Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Nie ma przepisu na sukces

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Nie ma przepisu na sukces

Nie ma przepisu na sukces

Ponad 26 milionów widzów na polskich filmach. Ta liczba musi robić wrażenie. O tym, jak buduje się dystrybucyjny sukces, jakiego kina oczekują polscy widzowie i cyfrowej rewolucji rozmawiamy z Bartkiem Fukietem, dyrektorem działu kinowego Kino Świat.


Brylantowy Bilet dla Kino Świat za "Listy do M 2". Który to już bilet na Waszym koncie?


Brylantowy Bilet, przyznawany za przekroczenie frekwencji 2 milionów widzów na polskim filmie, dostaliśmy po raz pierwszy. Obecnie progiem do otrzymania Złotego Biletu jest 0,5 miliona widzów. Takich produkcji mamy na koncie, nie licząc „Listów do M 2”, 15. Można zatem przyjąć, że Kino Świat ma w dorobku minimum 16 biletów, z których 13 dostaliśmy w ostatnich 5 latach.

Ponad 2,5 mln widzów na "Listach do M 2". Czy da się na polskim filmie przekroczyć 3 miliony?

Ostatni raz polskiemu filmowi udało się dokonać tej sztuki w 2001 roku. „Quo Vadis” obejrzały ponad 4 miliony widzów. Po 1989 roku, poza „Quo Vadis”, tylko dwa polskie filmy przekroczyły granicę 3-milionowej frekwencji, a wliczając produkcje zagraniczne - osiem, z których najmłodsza - „Shrek Trzeci” - trafiła na ekrany w 2007 roku. Dzisiaj trudniej wygenerować taką widownię. Jest ogromna podaż filmów i przez to krótszy okres ich żywotności na ekranach, a dodatkowo z kinem konkurują inne kanały dystrybucji - VOD, kablówki, bogata i coraz lepsza oferta serialowa. Kiedy rozmawiamy, „Listy do M. 2” mają na koncie około 2,7 mln. widzów i teoretycznie wciąż jest możliwe, że uda im się przekroczyć barierę 3 milionów, ale będzie to bardzo trudne, gdyż ogromną ilość ekranów zabierają 18 grudnia nowe „Gwiezdne Wojny”.

Niemniej możemy mówić o modzie na polskie kino.

Polacy coraz chętniej chodzą na polskie filmy, bo krajowe kino jest coraz lepsze i coraz bardziej różnorodne, czego dowodem na przykład coraz częstszą obecność w selekcjach najważniejszych światowych festiwali. Jeszcze kilkanaście lat temu mieliśmy taką posuchę, że festiwal w Gdyni musiał posiłkować się produkcjami telewizyjnymi, aby jakoś skompletować program konkursu głównego, a koszaliński festiwal debiutów „Młodzi i Film” przemianowano na międzynarodowy, bo organizatorzy nie mieli czego pokazywać. Wtedy z polskich filmów sprzedawały się tylko komedie romantyczne oraz adaptacje lektur szkolnych i „sacro movies”, budujące frekwencję na pokazach zorganizowanych. Sytuacja zmieniła się gruntownie, kiedy powołano do życia Polski Instytut Sztuki Filmowej i pojawiły się środki umożliwiające realizacje odważniejszych projektów. Dzięki temu powstały takie filmy, jak „Galerianki” Kasi Rosłaniec z blisko 600-tysięczną widownią, czy nowatorska "Sala samobójców" Jana Komasy, która w 2011 roku okazała się czarnym koniem box office’u, przyciągając do kin ponad 800 tysięcy widzów. Sukcesy frekwencyjne takich produkcji jak „Baby są jakieś inne”, „Pod Mocnym Aniołem”, „Jesteś Bogiem”, „Drogówka” - pokazały, że polscy widzowie są skłonni masowo przychodzić na filmy, które nie idą z nimi na kompromisy i że w kinie sprzedaje się nie tylko lekka, łatwa rozrywka. Choć ta oczywiście też potrzebna, bo rozrywka to esencja kina.

Takim sukcesem byli też "Bogowie" Łukasza Palkowskiego.

"Bogowie" to prawdziwy fenomen ostatnich lat. Nikt, nawet sami twórcy, nie spodziewał się, że film o profesorze Relidze przyciągnie do kin blisko 2,3 miliona widzów, awansując do TOP 20 najpopularniejszych tytułów wyświetlanych w polskich kinach w ciągu ostatnich 25 lat. To sygnał dla branży, że Polacy potrzebują filmów o pozytywnych bohaterach. Bolączką polskiego kina wciąż jest upodobanie do historii ludzi przegranych, martyrologii, ciężkich i dołujących historii, a jak widać po przykładzie „Bogów”, Polacy mają głód pozytywnych postaci, ludzi, którzy wygrywają, budujących wzorców. „Bogowie" nie są może arcydziełem kina, ale perfekcyjnie zrealizowanym i zagranym filmem komercyjnym, wychodzącym naprzeciw zapotrzebowaniu widzów.

Powiedziałeś, że Polacy doceniają ambitne kino, ale jeśli spojrzymy na wynik nagrodzonej Oscarem "Idy" to jednak nie był to kasowy hit.

„Idę” obejrzało w kinach blisko ćwierć miliona widzów. Biorąc pod uwagę, że to film czarno-biały, bardzo ascetyczny, powolny w narracji, art-house’owy, niełatwy w odbiorze, uważam ten wynik za bardzo przyzwoity. Dla porównania - nagrodzony pięcioma Oscarami „Artysta” - również czarno-biały, ale zdecydowanie łatwiej przyswajalny, wygenerował widownię na poziomie 90 000 widzów. Na wyniku z pewnością zaważył timing. "Idę” wprowadzono do kin pod koniec października, kilka miesięcy przed Oscarami. Gdyby film trafił na ekrany nieco później, w okolicach oscarowego sukcesu, na pewno osiągnąłby większą frekwencję (Kino Świat nie był dystrybutorem "Idy" - dop. red.), konsumując szum medialny wywołany pierwszą statuetką dla polskiego filmu. My na precyzyjnie skonstruowanym, oscarowym timingu, oparliśmy koncepcję promocji nominowanego do nagrody Akademii „W ciemności”, które finiszowało z wynikiem 1,2 miliona widzów.

Czy w takim razie istnieje jakiś jeden sprawdzony przepis na dystrybucyjny sukces?


Z przymrużeniem oka - jeśli film się doskonale sprzedał, to słyszymy: „samograj”, „taki film nie potrzebuje promocji”, „łatwizna”, „reżyser zrobił za was całą robotę”. Jeśli zaś polegnie, to oczywiście wina leży po stronie dystrybutora. A mówiąc serio, nie ma prostego przepisu na sukces. Nasza skuteczność w dystrybucji polskich filmów - już ponad 26 000 000 widzów na tytułach z naszego repertuaru w ciągu 10 lat działalności Kino Świat - opiera się na konsekwentnym budowaniu repertuaru, śledzeniu tendencji rynkowych i wyciąganiu wniosków, rozkładaniu na czynniki pierwsze każdego filmu, żeby wycisnąć z niego wszystkie możliwe konteksty promocyjne, starannym przygotowywaniu narzędzi promocji (trailer, plakat, etc) i na kapitale ludzkim, bo na sukces frekwencyjny każdego filmu Kino Świat pracuje zespół ludzi, którzy kochają kino i potrafią tę miłość przekuć na konkretne działania marketingowo-kreacyjne. Ale podstawa sukcesu to dobre filmy. Walczymy o najlepsze tytuły, staramy się przekonywać producentów i reżyserów do naszych pomysłów. To dla nas zawsze wielka satysfakcja, kiedy potem wracają do nas z kolejnymi filmami.

Zdarzyło się Wam przeszacować lub niedoszacować jakiś tytuł?


Oczywiście. To chleb powszedni dystrybucji. Zdarzają się rozczarowania, ale też duże zaskoczenia. Pamiętam, że na branżowym Forum Wokół Kina, mimo naszej wielkiej wiary w projekt, był duży sceptycyzm odnośnie potencjału frekwencyjnego ”W ciemności" Agnieszki Holland. Nikt nie spodziewał się, że film zgromadzi tak imponującą widownię. Wielkim zaskoczeniem, także dla samych producentów, był światowy sukces „Jak zostać królem”, również w Polsce, gdzie ten dość skromny i kameralny film przyciągnął do kin 0,9 miliona widzów. Polski rynek zaskoczył też producentów „Atlasu Chmur” rodzeństwa Wachowskich. „Atlas”, który w USA był klapą, w Polsce obejrzało 0,5 miliona widzów, więcej niż „Igrzyska Śmierci”, które z kolei w USA wygenerowały bodaj z 15 razy więcej wpływów od „Atlasu”. Koszmarne upały osłabiły frekwencję „Małego Księcia”, który naszym zdaniem miał potencjał większy niż osiągnięte blisko 0,8 mln widzów (i tak najlepszy w ostatnich 25 latach wynik europejskiej animacji w polskich kinach).



Jeszcze parę lat temu rynek dystrybucji wymagał ogromnych magazynów na kopie 35 mm, które rozwoziło się do kin w całej Polsce. Dziś funkcjonujemy w epoce cyfrowej. Taśmę filmową zastąpiło DCP. Jak to wpłynęło na rynek?

Rewolucyjnie. Koszt produkcji kopii 35 mm był barierą trudną do przekroczenia dla mniejszych graczy i niezależnych filmowców. Za sprawą cyfryzacji, na rynku pojawiło się mnóstwo małych firm dystrybucyjnych z wyspecjalizowanym repertuarem, który dociera do niszowego kręgu odbiorców. Z drugiej strony mamy ogromną podaż tytułów, co skraca żywot filmów w obiegu dystrybucyjnym. Cyfryzacja to szansa zaistnienie w obiegu kinowym projektów niezależnych, niskobudżetowych, ryzykownych dla dystrybutorów i operatorów kin. Na przykład w Australii funkcjonuje system Cinema-On-Demand, który polega na tym, że ludzie skrzykują się poprzez media społecznościowe, by w lokalnym kinie obejrzeć film. Jeśli zostanie przekroczona granica opłacalności takiej projekcji, kino pokaz organizuje. Jeśli nie - zainteresowani otrzymują zwrot pieniędzy. Cyfryzacja daje kinom możliwości rozszerzania oferty - pokazywania spektakli teatralnych, oper, koncertów, a newet zawodów sportowych.

Cyfryzacja to też wyzwania związane z dynamicznie rozwijającym się nowym pełnoprawnym polem dystrybucji jakim jest internet.

Jeszcze nie pełnoprawnym, bo cały czas jest umowa, że filmy najpierw wchodzą do kin, a później - po okresie ochronnym, który w USA wynosi ok. 90 dni, a w Polsce ok. 120 - na inne platformy. Ale to zaczyna się zmieniać. Świat idzie do przodu, a reguły dyktuje ten, kto dostarcza najwięcej atrakcyjnego kontentu, czyli Hollywood, gdzie od dłuższego czasu mówi się o skróceniu okresu ochronnego. To okienko skraca się coraz bardziej, a dodatkowo pojawiają się mocni gracze sieciowi w postaci np. Netflixa, którzy zamawiają filmy z budżetami kinowymi, w założeniu przeznaczonymi do premierowej emisji w internecie, czasem w hybrydzie z kinami. Najświeższym przykładem jest sequel ”Przyczajonego Tygrysa, Ukrytego Smoka” wyprodukowany przez Netflix razem z Miramaxem. W Stanach Zjednoczonych coraz częściej mówi się o tym, że ponieważ okres życia filmu na ekranach kin wynosi około 6 tygodni, a to, co ma film zarobić, zarabia z reguły przez pierwsze cztery tygodnie, zatem marnuje się ten czas, który jest do końca tych 90 dni i trzeba okienko skrócić, bo takie „bezdolarze” to marnotrawstwo. Ostatnio chyba Paramount wprowadził w takiej formule kolejną część "Paranormal Activity" - okienko trwało zaledwie 17 dni, a sieci kin dostały dodatkowe, nieokreślone udziały w zyskach z dystrybucji internetowej przez czas do końca 90-dniowego okienka. Rynek wychodzi naprzeciw potrzebom współczesnych widzów, którzy chcieliby mieć wszystko od razu. To też zmieniło politykę wprowadzania filmów na całym świecie. Ludzie na innych rynkach nie czekają już miesiącami na premierę, jak jeszcze 10 lat temu, tym bardziej, że najpopularniejsze tytuły są szczególnie podatne na piractwo. I jeśli nie pojawią się w tym samym czasie, chwilę potem jest już za późno, bo są dostępne w sieci i dystrybutor ponosi straty.

Jak bardzo odczuwacie działania piratów?

Odczuwamy, jak cała branża. Intensywnie walczymy z piractwem. Monitorujemy sieć. Nie pamiętam w ostatnich kilku latach przypadku, żeby jakiś polski film z oferty Kino Świat został spiratowany w momencie, gdy jest na ekranach kin.

Mieliście tego typu sytuację parę lat temu w przypadku "Jesteś Bogiem".


To był wyciek screenera z jednego z festiwali. Frekwencja z dnia na dzień spadła prawie do zera. Szczęśliwie nastąpiło to w dość późnym momencie dystrybucji, gdy film miał już na koncie ponad 1,4 mln widzów. To przykład, że trzeba bardzo pilnować kopii i zawsze przestrzegamy producentów przed wysyłaniem niezabezpieczonych, czy też nieoznakowanych imiennie screenerów. Niektóre tytuły, jak wspomniane "Jesteś Bogiem", są szczególnie narażone ze względu na specyficzną, młodszą publiczność, dla której nie ma znaczenia, czy ogląda film na ekranie kinowym, czy na smartfonie.

Czy piractwo to coś, czemu da się w ogóle przeciwdziałać?

Trzeba ścigać tych, którzy zarabiają pieniądze sprzedając cudzą własność i dawać ludziom łatwy dostęp do ciekawego kontentu po przystępnej cenie. Ludzie są gotowi płacić za filmy. Kiedy pojawia się w kinach mocno oczekiwany film - tak jak ostatnio nasze „Listy do M. 2” - natychmiast aktywizują się grupy naciągaczy, którzy wyłudzają od naiwnych płatne smsy, twierdząc, że pod danym linkiem, po odblokowaniu płatnym kodem, znajdą film. Fakt, że udaje im się naciągnąć tak dużo chętnych dowodzi, że ludzie są w stanie wydać kilka lub kilkanaście złotych, by móc zobaczyć film w sieci. Musimy dążyć do tego, by kontent był dostępny legalnie, szybko, wygodnie i po przystępnych cenach. Z tego punktu widzenia bardzo ważne jest wskazywanie legalnych źródeł, tak, jak ma to miejsce w przypadku tworzonej przez Legalną Kulturę Bazy Legalnych Źródeł.

Jaka przyszłość czeka kino?


Świat przenosi do rzeczywistości wirtualnej, ale kino będzie istnieć, chyba że świat wirtualny osiągnie poziom iluzji rodem z „Matrixa”, a wtedy cywilizacja zacznie umierać, bo wszyscy zostaną w domu. Śmierć kina ogłaszano już kilka razy, a póki co przeżyło swoich potencjalnych zabójców - taśmy VHS, płyty DVD i BluRay. Podpisuję się pod słowami jednego z dyrektorów Netflixa, który powiedział, że "kino to jest oglądanie meczu na żywo, a VoD to oglądanie transmisji telewizyjnej". Są tacy, którym wystarczy transmisja, ale też są tacy, którzy kochają emocje i chcą ich doświadczać "na żywo" w kinie/na stadionie, wspólnie z innymi widzami/kibicami. Dzięki temu kino cały czas żyje i będzie żyło. Będzie też nieustannie szukać sposobów, by oczarować widzów spektakularnością wizualną, 3D, efektami dźwiękowymi, których - mimo rozwoju kina domowego - nie da się przebić. Cały czas kino będzie próbowało przekraczać granice niemożliwego i dostarczać nam coś, czego nie dostaniemy na ekranie telewizora czy projektora kina domowego. Jak widać po liczbie ponad 40 mln biletów sprzedanych w Polsce już drugi rok z rzędu, ludzie wciąż tego współodczuwania emocji potrzebują.

Jakie polskie filmy przyciągną tłumy do kin w 2016 roku?


Hitem pierwszej połowy roku Kino Świat będzie "Planeta Singli" - nowy film Mitji Okorna, reżysera przebojowych ”Listów do M.”, z Maciejem Stuhrem i Agnieszką Więdłochą. To kino komercyjne z górnej półki i zarazem debiut producencki Michała Chacińskiego - byłego dyrektora artystycznego Festiwalu Filmowego w Gdyni i Radosława Drabika - wcześniej związanego z Festiwalem Nowe Horyzonty. „Planeta” wyznacza nowe standardy w polskim kinie rozrywkowym. Potwierdziło to owacyjne przyjęcie na branżowym Forum Wokół Kina, gdzie robocza wersja filmu dostała niespotykane na tej imprezie owacje na stojąco od kiniarzy. i opinię najlepszej polskiej komedii od czasów „Kilera”. Bardzo wierzymy też w potencjał komediodramatu Kingi Dębskiej „Moje córki krowy”, ze świetnym kwartetem aktorskim Kulesza-Muskała-Dziędziel-Dorociński. Film, choć pominięty w kuriozalnym werdykcie jury, zdobył trzy ważne nagrody festiwalu w Gdyni - Publiczności, Dziennikarzy i Sieci Kin Studyjnych i Lokalnych. To rzadki w polskim kinie przykład podnoszącej na duchu historii, z której wychodzi się ze łzami w oczach i uśmiechem na ustach. Na pierwsze półrocze (19.02) polecam też utrzymany w klimacie „Przylądku strachu” film "Na granicy" Wojtka Kasperskiego, w którym Marcin Dorociński gra rolę skrajnie odmienną od dotychczasowego emploi, wcielając się w bezwzględnego psychopatę nękającego Andrzeja Chyrę i jego filmowych synów. I robi to fenomenalnie. Za zdjęcia odpowiada nominowany do Oscara Łukasz Żal. Wiosną wprowadzamy też do kin nowy film Kasi Rosłaniec "Szatan kazał tańczyć”, ze znaną z „Bejbi blues” Magdą Berus w roli głównej. Dwa poprzednie filmy Kasi przyciągnęły do kin milion ludzi i jej nowe dzieło - odważny, mocny portret młodej kobiety zagubionej we współczesnym świecie - ma szansę stać się sporym wydarzeniem.
Na jesień szykujemy kilka mocnych propozycji, wśród nich ”Ostatnią Rodzinę" - niezwykłą historię Tomasza i Zdzisława Beksińskich, gdzie Dawid Ogrodnik i Andrzej Seweryn stworzyli kreacje, które z pewnością zapiszą się w historii polskiego kina oraz „Konwój”, na planie którego spotkają się Janusz Gajos i Robert Więckiewicz.


Rozmawiał: Rafał Pawłowski
Fot. Filip Żołyński




© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!