niemal w każdym miejscu pracy. Na pewno zawód aktora jest elitarny, ale to również rzemiosło. Po to kończymy te szkoły, żeby mieć warsztat, który jest niezwykle istotny. Widzę to chociażby kiedy jestem w Los Angeles.

Jak znalazłaś się w Los Angeles?

Nie wiem czy tak by się to potoczyło, gdybym nie miała tam najbliższej rodziny. Jeździłam do mamy i siostry od dziesięciu lat, znałam miasto. Sama droga zaczęła się jednak od Berlina i warsztatów w ramach Berlinale. Później wyjechałam do Londynu, w konsekwencji czego zostałam zaproszona na warsztaty do LA. Podjęłam decyzję, że pakuję walizki, wydaję wszystkie moje oszczędności na bilet i lecę. Chciałam coś przeżyć, czegoś doświadczyć i czegoś się nauczyć. To było dosyć ryzykowne, ale ja chcę czuć, że żyję. Dlatego muszę próbować i będę namawiać do tego każdego. Tam dziennie przyjeżdżają tysiące osób w poszukiwaniu marzeń. To już świadczy o ich odwadze i determinacji. Dlaczego więc to piętnować czy obrzucać „hejtem”, od których aż huczy w Internecie? Jestem takiej postawie zdecydowanie przeciwna. Tym bardziej, że naprawdę niezwykle trudno jest tam dostać nawet bardzo małą rolę. A obecność w międzynarodowej produkcji, to zawsze ważny krok. Wyznaję też zasadę, że nie ma małych ról, są tylko mali aktorzy.

Nie masz już w sobie lęku?

Boję się każdego dnia, ale staram się czerpać z tego siłę. Wiem też, że jedyną pewną w życiu są zmiany. Jeśli się tego boimy, to odbieramy sobie przyjemność rozwoju. Dla mnie najważniejsze jest, aby nigdy się w pracy nie zatrzymać. Bardzo łatwo jest osiąść na laurach, zatrzymać się, ale potem bardzo trudno ruszyć od nowa.

Masz duży wpływ na rolę? Na przykład we wchodzącym na ekrany „Kochaj!”?

Bywa taki moment w pracy nad filmem, w którym aktor wie więcej o postaci, niż reżyser. Akurat Marta Plucińska bardzo współpracowała z naszą wizją odnośnie ról. Wspólnie z Olgą Bołądź, Aleksandrą Popławską i Romą Gąsiorowską próbowałyśmy zrozumieć konwencję filmu i jak najbardziej oddać wizję reżysera. Czerpała z tego, co my proponowałyśmy. Staram się każdą postać budować tak, żeby widz mógł się z nią utożsamić, żeby była dla niego ciekawa. To musi być człowiek z krwi i kości, mający swoje problemy, walczący o coś. Mam nadzieję, że swoją Weronikę zbudowałam tak, że widzowie dostrzegą w niej ten jej dualizm. Ona jest zarówno matką, jak i młodą kobietą, która w swoim życiu nie miała okazji do szaleństwa.



Akurat z Was czterech, Ty jako jedyna nie masz dziecka, a grasz właśnie matkę. Dziewczyny Ci pomagały?

Tak. I to było bardzo fajne doświadczenie. Dziewczyny mnie wspierały. Wobec mojego filmowego dziecka byłam nadopiekuńcza i one mnie w tym stopowały. Mówiły mi, że już ma swoje 6–7 lat i naprawdę nie trzeba tak mu nadskakiwać, że sobie poradzi.

Zgodzisz się ze mną, że „Kochaj!” to film o kobiecej przyjaźni, ale niekoniecznie komedia romantyczna?

Zdecydowanie! Zresztą Marta zaprosiła do współpracy aktorki, które nie musiały grać przyjaciółek, ponieważ same stały się sobie bliskie. Mam nadzieję, że widzowie właśnie tak to odbiorą i spędzą miło czas oglądając nasz film. Opowiada o rzeczach, które faktycznie mają miejsce. Sama często organizuję spotkania z moimi przyjaciółkami, podczas których rozmawiamy o sztuce, życiu, polityce, mężczyznach. Głęboko wierzę, że XXI wiek w jakiś sposób należy do kobiet. Spójrz chociażby na Orły 2016. Totalny sukces kobiet w naszym kinie.

Ze swojej strony mogę tylko pogratulować.

Nie chodzi mi o to by nas konfrontować. Ale bez wątpienia czasy się zmieniają. Kiedyś kobiety nie miały praw wyborczych, nie mogły wyrażać się poprzez sztukę, zaistnieć w nauce. Na szczęście to już jest przeszłość. I przykro mi panowie, ale XXI wiek będzie należał do nas – kobiet!

I tym optymistycznym akcentem zakończmy rozmowę.



Rozmawiał: Artur Cichmiński
fot. materiały prasowe



© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!