Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Wielbicielka muzycznych sparingów

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Wielbicielka muzycznych sparingów

Wielbicielka muzycznych sparingów

Nie cierpi chowania się za "byciem kobietą" i... castingów. Za to kocha śpiewać i choć od lat robi to całkiem dobrze, przy "Excentrykach" czekało ją prawdziwe wyzwanie. Musiała bowiem zmierzyć się z legendą Elli Fitzgerald. O czystym trafianiu w dźwięki, kochankach Hamleta i fenomenie Marylin Monroe rozmawiamy z Sonią Bohosiewicz.



W „Excentrykach" razem z Maciejem Stuhrem i Natalią Rybicką zapraszacie widzów do wyprawy w świat PRLu lat 50. Dla Ciebie to nie jedyna przygoda z tą rzeczywistością. Latem na scenie łódzkiej Wytwórni interpretowałaś wraz z Katarzyną Kwiatkowską „Dzienniki" Tyrmanda. Jaki jest Twój stosunek do tamtych czasów?


Wiadomo, że jeszcze wówczas nie żyłam. Gdybym powiedziała, że były to bardzo ciekawe i barwne czasy, to pewnie Ci, którzy wówczas żyli, zaprzeczyliby mówiąc, że było smutno i bardzo nieprzyjemnie. Z drugiej strony tak to jest, że wszyscy uwielbiają te czasy, w których byli młodzi. Niezależnie od tego, czy wówczas panowała bieda i piszczało, to jednak wspominają je z nostalgią. Jeden z moich kolegów aktorów opowiedział mi kiedyś historię o tym, jak jego matka spotykała się z koleżankami na kawkę. On donosił im tę kawkę, a te panie-emerytki uśmiane po kokardę. Pewnego dnia, jak już koleżanki poszły, pyta: Mamo, a o czym żeście rozmawiały, że to takie śmieszne? - A no o Oświęcimiu - usłyszał. Bo dla nich to był okres młodości i tam się odbywały ich wszystkie miłości, dorastanie. I niezależnie od tego, że był to okrutny moment w ich życiu, to jakoś trzeba było z tego wybrnąć.

Po zanurzeniu się w "Excentrykach" ten świat PRLu jest dla mnie światem po słonecznej stronie ulicy. No bo ten świat wykreowany przez Janusza Majewskiego jest naprawdę bajkowy, sportretowany przez Janusza z pewnego rodzaju delikatnością i typowym dla niego przymrużeniem oka. Przypuszczam jednak, że w rzeczywistości nie było tak kolorowo, niemniej są to jego czasy i tak właśnie je wspomina.

Przeskoczymy w takim razie do lat 80. czyli okresu Twojego dorastania. To schyłkowy PRL. Jak Ty go wspominasz?

W myśl tego, co powiedziałam przed chwilą, wspominam je bardzo kolorowo. To był dla mnie okres beztroski i mimo tego, że czasy nie były przecież takie bezpieczne, to byłam dzieckiem i nie dotykały mnie sprawy polityczne. Pamiętam tylko, że któregoś dnia na ekranie zamiast biegnącego po płocie kogutka zjawił się smutny pan w okularach i mama powiedziała, że teleranka nie będzie. Byłam strasznie rozgoryczona, że dorośli zabrali Teleranek, na który cały tydzień czekałam. Ale też pamiętam czołgi, które jechały gdzieś za moim blokiem czy pochody pierwszomajowe. Pamiętam reglamentowane cytrusy, które gdy się pojawiały, to pachniało nimi w całym domu. Pamiętam wielogodzinne kolejki i zgubione kartki na masło, które mi gdzieś wypadły w drodze do sklepu. Trzy godziny ich szukałam płacząc i nie umiałam znaleźć. Ale też pamiętam taką bliskość z moimi koleżankami, kolegami i sąsiadami, która teraz rzadko występuje. Spotykaliśmy się po lekcjach, graliśmy w chowanego, w pięć cegieł, w podchody. Robiliśmy sekrety pod balkonami. Jest mi szalenie żal teraz tych dzieci, które mieszkają na grodzonych blokowiskach, gdzie nie przewiduje się już tyle miejsca na podwórka. A gdybym miała teraz mieszkać jako mała dziewczynka w centrum Warszawy, gdzie trzeba pojechać tramwajem sześć przystanków, by dotrzeć do jakiegoś parku, to bym chyba zwariowała.


Fot. Marcin Makowski/Next Film

Wróćmy do lat 50. Patrząc na schorowaną, przygarbioną Wandę z „Excentryków" pomyślałem w pierwszej chwili, że w gruncie rzeczy mógłby to być dalszy ciąg historii Ireny - bohaterki „Syberiady Polskiej", która w ramach powojennej odwilży wraca ze Wschodu do Polski i trafia do Ciechocinka.

Tyle, że Irenę musiałby ktoś porządnie złamać, bo ta postać miała w sobie bardzo dużo takiej niezniszczalnej energii. I niezależnie od tego, w jakich warunkach się znalazła, to chciała żyć, chciała być kobietą. Niewiarygodnie kochała swoje dzieci. A Wanda jest taką niezrealizowaną kobietą. Kwiatem, który usechł jeszcze będąc pąkiem, bo podcięto mu łodyżkę i nie dolano wody. Nigdy nie doświadczyła macierzyństwa, zabito jej męża. Została sama, samiusieńka. Ma poczucie kompletnie zmarnowanego życia. Przypuszczam, że Irena zorganizowała by ogromny przytułek dla wszystkich sierot i natychmiast znalazła sobie kochanka, a może nawet pięciu! Bardzo się od siebie różnią, ale nie mamy pojęcia, jaka była kiedyś Wanda, może gdyby jej los potoczył się inaczej... A tak choruje na samotność.

„Syberiadę" i „Excentryków" łączy także to, że w obu filmach zagrałaś razem z Natalią Rybicką. W „Excentrykach" zresztą trochę chyba przypadkowo, bo pierwotnie ta rola miała przypaść, jeśli dobrze pamiętam, Joannie Kulig.

Joasia wypadła przez kontuzję. To było niezwykle dramtyczne, dlatego, że złamała nogę dokładnie na dzień przed wejściem na plan. Zmieniła mi się nagle partnerka i przez jakiś czas nie było nawet wiadomo na kogo. Ale moje zdenerwowanie to nic w stosunku do reżysera, operatora, kostiumów, charakteryzacji. Wszystko uszyte na miarę, dostosowana peruka, próby kamerowe, nagrane podkłady big-bandowe. Tutaj był największy problem. Natalia musiała bez żadnego przygotowania rzucić się na głęboką wodę. Ciekawa jestem, jak ona by o tym opowiedziała, ale dla mnie to pewnego rodzaju rajd, skok na bungee, gdy nie wiadomo, czy w ogóle przywiązano linę.

A jeśli chodzi o "Sybieriadę", to miałyśmy bardzo trudny plan. W śniegu. Strasznie zimno. Kiedy spotkałyśmy się na planie "Excentryków", powiedziałam do Natalii: popatrz jakie mamy piękne sukienki i makijaże. Od teraz gramy już tylko w bajkach.


Fot. Marcin Makowski/Next Film

Natalia wskoczyła do "Excentryków" z przypadku. A jak było z Tobą. Wiem, że nie przepadasz za castingami. Twój teść Janusz Majewski od początku widział Cię w roli Wandy czy też musiałaś o nią powalczyć?

A kto lubi castingi? Nie znam takich aktorów. Jest to szalenie deprymujące, że przy każdej kolejnej pracy znowu jesteśmy poddawani ocenie. No trudno. To jest element naszej pracy i musimy się na to godzić. Na szczęście wielokrotnie omija mnie ten etap, bo ktoś wyobraża mnie sobie w danej roli i dostaję propozycję. Tak było rzeczywiście w tym przypadku. Janusz jest moim teściem i wiedziałam o "Excentrykach" jeszcze, zanim powstał scenariusz. Janusz zaczytywał się książką i nawet przez pewien czas zastanawiał się, czy może zagrałabym tę drugą postać. Ale niestety kompletowanie budżetu trwało tak długo, że już została mi tylko Wanda. Z czego się zresztą bardzo cieszę.

A jak się pracowało pod jego okiem? Miałaś większą tremę niż zazwyczaj czy wręcz przeciwnie?

To jest taki dziwny rodzaj pracy. Trzeba przyjść i natychmiast się zaprzyjaźnić. Jeżeli nie znasz tych wszystkich ludzi - reżysera, operatora... to w zasadzie przez pierwsze dwa dni ludzie pracują nad tym, by się przed sobą otworzyć i zaufać. Bo nie na się inaczej. Przynajmniej ja nie potrafię. Jeśli więc pracuję z ludźmi, których już znam, to mamy już te "koty za płoty". Wiemy, że nie musimy dogadywać języka, którym będziemy rozmawiać. Można od razu przejść do sedna. Inna sprawa, że Janusz jest naprawdę wysokiej klasy artystą. Wie czego chce i aktor nie czuje się pozostawiony samemu sobie, tylko jest precyzyjnie prowadzony. Janusz ma w sobie energię mentalną trzydziestoparolatka. Jest pasjonatem. Jara się tym, co robi. Ale jest też na tyle otwarty, że pozwala wkładać swoje pomysły. Nawiązując do nomenklatury świątecznej: on przynosi choinkę, najładniejszą jaką się da, a my te światełka, bombki i jeżeli pasują mu do koncepcji, to pozwala je zawieszać.

Ale jednak jakaś trema chyba była, skoro w ramach przygotowań do filmu zdecydowałaś się brać lekcje śpiewu. W końcu, z tego co wiem, śpiewasz całkiem dobrze.

Nie chodzi o tremę. Bo stremowałam się chyba dopiero po czterech miesiącach, kiedy miałam wejść do studia, bo zorientowałam się, jakie to jest szalenie trudne. Rzeczywiście jestem tzw. aktorką śpiewającą, ale jak poszłam na lekcje do mojej trenerki Agnieszki Hekiert, to od razu, w pierwszych pięciu minutach zapytała mnie: ile mamy tych utworów? Sześć. Zaśpiewaj mi któryś z nich. I po dwóch pierwszych wersach powiedziała: stop! stop! stop! Już wiem. A ile mamy czasu? Cztery miesiące. No dobrze, może zdążymy.

Śpiewanie takie aktorsko-popowe, gdzie możesz czarować, podjeżdżać i biegać po swojemu jest zupełnie inne niż śpiewanie jazzu. Wokal jest następnym instrumentem w tym big-bandzie. Taką kolejną żywą trąbką, która musi trafiać czysto w dźwięki. Musisz być częścią orkiestry.



W „Excentrykach" śpiewanie staje się dla Wandy w jakimś sensie formą terapii. A czym jest dla Ciebie?

Bardzo lubię śpiewać i nie wyobrażam sobie w ogóle życia bez muzyki. Jakby ktoś dał mi wybór, który z elementów miałby zniknąć z mojego życia: smak czy muzyka? To mimo, iż jestem niewiarygodnym obżartuchem, poprosiłabym chyba, żeby "wyciąć" smak. Muzyka w zasadzie nadaje atmosferę i bardzo intensywnie to odczuwam. Bardzo często śpiewam w domu. I wielokrotnie rodzina prosi, bym przestała. Jest to jeden z takich środków wyrazu, który jest dla mnie na równi z grą aktorską czyli mówieniem. I chyba też w to pójdę.

„Excentrycy" to nie pierwszy muzyczny film z Twoim udziałem. Rok temu mogliśmy oglądać Cię w „Polskim gównie" Tymona Tymańskiego. Rozśpiewałaś się?

Nie jesteśmy krajem szeroko rozbudowanego musicalu. Jeżeli są jakieś rzeczy śpiewane do zrobienia to ja się szalenie z tego cieszę, więc zaproszenie od Tymona przyjęłam z ogromną przyjemnością. Mimo, że to był pomysł na wariackich papierach. Ale przecież ja już wcześniej śpiewałam, choć nie na dużym ekranie. Mieliśmy taki bardzo ciekawy projekt z Grupą Rafała Kmity "Aj Waj czyli historie z cynamonem", z którego wydaliśmy płytę. Wcześniej były "Pieśni z Szynela".

Twoje ostatnie projekty to Grechuta z zespołem Plateau oraz nagranie kolęd do charytatywnego projektu SOS Wioski Dziecięce.

Jeśli chodzi o SOS Wioski Dziecięce to za każdym razem, gdy mogę coś zrobić dla ludzi - poprowadzić jakąś aukcję, podarować coś od siebie albo przyjść i zaśpiewać jakąś piosenkę na płycie i że te pieniądze pójdą na tych, którzy potrzebują, to robię to. Jeżeli dostałam od Pana Boga możliwość śpiewania, to wykorzystuję ją w pełni nie tylko zarobkowo, ale także tam, gdzie mnie potrzebują. Jest to dla mnie ogromna radość.

A śpiewanie Grechuty? Tu mierzysz się z ikoną.

Mam wspaniałe alibi, bo to chłopaki z Plateau wymyślili ten projekt, a ja jestem tylko częścią składową. Mieli bardzo piękną wersję tych aranży, które strasznie spodobały się pani Grechutowej. Więc z jej błogosławieństwem po prostu wychodzić i śpiewać. A melodie i teksty są przecudowne. Kiedy Michał na koniec każdego koncertu opowiada o Marku Grechucie i mówi, że ma nadzieję, że był tu dziś z nami, to ja mam poczucie, że był.


Fot. Marcin Makowski/Next Film

To ja już wiem, że odwagi Ci nie brakuje, bo teraz wzięłaś się za Marylin Monroe czyli ikonę ikon.

No tak. Ale ona nie była jakąś wyjątkową wokalistką. Myślę, że sparingowanie się z panią Ellą Fitzgerald w "Excentrykach" było dużo bardziej karkołomne. Od początku wiadomo, że przegram i jedyne to, co mogę, to mogę próbować biec z nią na tym samym torze i dobiec dwie godziny po niej. A Marylin to rzeczywiście ikona ikon, ale to nie jest projekt, w którym chcę się z nią porównywać. Oczywiście ona była aktorką, ja jestem aktorką, ona była blondynką, ja też. Ona grała i śpiewała, ja także, ale ona w moim wieku już nie żyła. Więc już na dzień dobry powiedzmy sobie, że jesteśmy kompletnie innymi kobietami. W zasadzie przyglądam się jej fenomenowi, zaczytuję się na jej temat i próbuję ją rozpoznać. Poza pięknymi utworami, które śpiewała, Marylin Monroe interesuje mnie jako następny krok milowy w feminizmie.

No właśnie, w feministycznym duchu chciałem zapytać czemu w polskim kinie mamy tak mało kobiecych bohaterek? Przecież "Excentrycy" mogliby być opowieścią o polskiej Marylin Monroe, która wraca po wojnie do Ciechocinka i wszyscy mężczyźni się w niej zakochują. A zamiast tego w roli głównej mamy puzonistę.

Świetny pomysł, musisz to zgłosić Januszowi. Utarło się tak, że więcej ról jest dla mężczyzn. Aktorki są matkami, żonami, kochankami tego głównego Hamleta. O ile nie gra go w Starym Teatrze Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Bo na szczęście i takie się rzeczy zdarzają. Ale generalnie odzwierciedla to, jaką rolę kobieta nadal pełni w świecie. Jeżeli opowiadamy o rzeczach znaczących, to nadal opowiadamy przede wszystkim o mężczyźnie. Ile tu jest jeszcze do zrobienia. Byłam niedawno w Gdańsku w Teatrze Szekspirowskim. Oprowadzała nas pani, która w pewnym momencie mówi, żeby skręcić w prawo i skręca w lewo. Gdy zwróciłam na to uwagę, odpowiedziała: przepraszam, jestem taką typową kobietą. O Boże! Jeżeli my same siebie tak degradujemy, nawet w towarzystwie kobiecym przy pomyłce chowamy się za "byciem kobietą", to tutaj jest do przerzucenia jeszcze niewiarygodna ilość węgla.

Ty się raczej nie chowasz. Nie czekasz, aż mężczyźni po Ciebie sięgną. Sama produkowałaś swój monodram "Choć ze mną do łóżka". Zatrudniłaś do niego reżysera i resztę ekipy. Uważasz, że kobiecej odwagi jest cały czas za mało?

Zdecydowanie tak. Choć kobiety stają się teraz naprawdę bardzo silne. Jak w końcu podniosą głowę, to wy się wszyscy panowie nie pozbieracie. Jest pewnego rodzaju męski pakt, żeby kobiet nie dopuścić.

No ale przecież PISFem czyli polskim kinem już od 10 lat rządzą kobiety.

Czy myślisz, że to czyni wiosnę? Wkurza mnie, że mężczyźni cały czas zarabiają więcej. Czy kobieta-operator jest w czymś gorsza od faceta? Czy aktorka jest gorsza od aktora? Dlaczego moi koledzy mają o 1/3 wyższe stawki? Wykonują tę samą pracę. Na kilka tysięcy lat cywilizacji raptem od 100 lat kobiety mają prawo wyborcze. Ale dziś są świetnie wykształcone, silne, samodzielne. Cieszę się, że to idzie w tę stronę.


Fot. Marta Antczak

Wracając do filmów. Pamiętam Twoją piosenkę z czasów Kabaretu Rafała Kmity „W małym kinie", w której dość mocno skrytykowaliście zachowania widzów na seansach. W związku z tym moje pytanie czy lubisz chodzić do kina czy też z racji komfortu wybierasz oglądanie w domu?

Przestań. Komfortowe warunki to jest kino! Jak masz dwójkę dzieci, to w domu zawsze ktoś coś do Ciebie chce. A to napić się, a to coś. Uwielbiam pójść do kina, usiąść ciemnej sali, w wygodnym fotelu i wiedzieć, że ten film nie będzie przerywany absolutnie przez nic. Wyłączyć telefon i odbierać taki obraz od początku do końca. Ile może stracić nawet najlepszy film w sytuacjach takiego "stosunku przerywanego".

Domyślam się, że jako osoby wspierającej Legalną Kulturę nie muszę Cię pytać o to, czy oglądasz filmy z poszanowaniem praw twórców. A co sądzisz o tych, którzy sięgają po kino z nielegalnych źródeł?

Bardziej źle myślę o tych, którzy nadal nie zorganizowali tego tak, by można było sięgać po nie z legalnych źródeł. W większości przypadków ludzie wcale by nie chcieli kraść, gdyby mogli tego nie robić. Gdyby można było oglądać nowości za godziwe pieniądze, to pewnie by je kupowali. A jeśli się nie da tego zrobić, a można znaleźć je nielegalnie to po prostu ciekawość powoduje, że kradną. Także mam apel do dystrybutorów: zorganizujcie to lepiej!



Rozmawiał: Rafał Pawłowski
Fot. tytułowa: Katarzyna Rainka



© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!