Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Beatlesi za tysiąc dolarów

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Beatlesi za tysiąc dolarów

Beatlesi za tysiąc dolarów

Nakręcił film o polskiej beatlemanii i odkrył dla kina Katarzynę Figurę. Jego filmy oklaskiwano i nagradzano od Moskwy po Amerykę Południową. Radosława Piwowarskiego, jednego z najciekawszych reżyserów polskiego kina przełomu lat 80. i 90. namówiliśmy na opowieść o studiowaniu w łódzkiej Filmówce, Beatlesach i tym, jak prawie otarliśmy się Oscary.


Pański kinowy debiut „Yesterday” to film słynny z kilku powodów. Przede wszystkim przyniósł Panu nagrodę FIPRESCI w Wenecji oraz Złotą Muszlę w San Sebastian. Zwykli widzowie kojarzą go jednak ze względu na muzykę The Beatles. Skąd w ogóle wziął się ten pomysł na Beatlesów?


To miał być film o przyjaźni i wolności. To, co się działo w Polsce w latach 80. i później miało korzenie w Beatlesach. To wszystko zaczęło się do Beatlesów i Rolling Stonesów. Od tego, że muzyka była wolna i można grać, co się chce. Że nie potrzeba orkiestry, tylko gitary i garki. Długie włosy to była wtedy wolność. I to, że się np. cała klasa ogoliła, to są prawdziwe historie. Jak jeździłem później z "Yesterday" po świecie, to na każdym spotkaniu znalazł się ktoś, kto mówił - to jest film o mnie!

Ale po kolei. Będąc przez ileś lat w studiu filmowym X czekałem na debiut i pisałem scenariusze. Napisałem taki tekst "Pase parteu". To był chyba najlepszy scenariusz jaki kiedykolwiek napisałem. Cały film dział się w kolejce. Cały naród stoi w kolejce, rodzą się dzieci, wszystko się tam załatwia itd. Ta kolejka nie ma ani początku, ani końca. Ten tekst był na tyle dobry, że zrobił się kłopot, bo nie dało się go odrzucić, ale nie można było pozwolić, by powstał. Na kolejnych komisjach przez dwa lata odsyłano mnie do poprawek i w końcu dano mi do zrozumienia, żebym przyniósł cokolwiek innego, to od ręki dostanę zgodę na debiut. I jak przyniosłem "Yesterday" to machnęli ręką.


Ekipa "Yesterday" na odrestaurowanej premierze filmu, fot. Borys Skrzyński/SFP*

Ale był taki jeden pokój w Naczelnym Zarządzie Kinematografii, gdzie siedział taki jeden pułkownik, który odpowiadał z ramienia wojska za współpracę z filmem. Jeżeli filmowcy potrzebowali czegokolwiek z armii, to on musiał przeczytać scenariusz i dać parafkę. W "Yesterday" żadnego wojska nie ma. Ale jest scena, w której stoi czołg-pomnik. T34. I ten scenariusz trafił do tego pułkownika. A on napisał, że "nie popiera". To znaczyło, że nie możemy od wojska liczyć na cokolwiek. No i zaczęliśmy zdjęcia, ale potrzebowaliśmy ten czołg. Ponieważ nie mieliśmy poparcia, to żadna jednostka nie chciała nam go użyczyć. Próbowaliśmy przekupić żołnierzy jakąś skrzynką wódki, ale nic z tego nie wyszło. Pojechaliśmy pod Opole w takie miejsce, gdzie stało chyba z tysiąc czołgów. Złom. Cmentarzysko. Można było sobie wybierać. Tylko silników nie miały. No i pytamy ciecia, który tego pilnował, czy można taki czołg kupić? Bierzcie. 3 złote kilogram. A czołg waży 30 ton co najmniej. Ale Jurek Szebesta - kierownik produkcji filmu - wziął sobie za punkt honoru, że czołg zdobędzie. I znalazł czołg w Toruniu, który na tydzień mogliśmy pożyczyć od ekipy Zanussiego. Trzeba było tylko przewieźć go do nas na plan. Co było wyzwaniem, bo czołg to przecież nie worek kartofli. Ale udało się jakoś dowieźć ten czołg z Torunia do Nysy, a potem do Otmuchowa, gdzie mieliśmy zdjęcia. Ale jak żeśmy ten czołg wypakowali to okazało się, że to nie jest T34 tylko niemiecka Pantera. Co robić? Wzięliśmy do pomocy jakiś miejscowych z palnikami, by tę Panterę przerobić. Zaczęliśmy odrywać blachy i wyszło, że to jest... T34 przerobiony na Panterę. Postawiliśmy ten czołg, odbiliśmy łapę i podpisaliśmy Rudy 102. I tak się spodobał władzom miasta, że chcieli, byśmy im ten pomnik zostawili. No ale musieliśmy go zwrócić. Takie były przygody!

A jak udało się w ogóle pozyskać muzykę do tego filmu. Wyobrażam sobie, że załatwienie prawa do piosenek Beatlesów to nie była prosta rzecz w tamtych czasach.

W latach 80. nikt w Polsce nie wiedział nic o prawach autorskich. Chciałem pozyskać muzykę Beatlesów i domyślałem się, że jakieś prawa będą potrzebne. Byłem strasznie naiwny. Dostałem jakiś namiar i napisałem list o tym, że jestem młodym reżyserem, który będzie robił film itd. I że potrzebuję pięć piosenek. Oni mi odpisali, że OK i zapytali ile możemy zapłacić. Wtedy poszedłem do ZAIKSu zapytać, jak to załatwić. Oni powiedzieli, że płacą 400 złotych za piosenkę, ale że jeśli muzyków jest dwóch to mogą zrobić tu jakiś wyłom i zapłacić osiemset. Czułem, że to jakiś absurd. Że Beatlesi się pewnie na to nie zgodzą. Zrozumiałem, że nie tędy droga. Poszedłem do Naczelnego Zarządu Kinematografii. Przyjął mnie jakiś dyrektor, któremu opowiedziałem, że robię debiut i że musimy zapłacić Beatlesom. Ten dyrektor się zmartwił, wezwał jakąś księgową i pyta jej, ile możemy zapłacić. Stanęło na tysiącu dolarów za piosenkę. W porównaniu z ZAiKSem to była już suma bardzo poważna, choć oczywiście dalej śmieszna. Napisałem to tym facetom z Londynu, a oni przestali mi w ogóle odpisywać. Ale czas płynął, zbliżała się realizacja filmu, więc napisałem jeszcze raz z prośbą o odpowiedź. I wtedy napisali mi takie pisemko... no dobra rób! I zrobiliśmy ten film. Ci chłopcy z Domu Kultury na Żoliborzu, którzy u mnie w filmie wykonywali muzykę Beatlesów, tak zrobili kopie ich utworów, że potem jak się w postprodukcji pomyliły taśmy, to nie za bardzo było wiadomo, która jest Beatlesów, a która ich. Ostatecznie w filmie znalazło się pięć piosenek, z czego dwie w wykonaniu tych chłopaków, a trzy Beatlesów. Dobry fan to na ucho rozróżni, ale taki zwykły widz już nie. No, ale film zrobił się popularny. Pojechał na Festiwal do Wenecji, Fellini się nim zachwycił. Dostał nagrodę FIPRESCI. Pojechał do San Sebastian, gdzie zdobył Grand Prix i nagrodę aktorską. A potem pojechał w świat i odnosił ogromne sukcesy w Ameryce Południowej. Do czasu "Dekalogu" Kieślowskiego był to najlepiej sprzedający się polski film na świecie. I, a propos praw, nigdy nie zobaczyłem z tego ani złotówki. W każdym razie pojawił się człowiek z Londynu, nazywał się Richard Winkler, który postanowił ten film kupić do przedsiębiorstwa Film Polski. To był fenomen, że ktoś chce kupić polski film do normalnej dystrybucji na Zachodzie. Mało tego, że kupił "Yesterday", to zrobił taką amerykańską wersję tego filmu.


Anna Kaźmierczak na planie "Yesterday", fot. archiwum Radosława Piwowarskiego

Montażową?

Trochę go na początku podciął, ale bardzo mało. Natomiast zrobił do niego taki dubbing, że to był murowany kandydat do Oscara jako film anglojęzyczny. I Winkler był przekonany, że zdobędzie za niego statuetkę. Do tego zakochał się w Ani Kaźmierczak, która grała główną rolę. Był więc zaangażowany finansowo i uczuciowo. Ale gdy chciał zgłosić film do Oscarów, to wówczas zapytali go o te prawa do Beatlesów. I tu się dopiero zupa wylała. Nikt w Filmie Polskim nie wiedział, że istnieje coś takiego, jak prawa wykonawcze. Dostałem od tych ludzi z Londynu prawa autorskie do pięciu piosenek, Lennon – Mc Cartney, ale prawa wykonawcze miał ktoś zupełnie inny. Film ma mieć za chwilę pokazy promocyjne w Nowym Jorku, a tu się okazuje, że trzeba go zakopać głęboko w piasku, bo jest afera na dwadzieścia cztery fajerki. Zostały nam więc tylko prawa na kraje RWPG i tu można go było puszczać.

Ale z prawami do "Yesterday" jest jeszcze jedna ciekawostka, bo on był popularny w Rosji, jako film piracki. Wiem, że co najmniej kilka roczników GIKu czyli Głównego Instytutu Kinematografii w Moskwie uczyło się na "Yesterday". Do dziś mam tam fanów, między którymi krążyły kompletnie zdarte kasety z filmem. Kopia z kopii. Jeden z nich, Karen Szachnazarow wybitny reżyser, powiedział mi, że miał dwóch mistrzów - Felliniego i Piwowarskiego. Specjalnie przyjechał do Polski, by mnie poznać. Bo Felliniego spotkał już wcześniej.

Piotr Siwkiewicz, który grał główną rolę, Ringo, jakiś czas później wylądował na wiele lat we Francji. Trochę grał w filmach, a trochę był kelnerem... taki los polskiego artysty. W każdym razie wziął sobie za punkt honoru dotrzeć do tego filmu. Udało mu się odszukać Winklera, ale okazało się, że ten zbankrutował i cały jego majątek filmowy przejęła Francuzka, która była wówczas jedną z najbogatszych kobiet świata. I Piotrek dotarł do niej. Wyznaczono mu wizytę na pół roku później. I ten biedny polski aktor kupił pięćdziesiąt czerwonych róż, pojechał do jej rezydencji i mówi: Pani jest właścicielką najpiękniejszego filmu, jaki powstał w Europie. Pani ma skarb. Ten film trzeba przywrócić na ekrany. Ona się strasznie wzruszyła i obiecała, że to sprawdzi. Na tym audiencja się skończyła.


Piotr Siwkiewicz na planie "Yesterday", fot. archiwum Radosława Piwowarskiego

A dlaczego w ogóle postanowił się Pan zająć filmem?

Pochodzę z rodziny artystycznej. Mój ojciec był dosyć znanym warszawskim rzeźbiarzem, a mama artystą-malarką. Dorastałem wśród obrazów i rzeźb. Jak tata sprzedał rzeźbę, kupował kolejną biblioteczkę na kolejne książki. Nie mieliśmy telewizora. Chodziłem do słynnej żoliborskiej „Jedynki”. Miała ona piękne tradycje przedwojennej, lewicowej szkoły. Z jednej strony chodziły tam dzieci inteligencji żoliborskiej, z drugiej taka zbieranina z całej Warszawy - Ci, których wcześniej ze wszystkich innych szkół wyrzucili. Było dużo luzu i fantazji. DKF. Mieliśmy zespół gitarowy Poganiacze Kotów, nawiedzonych nauczycieli. Co sobota robiliśmy prywatki – wiernie sportretowałem to w „Marcowych Migdałach” I tak wagarując i prywatkując dojechałem do matury. W tamtych czasach po maturze miało się wybór - albo studia, albo wojsko. Z żadnego przedmiotu nie byłem bardzo dobry, miałem małe szanse na normalne studia, więc została mi Szkoła Filmowa. Pojechałem do Łodzi i... nie zdałem. Ale doszedłem do ścisłego finału i strasznie mi się to spodobało. I wtedy mój ojciec zdecydował, że kupi telewizor, żebym oglądał filmy. To był czarno-biały Topaz, miał 17 cali. Za rok się dostałem.

Zapytałem o te początki, bo krąży legenda o pańskiej szkolnej etiudzie "Piorun kulisty", która została podobno spalona przez rektora.

Nasz rocznik w szkole był ofiarą marca'68. Wyrzucono wszystkich najlepszych profesorów Toeplitza, Bosaka itd. I w ich miejsce pojawili się różni dziwni wykładowcy. Ze Zbyszkiem Kamińskim i Pawłem Kędzierskim robiliśmy taki nowelowy film "CDN". A ja w swojej naiwności nakręciłem etiudę o młodym chłopcu, za którym chodzi dwóch werbowników szukających ludzi do pracy w jakieś hucie. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby oni chodzili w kapeluszach i długich szarych płaszczach... I za każdym razem, gdy on miał jakiś problem, pojawiali się ci dwaj faceci i mówili: no to chodź, podpisz, jedziesz z nami. Rektorem był wtedy Stanisław Kuszewski, który uwielbiał palić fajkę. Jak zobaczył mój film, to się o mało tą fajką nie udławił. I ta moja etiuda jakoś zniknęła. Ale też za bardzo o nią nie walczyłem, bo nie miałem jakoś do tego serca. Nie uważałem, że to jest dzieło mojego życia. Ale po latach jak już skończył się PRL, to chciałem jakoś ten film odzyskać. I wtedy okazało się, że go nie ma. Że zniszczono nawet negatyw. Sam bym chciał zobaczyć, co ja wtedy zrobiłem.

Szkołę skończył Pan na początku lat 70. Na debiut trzeba było czekać ponad dekadę, ale jak już się Pan rozpędził...

Po szkole paru młodym zaproponowali etaty w telewizji. Dla człowieka, który nie ma na fajki, raptem mieć taki etat, czyli w domyśle także możliwość robienia filmów, to jest coś. Poszedłem... i utknąłem na dobre. Dosyć dobrze płacili, nic nie musiałem i to życie jakoś przez palce przelatywało. Jednocześnie byłem w zespole X Andrzeja Wajdy. W telewizji miałem pensję, a u Wajdy siedziałem na kanapie dla tumanów. Bo tam wtedy młodzi robili to kino moralnego niepokoju, które mnie kompletnie nie obchodziło. Zawsze chciałem, aby w filmie były piękne dziewczyny, przyjaźń, żeby historia była wzruszająca i śmieszna. A w moralnym niepokoju wszystko było na odwrót: brzydkie dziewczyny, chłopaki w wytartych pionierkach i konflikty z sekretarzem partii, dyrektorem... Coś obrzydliwego... Bolesław Michałek, kierownik literacki X, po cichu, podtrzymywał mnie na duchu, mówił, pisz swoje.. No i po latach, jak rozwiązali X, to zrobiłem cztery filmy w trzy lata plus serial.


Jerzy Szebesta, Radosław Piwowarski, Halina Piwowarska i Stanisław Brudny, fot. Borys Skrzyński/SFP

Najsłynniejszym obok "Yesterday" pańskim filmem z tego okresu jest "Pociąg do Hollywood", który pięknie opisuje tęsknotę Polaków za Zachodem.

U mnie się wszystko brało z tego, co widziałem, co mnie zafascynowało. Jak ta dziewczyna z pociągu do Łodzi, która sprzedawała piwo. Wszyscy filmowcy do niej startowali. Zauważyłem, że pod koniec trasy zawsze miała fartuch w odciskach łap, bo próbowali ją złapać, obmacać... Stąd ten scenariusz. Po "Pociągu..." miałem już zresztą dużo łatwiej... Byłem otoczony grupą przyjaciół: kierownik produkcji Jurek Szebesta, scenograf Tadek Kosarewicz, operator Witold Adamek, montażystka Irena Choryńska, rekwizytor i znawca trunków Jerzy Koń Matysiak. Aktorzy - Siwkiewicz, Krysia Feldman, Figura.

Można powiedzieć, że w dwóch z Juliuszem Machulskim odkryliście dla kina Katarzynę Figurę. Premiery "Pociągu..." i "Kingsajzu" były przecież w tym samym roku.

Zasługa żadna. Ktoś ją po prostu musiał odkryć. Podnieść to złote jabłko. Zawsze starałem się, by w moich filmach byli nowi aktorzy. Chodziłem na wszystkie egzaminy wstępne do szkół teatralnych i przyglądałem tym, którzy stali w kolejce. Brałem adresy, telefony. Pamiętam, jak szukałem do "Pociągu", poszedłem na stołówkę w Szkole Aktorskiej, a tam siedzi taka blondynka i je zupę. Kaśka Figura z drugiego roku. Zrobiłem próbne zdjęcia, przyszło dużo bardzo dobrych dziewczyn. Wybrałem trójkę, w której była też Figura, i z tym próbnym materiałem pojechałem do Wrocławia. Pokazywałem to w wytwórni: portierowi, scenografowi, technicznym... Wszyscy wskazywali na Figurę. Zrozumiałem, że ma tę magię. Po prostu musiała zaistnieć.

Pan po "Pociągu..." zrobił "Marcowe migdały", chwilę później nagrodzoną Złotymi Lwami "Kolejność uczuć", jednak w drugiej połowie lat 90. wszystko siadło.

Niestety. Ale do tego czasu udało mi się zrobić kilka filmów, z których jestem naprawdę dumny. Do tego grona zaliczam też jeszcze "Autoportret z kochanką", ale już świat się zmienił. Zaczęła się epoka Władka Pasikowskiego, tych wszystkich ostrych filmów. Nastały nowe czasy i nowa widownia. A do mnie zgłosili się Marian Terlecki i Tadeusz Lampka, żebym przyszedł na tydzień do ich serialu i go ocieplił. Bo miałem taką opinię reżysera, który jak się dotknie, to od razu aktorzy lepiej grają, kobiety są piękniejsze i takie tam. To się nazywało "Złotopolscy". Poszedłem na tydzień i zostałem 12 lat. Świetnie się tam czułem na planie. Grali wyśmienici aktorzy, Janek Purzycki wspaniale to wszystko wymyślił. A ja mogłem sobie jeszcze te sceny podkręcać, miałem naprawdę dużo wolności. W stosunku do tego, czym dzisiaj są seriale długodystansowe, to "Złotopolscy" są "Osiem i Pół".

Nie tęskni Pan za dużym ekranem? To już prawie 20 lat.

Teraz to niech już moi synowie robią. Są zdolni jak cholera, ale dziś jest o wiele trudniej niż kiedyś. Z jednej strony w sklepie agd możesz kupić kamerę, która jest świetna i może nagrać właściwie wszystko, a z drugiej strony dostać się na ekrany... W ubiegłym roku w Polsce powstało ponad 50 filmów fabularnych. Z czego do kin weszło kilkanaście, a parę innych trafiło na festiwal w Gdyni. I to wszystko. W porównaniu z tym PRL to były złote czasy dla kinematografii. Czasem mówię do moich synów, że jak kiedyś miałem rumuńską maszynę do pisania Marica, na której powstały wszystkie moje scenariusze, to jak pisałem słowo KONIEC, to mogłem już myśleć o pierwszym dniu zdjęciowym: gdzie on będzie i kto będzie grał. A teraz jak napiszę KONIEC, to nie wiem, kto w ogóle będzie chciał to przeczytać.

Rozmawiał: Rafał Pawłowski

*na zdjęciu stoją od lewej Piotr Siwkiewicz, Halina Piwowarska, Stanisław Brudny, Radosław Piwowarski, Jerzy Szebesta i Witold Adamek.


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!