Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Każdy nosi w sobie jakąś złość

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

 Każdy nosi w sobie jakąś złość

Każdy nosi w sobie jakąś złość

Gdy pisze piosenki, widzi gotowe sceny. Niemal słyszy komendę „akcja”, kamera wtedy rusza, historia zaczyna się sączyć. Dźwięk jest sprzężony ze słowem, tak samo jak życie Mary Komasy było od początku z muzyką. Uciekała od tego, bała się samej siebie, a tak naprawdę chciała czegoś doświadczyć, coś przeżyć, by mieć z czego czerpać. Już wie, czego nie chce.



Tworząc muzykę zaczynasz od bębnów. Słuchając twoich piosenek mam wrażenie, że każda ma swój puls. Rytm jest jak bicie serca?

Każda piosenka jest jak osobne życie, każda żyje innym rytmem. Ale też każdą zaczynam pisać mniej więcej w ten sam sposób – dobrze to nazwałaś, szukam jej wewnętrznego pulsu. Każdemu z utworów towarzyszą inne emocje – bicie mojego serca raz przyspiesza, inny razem zwalnia. To organiczne przeżycie. A stojąc na scenie odczuwam wszystko jeszcze intensywniej niż podczas pracy w studio. Dosłownie słyszę bicie własnego serca. Czuję też, że stoi za mną zespół; jesteśmy jak jeden organizm.

Debiutancka płyta „Mary Komasa” jest o dojrzewaniu do bycia kobietą.

Nie nagrałam tej płyty będąc nastolatką. Gdy miałam 19 lat pisałam inne piosenki, choć wstydziłam się pisać. Nie miałam tej świadomości co teraz i takiej siły przebicia. Przez długi czas wydawało mi się, że mam niewiele do powiedzenia. Zapamiętywałam ludzi, spotkania, chwile, ale bez mojego w nich udziału. Potem okazywało się, że dużo mówiłam... Może miałam blokadę na siebie? Do dziś nie wiem skąd ta nieśmiałość się brała?

Debiut pomógł mi pogodzić się z tym, że pewne etapy są już za mną. I że się zmieniam. Długo myślałam, że dorosłość mnie nie dotyczy.

A dzisiaj?


Mam dwadzieścia dziewięć lat. Mogę się pocieszać, że nie mam czterdziestu, a z drugiej strony wiem, że obecnie nie ma już takiej różnicy pomiędzy tymi rocznikami. To był najwyższy czas na debiut; na to, by coś usankcjonować, udowodnić, pokazać. Zostawić jakiś ślad. Za tym musiał pójść pewien rodzaj dojrzałości i odwagi, nie tylko artystycznej, ale i życiowej.

Ta płyta nie jest manifestem feministycznym, ale jest bardzo kobieca. To cała ja. Nie boję się silnego kontekstu: to opowieść młodej kobiety, żyjącej w Europie, mężatki, z bagażem doświadczeń. Tutaj są moje marzenia, lęki, błędy, wspomnienia. Dlatego tytuł: „Mary Komasa”.


Anja Rubik i Mary Komasa na Open'er Festival 2015

„Oh Lord” też jest z twojego życia?

Też. Oczywiście, każda z historii jest nieco podkręcona.

W „Oh Lord” zabijasz faceta.

Która z nas nie chciała ukatrupić swojego chłopaka, tak ją irytował, zezłościł, zawiódł? Chodzi o relację, nastrój chwili. Tej piosenki nie trzeba czytać wprost, często też chcesz coś zabić w sobie, by dodać sobie sił; zamknąć jeden rozdział, lub rozpocząć kolejny. Każdy nosi w sobie jakąś złość. We mnie też jest ciemna strona.

Antoni Komasa, twój mąż i współtwórca płyty powiedział, że album powstawał szybko, choć oboje długo do niego dojrzewaliście.

Nim skomponowałam pierwszy utwór, długo myślałam nad tym, jak to będzie wyglądać. Nie wiedziałam, co myśleć o procesie tworzenia. Sztuka? A co to znaczy? Kiedy poczuję, że nadszedł właściwy moment? Powinnam coś poczuć?

Już wiesz?

Tak. Ale to było dość abstrakcyjne i osobiste doświadczenie. Impuls, jak nauka chodzenia, jazdy na rowerze – nie wiesz gdzie jest początek. Może w innych dziedzinach sztuki jest podobnie? Jeśli przynieść malarzowi paletę i poprosić: namaluj coś, to on namaluje, ale od czego zacznie, trudno precyzyjnie określić.



„City of my dreams” jest piosenką, od której wszystko się zaczęło. Tego dnia napisałam jeszcze dwa utwory. Pomyślałam, że coś dziwnego się zadziało. Następnego dnia miałam próbę z zespołem. Przyniosłam trzy kompozycje, zaznaczając że według mnie to zwrot, jeśli chodzi o nasze dotychczasowe działania, ale chcę sprawdzić, dokąd nas ta wolta zaprowadzi. Zaczęliśmy grać „City of my Dreams” i „Angel Tears”, gdy nagle mój perkusista mówi, że, aby to dobrze zabrzmiało, musimy mieć ze trzy butelki whisky. Nie mieliśmy, więc zgraliśmy bez alkoholu. Udało się w sposób naturalny i niewymuszony. Whisky była potem.

Antoni ma rację, długo nam zabrało, by się zmobilizować, wszystko podporządkować płycie. Decydując się na taki projekt niemal podpisujesz deklarację – lojalności, współodczuwania, gotowości do poszukiwań. Nie ma już odwrotu. To był czas intensywnej pracy, choć nigdy nie było tak, że siadałam i wyciskałam z siebie piosenkę. Oby mi to zostało na kolejne projekty.

Co lub kogo słychać w oddali na twojej płycie? Czym się inspirujesz?

Głównie filmem, dużo oglądam. Słychać „Twin Peaks”, ale także horrory, które uwielbiam, rozczulają mnie – według mnie nie są to filmy straszne, raczej smutne, towarzyszy im zwykle piękna, melancholijna muzyka.

Na pewno nie mam jednego źródła. Częściej sięgam do przeszłości, nie inspiruję się tym, co aktualne, bo to byłoby wtórne. To nie jest płyta jazzowa, ale słychać na niej jazz. Słychać też gospel, bluegrass, blues, amerykański folk i rock. Gdy nad nią pracowałam ważny był dla mnie kontratenor Philippe Jaroussky oraz Bach i aria z jego Wariacji Goldbergowskich.

Ale wiesz co jest najśmieszniejsze? Pojawiają się różne komentarze dotyczące moich rzekomych inspiracji. Nie znam połowy rzeczy, o które się mnie posądza. Więc tak sobie czytam, a potem szukam tego w Internecie.

A o co cię nie posądzają, a tego słuchałaś i miało wpływ na ciebie?


Nie wstydzę się przyznać, że słuchałam Backstreet Boys. Wszystkie ich płyty były sciachane, kładąc się spać włączałam ulubioną piosenkę „Quit playing games with my heart”. Ale słuchałam również Ewy Demarczyk, do dziś to dla mnie największa i najważniejsza polska wokalistka, stawiam ją na równi z Billie Holiday. To są moje inspiracje, wiem że niektórych zaskoczą. Znajdą się w tym zbiorze artyści niepasujący do siebie, jak to powiedzieć... z innej ligi. Mozart był tak samo ważny jak David Bowie. Dla mnie w muzyce liczy się tylko, czy na mnie działa. To jedyne kryterium.

Podoba ci się ekspresja Ewy Demarczyk?

Bardzo ją cenię. Obejrzałam sporo jej koncertów, podobnie jak ona nie boję się nadekspresji podczas wystąpień. Fałszu także się nie obawiam. Jeśli robisz coś uczciwie – odsłaniasz się, a to się obroni. Chcę być naturalna, więc poddaję się emocjom na scenie: bywam dramatyczna, nieco teatralna, ale też bezbronna, wesoła, silna, sentymentalna. Jeśli moja muzyka nie będzie działać na mnie, nie będzie też działać na innych. Naiwne podejście? Mam z tego frajdę, wciąż jest we mnie wiele z dzieciaka, który się uczy, odkrywa. Nie chcę tego zgubić.

Byłam na twoim berlińskim koncercie. Trema?


Była. Dla mnie koncert to przede wszystkim przekraczanie barier – nie tylko emocjonalnych, także fizycznych. Schodząc ze sceny czuję się wykończona. Myślę tylko o jednym – co by zjeść? Jestem dość szczupłą osobą, po koncercie mam wrażenie, że niknę.

Widziałam zaskoczoną publiczność, szczególnie tych, którzy cię znają, a widzieli na scenie po raz pierwszy – delikatna, drobna blondynka obdarzona silnym, mocnym głosem.

Mam go po rodzicach. Moja mama śpiewała gospel, mój ojciec jest człowiekiem gór, został obdarzony bardzo silnym, „białym głosem” [śpiewokrzyk, technika wokalna typowa dla muzyki ludowej – przyp. red.]. Od dziecka wiedziałam, że mam mocny, czarny głos, byłam jego świadoma. W pierwszych nagraniach w studio wzięłam udział, gdy miałam cztery, pięć lat. W domu często brałam dezodorant do ręki, włączałam suszarkę i puszczałam strumień powietrza tak, by moje włosy były rozwiane jak na teledyskach Whitney Houston albo Mariah Carey. Chyba od najmłodszych lat wiedziałam, że będę piosenkarką.



Wiedziałaś, jednak bałaś się spełniania swoich marzeń?

Długo szarpałam się sama ze sobą. Musiałam nauczyć się siebie. Nie jest łatwo znaleźć drogę, gdy pochodzi się z takiej rodziny jak moja. Byłam tą, która nie ma planu na siebie.

U was każdy miał plan?

I każdy go realizował. Nie mówię o skrytych marzeniach, a o konsekwentnym działaniu. Janek od najmłodszych lat wiedział, że zostanie reżyserem. Simon, mój brat bliźniak, grał na wiolonczeli. Dzisiaj jest śpiewakiem operowym i mieszka w Nowym Jorku. A Zosia, moja młodsza siostra, studiuje na ASP, jest na Wydziale scenografii i kostiumografii.

Ty też zdawałaś na różne kierunki.

Przekleństwem było to, że na wszystkie się dostałam. Co z tego, skoro idąc na pierwsze wykłady, już wiedziałam, że nic z tego nie będzie. Bardzo szybko się zapalałam. Na przykład, poszłam na koncert Elżbiety Chojnackiej, która grała utwory Henryka Mikołaja Góreckiego na klawesynie. Zakochałam się w tej muzyce, stwierdziłam że zdaję na klawesyn. Po czterech miesiącach byłam już na wydziale, jednocześnie studiując antropologię, na którą zdałam wcześniej. Próbowałam wielu rzeczy, ale zawsze uciekałam.

Co na to rodzice?

Chyba byli załamani. Cierpliwość cechowała ich do pewnego momentu, potem się martwili. Wiedzieli że szukam, że coś chcę powiedzieć, ale nie wiem jak. A prawda była prosta, trzeba było usiąść przy pianinie i zacząć walić w jego bęben. Przyszedł moment, kiedy przestałam się bać. I właśnie o dochodzeniu do prawdy opowiada moja płyta. To nie jest jednak tylko kwestia odwagi. By móc czerpać z siebie, trzeba najpierw czegoś doznać. A co możesz przeżyć w kolejnych szkołach muzycznych?

Brakowało ci doświadczenia życiowego?

Prócz muzycznej ekstazy zaznałam niewiele. Od rana do wieczora siedzisz w klasie ćwicząc kolejne utwory, gamy, sekwencje. Nie masz czego przeżywać. W kim się zakochasz? W profesorze? W koledze, który gra na wiolonczeli...?

Nazbierałaś przeżyć?

Tak. Mieszkałam w różnych miejscach na świecie, pracowałam między innymi jako modelka. Ten czas, lub bezczas, był mi potrzebny. Nawet nie chodzi o to, że przyszedł moment, gdy poznałam czego chcę – raczej odwrotnie, poczułam, czego nie chcę. Wbrew pozorom, to bardzo dużo.

Ulga?

Przede wszystkim spokój. Nie ma już we mnie rozedrgania z przeszłości. Wiem, że nie muszę niczego udowadniać. Nagrałam płytę w zgodzie ze sobą, nikt mi nie narzucał jak mam śpiewać, jak się ubierać, czesać. Ogromnym wsparciem był dla mnie mój mąż – płyta powstała dzięki jego zaangażowaniu, wiedzy, cierpliwości. Poświęcił mi sto procent swojego czasu, a ma go niewiele. Jest mądrym, utalentowanym facetem, bez niego bym nie podołała. Pokazał mi, że wystarczy być sobą, pomógł uwierzyć w siebie. I za to mu dziękuję.



Rodzina szczęśliwa? Padło „wreszcie”?

Nie padło, ale wiem, że się cieszą, kibicują, są ze mną. Żeby jednak nie było tak laurkowo – jesteśmy wobec siebie krytyczni. Bywamy swoimi największymi fanami, z podobną pasją oceniamy. Jest między nami szczerość, potrafimy być okrutni, nie ma dyplomacji. Tak rozumiem rodzinę jako wspólnotę, bez ściemy.

Pytają mnie często, kiedy zrobię coś razem z bratem Jankiem. Mówię: gdy poczujemy, że nadszedł czas. Czy mam do niego żal, że nie wykorzystał moich utworów? Poprosił mnie o nie, przesłuchał je i powiedział, że mu nie pasują. Nie było obrazy z mojej strony – to jest uczciwość. Z kolei moja siostra Zosia zawsze dba o moje kostiumy, świetnie się rozumiemy.

A mama? Mama jest schowana. Mówi się o tacie, aktorze.


Nie wiem dlaczego. Mama Gina jest wyrazistą osobą. Podziwiam ją, potrafiła okiełznać czwórkę dzieci, każde z wyrazistym ego. Znosi nasze szczerości, jest zawsze na bieżąco, po równo daje od siebie każdemu ze swoich dzieci. Zrobi dla nas wszystko, nigdy nikogo nie zawiodła, zawsze mogliśmy na nią liczyć. Lubię ją obserwować, jest kopułą i opoką naszej rodziny. Dzięki niej możemy bujać w obłokach. Być może to jest najważniejszy fundament jaki wyniosłam z domu?

Nazywają was klanem.

Ostatnio przeczytałam, że mamy zakopaną kasę w podwórku. Klan? Niektórzy mówią mafia. Brzmi dumnie! Wiesz dlaczego? Często, gdy jest liczna rodzina, dzieci w momencie wejścia w dorosłe życie uciekają w świat. Drogi się rozchodzą, nikt nie ogląda się za siebie. U nas jest inaczej – ja w Berlinie, Simon w USA, a ciągle jesteśmy blisko. Wracamy do siebie, tęsknimy za sobą. Nie ma dnia, żebyśmy nie rozmawiali. Kłócimy się, ale uwielbiamy to: i kłótnie, i rozmowy, po prostu wspólne bycie: troskę, radość, dumę, złość. Ta świadomość daje ogromną siłę. Może dlatego tak lubię do domu rodzinnego wracać.

A twój dom dziś to już Berlin czy jeszcze warszawski Grochów?

Aktualnie dom jest w walizce. Potrafię się szybko pakować, walizka zawsze stoi przy łóżku. Lubię moje życie w podróży. A idea domu... jest cały czas ze mną. Noszę ją w głowie i sercu.


Rozmawiała: Anna Serdiukow



© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!