Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Kombinowałem, by się nie uczyć

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Kombinowałem, by się nie uczyć

Kombinowałem, by się nie uczyć

Ma nieokiełznaną wyobraźnię, która pozwala mu otwierać przed dorosłym widzem drzwi do zapomnianej krainy dziecięcej wrażliwości i pasji. Do kina wszedł przebojem krótkometrażowymi filmami "Ciemnego pokoju nie trzeba się bać" i "Twist & Blood", które przyniosły mu m.in. Srebrnego Lajkonika Krakowskiego Festiwalu Filmowego i laur "Talent Trójki". Z debiutującym w pełnym metrażu Kubą Czekajem, autorem przewrotnej słodko-gorzkiej komedii "Baby Bump" rozmawiamy o urokach i niedolach dorastania, poszukiwaniu własnego Ja i lekcjach życia.



Jak oglądałem "Baby Bump" to moim pierwszym skojarzeniem był taki brytyjski serial z dzieciństwa "Sekretny dziennik Adriana Mole'a lat 13 i 3/4". Moje pokolenie w latach 80. właśnie z niego czerpało wiedzę o dojrzewaniu. A jak było z Tobą i Twoimi równieśnikami?


Był taki animowany serial "Było sobie życie", kreskówka edukacyjna ogólnie traktująca o budowie ludzkiego organizmu. Nas interesowały oczywiście głównie te sprawy, które dotyczyły kwestii intymnych. Pamiętam też pożyczoną od koleżanki w podstawówce książkę bogato ilustrowaną częściami ciała. W liceum o wychowaniu seksualnym próbowała z nami rozmawiać katechetka. Mieliśmy po siedemnaście lat. To trudny moment. Musiało się to źle dla niej skończyć. Na tym moja „edukacja seksualna” się skończyła.

To skojarzenie z Adrianem Molem miałem dlatego, że choć od Mikiego jest 2 lata starszy, to nie tylko ma podobne, charakterystyczne dla wieku, problemy, ale też sama narracja obu opowieści jest dość podobna. I choć w "Baby Bump" nie mamy do czynienia z pamiętnikiem, to ma ona również bardzo osobisty charakter.

W filmie zestawiam niebezpośrednio moje dojrzewanie z tym, co aktualnie się dzieje w tym okresie życia. Dorastałem w rzeczywistości przedcyfrowej, gdzie „wiedzy” nie można było czerpać z Internetu. Działał „głuchy telefon” i handel wymienny świerszczykami. W „Baby Bump” razem z zespołem współtwórców spróbowaliśmy zatem odwzorować współczesną niedolę wzrastania - odbiliśmy ją w krzywym zwierciadle, uruchomiliśmy tsunami bodźców i kolorowych obrazów.



A zastanawiałeś się, dlaczego w polskim kinie dojrzewanie na ekranie w zasadzie nie występuje? Nie mam tu na myśli 16-17 latków, ale właśnie ten czas między 11 a 15 rokiem życia. Mam wrażenie, że jest to okres przez polskich twórców pomijany.

To jeden z powodów, dla których nasz film powstał. Czułem lukę. Może to nie jest temat tabu, ale mówi się o tym rzadko, a już na pewno niechętnie. Z drugiej strony jest to rodzaj konsekwencji w mojej dotychczasowej krótkiej filmografii. W filmach szkolnych opowiadałem o różnych stronach i problemach dorastania. Teraz przyszło na ciało. Prawie na końcu. Zamykam opowieści o pokwitaniu "Królewiczem Olch".

Między Tobą o bohaterem "Baby Bump" jest różnica 20 lat. Na ile czerpiesz tu ze swoich wspomnień, a na ile scenariusz to efekt obserwacji i rozmów z dzisiejszymi nastolatkami?

Dużo osób mnie pyta, czy przepytywałem młodzież w szkołach, spotykałem się z psychologami... Nie, przede wszystkim zaufałem swojej intuicji i wyobraźni, poszperałem w „notatkach z życia” - w zeszytach w których dokumentuje codzienne obserwacje, zapisuję podsłuchane rozmowy. Poza tym wielką kopalnią jest po prostu Internet. Młodzi ludzie odczuwają ogromną potrzebę dzielenia się w nim tym, co mają w głowach. Spostrzeżeniami na temat wszystkiego i wszystkich. To był punkt wyjściowy. Tworząc scenariusz miałem ogromną wolność, film nie jest realistyczny. Nawet w kwestii języka, którym się posługujemy. Dzieciaki tak nie mówią. To wszystko jest rodzajem konwencji, narzuconej formy.

Konwencja konwencją, ale są tu elementy stricte realistyczne. Jak choćby kompleks odstających uszu. Każdy chyba zmagał się w tym wieku ze swoją zmieniającą się fizycznością.

Motyw uszu to jedyny jawny sygnał moich wspomnień z czasu szczenięctwa – nie do końca jednak mojego. Małżowiny miałem małe i tak mi zostało, ale do dziś mam w pamięci pewną osóbkę, która kleiła uszy. Choć tych uszu wcale takich odstających nie miała. Dorastanie to taki czas, gdy wyolbrzymiamy swoje kompleksy i jesteśmy na tym punkcie przewrażliwieni. Nie eksploruje jednak swojego "trudnego" dzieciństwa, które w gruncie rzeczy było „nudne”. Nie podpaliłem domu, nie wysadziłem szkoły. Nie byłem rewolucjonistą.

A kompleksy jakieś miałeś?

Pamiętam, że takim niewdzięcznym tematem było samo dojrzewanie, które u jednych postępowało szybciej, u drugich wolniej. Ja zacząłem dość szybko rosnąć i na tle moich kolegów byłem wysoki. Tak się przyzwyczaiłem do tego, że jestem jednym z najwyższych, że w pierwszym dowodzie osobistym wpisałem sobie, że mam 1,82 m. A potem poszedłem na komisję wojskową i okazało się, że mam 1,76 m. W swoim wyglądzie nie miałem nic takiego, co by mnie bardzo odróżniało od kolegów. I chyba dobrze, bo jak ktoś się wyróżniał to niespecjalnie był tolerowany. Natomiast wyróżniałem się tym, że robiłem wszystko, by się nie uczyć. Jakoś tak kombinowałem. Moja dziecięca „działalność artystyczna” powodowała, że bardzo elegancko mogłem się wycofywać z lekcji i dłubać coś w sali obok. Zbierałem grupę ludzi, bawiliśmy się w teatr, robiliśmy jakąś scenografię lub instalację plastyczną - byleby tylko nie być na matematyce, fizyce czy biologii.



Powiedziałeś, że wyróżnianie się w grupie nie było specjalnie tolerowane. Twój bohater jest też odrobinę prześladowany przez szkolną bandę. A jak to wyglądało w Twoim przypadku?

Nie byłem ofiarą. Trzymałem sztamę z największymi łobuzami, ale również z kujonami po drugiej stronie barykady. Od jednych i drugich brałem to, czego potrzebowałem – lekcji życia. Wiedziałem z kim się trzymać, by nie dostać „wchrzan”, ale również kogo poprosić o pomoc, by wykaraskać się ze sprawdzianów i wypracowań. W zamian zabierałem bandę w podróże do mojego świata wyobraźni.

Mówisz, że kombinowałeś ze sztuką. Kino Cię już kręciło wtedy?

Zupełnie nie. Pierwszy film, który widziałem to byli "Turtlesi", wcześniej był "E.T.", ale to pojedyncze przypadki. Śmieję, że najpierw zacząłem robić filmy, a potem je oglądać. Dopiero, jak dostałem się do szkoły, zacząłem rozszerzać swoją wiedzę na temat kina i twórców filmowych. Nie biegałem od małego z kamerą. To się pojawiło jakoś pod koniec liceum. Wtedy postanowiłem, że pójdę na reżyserię.

Byłem wtedy w klasie teatralnej, ale czułem, że nie nadaję się do tego, aby występować na scenie. Zresztą nigdy tak naprawdę nie chciałem być aktorem. Ta klasa była taką namiastką szkoły teatralnej. Co semestr wystawialiśmy jakiś spektakl. Już wtedy interesowałem się trochę fotografią, trochę "reżyserią" i pomyślałem, że zamiast brać udział w przedstawieniu, zrobię z kolegami z klasy film. Nosił on tytuł "SiedemGrzechówGłównych.pl". Opowiadał o forumowiczach, którzy monologują o swoich problemach do kamery. To był pierwszy film, który pokazaliśmy w słynnym Kinie Dworcowym we Wrocławiu. To miejsce miało wówczas kosmatą łatkę, takie porno kino, ale było to najtańsze rozwiązanie, by zrobić uroczystą premierę, na którą można było zaprosić kolegów i nauczycieli. Zrobiliśmy to z pewnymi oporami, bo wszyscy mieli z tym miejscem dość lepkie skojarzenia, ale premiera się odbyła. Takich filmów przed egzaminami do szkoły popełniłem chyba ze trzy. Wiele się wówczas nauczyłem, ale, co ciekawe, poznałem wtedy montażystę – mojego przyjaciela, z którym pracuję do dziś. Daniela Gąsiorowskiego. To jeden z ciekawszych młodych polskich montażystów. A mamy wspólne początki... w Kinie Dworcowym i Ośrodku Postaw Twórczych, gdzie nawiązała się nasza współpraca.

Chłopak po liceum, który nie oglądał filmów, trafia przed komisję egzaminacyjną do szkoły filmowej i co?

Do szkoły podchodziłem dwa razy. I do Łodzi i do Katowic. Za pierwszym razem ku mojemu zaskoczeniu dostałem się w Łodzi do drugiego etapu egazminu. Wcześniej należało uzupełnić test humanistyczny z wiedzy o kulturze. Poprosiłem moją ówczesną dziewczynę, by napisała mi coś takiego, co ukaże moje oczytane i zaznajomione ze sztuką oblicze. Nauczyłem się tego na pamięć i zostało to oczywiście okrutnie zdemaskowane. To był taki pierwszy cios, który dostajesz od życia jak masz 19 lat. Ważna lekcja, po której postanowiłem, że już nigdy nie będę udawać kogoś, kim nie jestem. I z tą „wiedzą” dostałem się rok później do Katowic, gdzie mój egzamin trwał pięć minut. Filip Bajon zapytał mnie o teorię kwantową. Odpowiedziałem, że nie wiem. Pytanie poprzedziła krótka „scenka” związana z moimi spodniami, bo ubrałem się niezbyt adekwatnie do sytuacji. Większość kolegów w garniturach, jak na maturze, a ja przyszedłem w jakiś takich wytartych portkach z jakąś datą na dupie – młody artycha. Leszek Wosiewicz zapytał mnie więc, co to jest za data, a ja nawet nie zorientowałem się, że chodzi o to, co mam na tyłku. Cała komisja próbowała naprowadzić mnie rożnymi wydarzeniami na trop tej daty. Z historii na świadectwie miałem dwóję czy tróję, to też nie wiedziałem o co chodzi. Egzamin był więc kuriozalny, bo na każde pytanie mówiłem "nie wiem". Ale było to dla mnie bardzo ważne, że potrafiłem to zrobić. Przyznać się, że czegoś nie potrafię. To był taki kamień milowy dla młodego chłystka stojącego u bram ogromnego świata.



"Baby Bump" to tematyczna konsekwencja Twoich wcześniejszych filmów o dzieciach. Jak to się stało, że w ogóle skierowałeś kamerę na tych młodych bohaterów.

Jest coś takiego, że w szkole młodzi reżyserzy bardzo często swoje pierwsze filmy kręcą o małych chłopcach, którzy nie mogą się odnaleźć w dużym świecie. Można to potraktować jako alegorię studenta pierwszego roku szkoły filmowej. Też popełniłem taką wprawkę. Jednak szybko zdałem sobie sprawę, że to daje mi coś więcej - ogromną możliwość kreowania rzeczywistości. I takiego „niewinnego” wymyślania. Normalnie dostałbym manto, że np. ten czterdziestoparoletni pan jest niewiarygodny jako bohater. A postawienie na dzieci pozwoliło mi rozwijać swoją wyobraźnię i kreować coś, co nie miało żadnych hamulców. I tak sobie to trochę trwa w mniejszym lub większym natężeniu aż po dziś dzień.

Zacząłeś nadrabiać wówczas to kino o dzieciach i dla dzieci?

Nie. Zupełnie nie. Ale dużo odłożyło się we mnie z tych pierwszych filmów, które pamiętam - horrorów, które oglądałem z moim sąsiadem po szkole. Podświadomie, gdzieś pod skórą mam w sobie amerykańskie kino gatunków, filmy klasy „B”. Nie jest to kino klasyków i Krzysztof Kieślowski, choć skończyłem szkołę jego imienia.

Dużo mówi się o tym, że kino dziecięce w Polsce nie istnieje. Dlaczego?

Myślę, że jednym z najważniejszych problemów są pieniądze. Pracując z dzieciakami jest dużo obostrzeń, które trzeba spełnić. Jest potrzebny czas przed wejściem na plan filmowy, który w ramach przygotowań trzeba potraktować bardzo poważnie. Po za tym zdjęcia się wydłużają, bo dziecko nie może spędzić na planie tyle czasu, co osoba dorosła. Mieliśmy niezłą gimnastykę z "Baby Bump", by w 22 dni zdjęciowe nakręcić film, w którym chłopiec jest praktycznie w każdej scenie.

Kacpra wybrałeś w castingu. Jak wyglądał ten proces szukania głównego bohatera i jak Wam się współpracowało?

Casting był duży, wieloetapowy. Przejrzeliśmy masę dzieciaków do wszystkich możliwych ról. U Kacpra zapamiętałem jego spojrzenie, twarz. To wydało mi się szczególnie ważne. Nasz bohater niewiele mówi, dopiero z czasem zaczyna komunikować, co mu nie pasuje. Istotny było jego fizys, to jak się zachowuje, jaką daje energię przed obiektywem. Kiedy już wiedziałem, że to jest ON, zaczęliśmy od rodziców. Przeczytali scenariusz i pamiętam, jak rozmawiałem z mamą Kacpra. Powiedziałem: zdecydujcie, czy dajcie Kacprowi do czytania cały scenariusz, czy też są jakieś elementy, które mogą wydawać się wam kontrowersyjne albo uważacie, że nie warto ich dawać do czytania tylko przegadać. Zadecydowali, że Kacper przeczytał scenariusz od deski do deski. Na początku miałem problem, jak rozmawiać o cielesności, seksualności z młodym człowiekiem, który jest dokładnie w tym procesie. Jak o tym mówić, żeby to nie było wulgarne, dosadne, a zarazem szczere. I okazało się, że to ja mam z tym problem. To skomplikowane, by znaleźć język do mówienia o tym, co się dzieje z naszym ciałem. Mieliśmy taki rodzaj prób stolikowych, w których Kacper mówił, o czym dana scena dla niego jest. I jeżeli uważałem, że jest troszeczkę inaczej, to go subtelnie nakierowywałem, ale zawsze dawałem mu szansę poszukiwania sedna. No i to się sprawdziło.



Kacper widział już film?

Trzykrotnie. Pierwszy raz na Festiwalu w Gdyni. Na początku był bardzo zdenerwowany. To naturalne, nie wiedział, co będzie. Pamiętam, jak przyznał na spotkaniu z publicznością, że było ciężko, ale było warto. Na projekcji obecna była cała jego rodzina – rodzice, ciocie, babcie, wujkowie. Ale teraz na spotkaniach z publicznością dosłownie kradnie show. W Krakowie na Off Camerze jedna pani była oburzona ilością przekleństw w filmie, na co Kacper odpowiedział: Zapraszam do mojego gimnazjum. Śmiejemy się, że w ogóle nie jesteśmy potrzebni. Spotkania powinny odbywać się wyłącznie z Kacprem. Radzi sobie fantastycznie, ma dużo uroku i jest, pozytywnie mówiąc, skromny. Bardzo fajny gość.

A reszta młodej ekipy?

Weronika Wachowska (Serdeczna I Od serca) jeszcze nie widziała filmu. Ma 10 lat - decyzję zostawiamy rodzicom. Zobaczą w kinie, kiedy będą chcieli. Cała reszta trupy jest dużo starsza. Większość miała pod osiemnaście lat, albo więcej. Niemal wszyscy widzieli film w Gdyni.

Budując szkolny świat w "Baby Bump" obdarzyłeś swoich bohaterów specyficznym młodzieżowym slangiem.

Te teksty są w zasadzie literackie, wymyślone. Ulica tak nie mówi. To rodzaj pewnej parafrazy języka młodzieżowego. Zastawiałem się, jak to będzie „siedziało”. Czy to będzie prawdziwe? Okazało się, że młodzi mieli z tego wielką frajdę.

Ingerowali w teksty?

Niewiele. Leżały im. Choć mam taką metodę, że długo nie mówię „stop” podczas kręcenia ujęcia. Na ogół się nic nie dzieje, ale czasem nastąpi jakaś nieoczekiwana reakcja, spojrzenie, albo chęć, by powiedzieć coś więcej.

"Baby Bump" to taki niespodziewany debiut. Tego filmu nie miałeś w planach, pracowałeś nad "Królewiczem Olch".

Prace nad "Królewiczem Olch" toczyły się od dłuższego czasu. Dostaliśmy dofinansowanie z PISF, ale niestety ciągle brakowało 1/4 budżetu, by ruszyć ze zdjęciami. Czułem ogromny głód, by coś zrobić. Dzielić się opowieściami. I zacząłem pisać. W ciągu roku powstały trzy teksty. I dowiedziałem się, że jest taki program Biennale Collage Cinema przy Festiwalu w Wenecji, który specjalizuje się w finansowaniu filmów niskobudżetowych. Miałem skrawki "Baby Bump" na twardym dysku i stwierdziłem, że pasuje, więc wysyłamy. Bez żadnej napinki, wielkiego oczekiwania. Nagle się okazało, że robimy film za 150 tysięcy euro. W między czasie udało się zamknąć budżet do "Królewicza..." i możemy ruszać. Stanąłem przed trudną decyzją. Zastanawiałem się czy dam radę zrobić dwa filmy równolegle. Wszyscy mi mówili, żebym zrobił jeden, odpoczął, złapał dystans. A ja zachowałem buńczucznie, jak wtedy, gdy zdawałem do szkoły filmowej i stwierdziłem, że będzie to moja lekcja. Trudno było to wszystko zapleść. Nie wiem, czy dałbym radę to powtórzyć. Coś takiego można zrobić chyba tylko raz wspierając się wielką energią wielu, wielu osób. Gdyby nie Ci wspaniali ludzie "Baby Bump" nigdy by nie powstało.



Łącznikiem "Baby Bump" i "Królewicza Olch" jest nie tylko ekipa produkcyjna, ale także dwójka aktorów: Agnieszka Podsiadlik i Sebastian Łach.

Kiedy okazało się, że będziemy robić "Baby Bump" miałem już ekipę do "Królewicza" i pomyślałem, że możemy stworzyć pewien rodzaj nieformalnego dyptyku o dwóch stronach dojrzewania. I zacząłem kombinować, by subtelnie, delikatnie połączyć te opowieści. Oczywiście oba filmy są bytami niezależnymi, niemniej uważni widzowie odnajdą w nich pewne wzajemne odniesienia.

"Baby Bump" to kino w pewien sposób komiksowe. A czego możemy spodziewać się po "Królewiczu Olch"?

Będzie on kompletnym zaprzeczeniem "Baby Bump". Sentymentalny, romantyczny, duchowy. O ile "Baby Bump" dotyka tematu cielesności, to "Królewicz" jest opowieścią o dojrzewaniu duchowym. Na co zresztą wskazuje zawarta w tytule parafraza ballady "Król Olch", która stanowi kręgosłup tej historii.

Rozmawiamy o młodych ludziach, którzy dzisiaj wiedzę o dojrzewaniu czerpią najcześciej z Internetu. Sieć to miejsce pełne różnych, czasem niebezpiecznych pokus. Możemy zaliczyć do nich także kradzież intelektualną. Czy myślisz, że do legalnych źródeł także da się dojrzeć?

To pytanie o świadomość tego, co to znaczy. Problem polega na tym, że nie ma wykształconego poczucia, że to, co jest w Internecie, jest czyjeś. Że stoją za tym jacyś ludzie, jakieś wkład intelektualny i finansowy. Trzeba wypracować taki rodzaj świadomości, podobnie jak rzeczami namacalnymi. Nie można przecież wziąć czegoś ze sklepu i za to nie zapłacić. Natomiast w Internecie wszyscy myślą, skoro jest, to można z tego brać. I niewiele osób się nad tym zastanawia. W końcu wszyscy kumple oglądają, to co? Mam nie obejrzeć? Tym bardziej, że jest to bezkarne.


Rozmawiał: Rafał Pawłowski



© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!