Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Bezkarna i krucha

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Bezkarna i krucha

Bezkarna i krucha

Jej aktorski potencjał docenili Paul Mazursky i Woody Allen. Z powodzeniem występowała nie tylko w amerykańskich filmach, ale także na Broadwayu. Zawsze jednak czuła się związana z Polską i gdy tylko nadarzyła się okazja, porzuciła Nowy Jork dla Warszawy. Teraz, brawurową kreacją w debiutanckiej "Nocy Walpurgi" Marcina Bortkiewicza, pokazuje ogrom aktorskiego talentu, który przez lata czekał na znakomity, "szyty na miarę" scenariusz. O emigracji, kontynentalnym akcencie i bezkarności rozmawiamy z Małgorzatą Zajączkowską.


Robienie z Tobą wywiadu to trochę dziwna sprawa, biorąc pod uwagę to, że osią fabuły „Nocy Walpurgi” jest właśnie wywiad, którego udzielasz w operowej garderobie. Na ile Ty udzielając teraz wywiadu jesteś Norą, a na ile masz dystans do tej postaci?


Mam dystans i to już od jakiegoś czasu, ale teraz przychodzi jakaś chwila refleksji, no bo wiadomo, jeśli się kreuje postać, to robi się to na podstawie siebie. Czyli te wszystkie złe czy pokrętne strony gdzieś tam w Tobie są. Bardzo często ich nie uruchamiasz, a jeśli nie uruchamiasz, to nie wiesz, że je masz. Nora uruchomiła we mnie taką ciemną stronę Małgosi, o której nawet nie wiedziałam, że jest. Wydaje mi się, że jestem osoba dosyć empatyczną, a tutaj musiałam pozbyć się tej cechy. Mogłam poczuć się bezkarna. Była to dla mnie w pewnym sensie terapia i coraz bardziej sobie pozwalałam na taką bezkarność.

Ta bezkarność i takie uwalnianie siebie to też proces, który nie zadział się od tak, ale był budowany przez wiele miesięcy.

Mieliśmy trzy miesiące prób i tak pomału odważałam się być Norą, ale nie mogłam tylko pracować na linijkach Nory. Musiałam być taka w życiu, żeby to stało się organiczne. I ten proces był najdłuższy.

Gdzie poza scenariuszem szukałaś inspiracji do budowania tej postaci?

W sumie oparłam się na dwóch postaciach. Oczywista tu jest Maria Callas, bo szukałam divy operowej. Szukałam na youtube jej wywiadów i wtedy Marcin mi powiedział: ale ty nie szukaj Callas z wywiadów, tu nie chodzi o jej twarz publiczną. Ona słynnęła ze swojego temperamentu. Szukaj Callas, której publiczność nie zna. Okazało się, że są fantastyczne materiały o Callas, która odkrywa właśnie tę twarz, której nie chciała pokazać prasie, łącznie z paleniem papierosów. Z tego okresu, kiedy wyrzucono ją z opery za robienie awantur, za pobicie koleżanki… Patrzyłam na jej oczy, patrzyłam na jej grymas twarzy, jak to nie współgra z tym pięknym futrem, fryzurą, diamentami i image’em, który chciała zachować i nie dała rady. Drugą postacią była Simone Signoret i… nie potrafię ci wytłumaczyć dlaczego. Przeglądałam różne twarze aktorek i patrząc na nie różne rzeczy sobie wyobrażałam. Patrząc na twarz Simone Signoret nagle zobaczyłam, że ona jest osobą niezwykle tajemniczą, to jest moja interpretacja, że jest bardzo mocną osobą, ma wiele tajemnic, a jednocześnie jest szalenie krucha. Jak w pancerzu, złoty ptaszek. Oglądałam fragmenty jej filmów i wyobrażałam sobie, co ona wtedy mogła myśleć. To mi bardzo rozwijało wyobraźnię. Także szukałam, nie chcę używać tego określenia, ale bezkarnej osoby, która jest bardzo krucha i wybudowała sobie taki pancerz, że jej nic nie dotyczy.

Nora jest postacią, która ucieka przed przeszłością, jest to swoisty rodzaj imigracji artystycznej, ale też bardzo osobistej.

W pewnym momencie Nora mówi do Roberta, że potrzebuje towarzystwa. Nie umie być sama. Za dużo wtedy myśli. W związku z tym jej liczne romanse, to jej otaczanie się ludźmi.


Z Marcinem Bortkiewiczem i Philippem Tłokińskim na planie "Nocy Walpurgi"

Wspominam o jej imigracji, która jakby wynika bezpośrednio z II wojny światowej i rzeczy, które przeżyła, żeby zapytać Ciebie o twoją imigrację. Wyjechałaś z Polski w 1981 roku.

Wyjechałam na wycieczkę do Paryża na kilka dni i dowiedziałam się, że ogłoszono stan wojenny. Nie można było wtedy wrócić do kraju. Jak już można było wrócić, spotkałam Agnieszkę Holland. Chciałam się z nią spotkać, bo miałam w pamięci wszystkie imigracje. Ten jeden dzień zadecydował o wszystkim, bo dostałam stypendium Forda, epizod w filmie francuskim i tak zaczęłam być w tej Francji, wiedząc, że na pewno wrócę kiedyś do Polski. Co chwila próbowałam wracać, przez Czerwony Krzyż wysyłałam już raz czy dwa razy swoje rzeczy do Polski. Ale zawsze coś sprawiało, że zostawałam. A potem poznałam mojego męża. I Postanowiłam jechać z nim do Stanów. Ale nigdy nie myślałam, że będę tam pracowała w zawodzie.

Zanim w Stanach zobaczyliśmy cię na ekranie, trochę to trwało.

Tak. Przyjechałam wtedy do Polski na wakacje i udało mi się zrobić kilka rzeczy w polskim teatrze. Zrobiłam spektakl z Barbarą Borys-Damięcką, z Maćkiem Wojtyszką. Nie byłam więc kompletnie odłączona od zawodu, ale to były takie desery. Potem przyszedł Paul Mazursky i po trzech latach zaczęła się moja praca w Stanach.

Bohaterka, którą grasz we „Wrogach” Mazurskiego też jest imigrantką, można powiedzieć grasz, może nie siebie, bo to jest za dużo powiedziane….

Na pewno bliższa mentalnie była mi w tamtym okresie Jadwiga z „Wrogów” niż Nora. Wtedy nie udźwignęłabym Nory. Wydaje mi się, że to byłoby absolutnie niemożliwe. Myślę też, że żeby zrozumieć Norę kilka rzeczy w życiu, oczywiście nie tak traumatycznych, nie tak dramatycznych, ale trzeba było przez coś przejść, żeby postać Nory odegrać.


Z Marcinem Bortkiewiczem na planie "Nocy Walpurgi"

Interesuje mnie ta rola u Paula Mazurskiego, bo film „Wrogowie” jest praktycznie w Polsce nieznany.

Niestety nie miał premiery w kinach w Polsce...

Tak, natomiast zagrałaś tam ze sławami takimi jak Angelica Huston, Ron Silver, Lena Olin. Trzy wielkie nazwiska, do tego wielka powieść. Singer to jeden z czołowych nowojorskich pisarzy…

Zauważ, że wszystko jest, dwór, spuścizna, jego opowiadania, to wszystko dzieje się w Polsce. „Wrogowie” dzieją się w Stanach, w Nowym Jorku, ale jednak jest odnośnik do Polski.

Można powiedzieć, że skoczyłaś na głęboką wodę. Nagle wskoczyłaś do filmu ze świetnym scenariuszem, obok hollywoodzkich gwiazd. Jak to się stało, że nie zjadła Cię wtedy trema?

Troszeczkę to wynikało z tego, jacy oni byli i jaki był Paul Mazursky. Był tak nami wszystkimi zachwycony i uważał, że każdy aktor był potrzebny, że bez niego nie dałby rady. Do każdego z nas miał to samo podejście. Tak samo producent. Myśmy byli przez ten czas taką wielką rodziną. Nie czułam żadnej różnicy, kompleksu wynikającego z tego, że nie mam akcentu angielskiego, czy z czegoś innego.

Przełom lat 80. i 90. to czasy prężnego środowiska polonijnego. Elżbieta Czyżewska, Janusz Głowacki, wiele osób wtedy funkcjonowało w Nowym Jorku.

Mnie się tak życie ułożyło, że nie uczestniczyłam w życiu polonijnym, bo dostałam pracę w środowisku amerykańskim, co od razu mnie przesunęło. Miałam oczywiście kontakt z rożnymi osobami, Przyjaźniłyśmy się Ewą Zadrzyńską, wówczas żoną Janusza Głowackiego. Ewa pisała wtedy w New York Timesie, Janusz miał premierę na Broadwayu i to raczej były te rejony. Nie wynikało to z tego, że ja sobie powiedziałam „nie”, tylko tak się to po prostu układało. Natomiast jeśli chodzi o Elżbietę Czyżewską to bardziej fascynowały mnie opowiadania o niej niż spotkania z nią.


Na planie "Nocy Walpurgi"

Ty również otarłaś się o Broadway.

Przez siedem i pół miesiąca graliśmy z Frankiem Langellą farsę „Present laughter” i to była wielka przygoda. Osiem razy w tygodniu - poniedziałki były wolne, natomiast w środę i w sobotę graliśmy podwójne przedstawienia. Bardzo dumna jestem z tego, że jako jedyna polska aktorka wystąpiłam na Broadwayu-Broadwayu. Jeśli chodzi o doświadczenia amerykańskie, to jest to coś, co najbardziej rozmiękcza mi serce.

Jak do tego doszło, że tam trafiłaś?

Spotkałam pewną starszą aktorkę węgierską, która powiedziała mi, że super, że gram w filmach, ale o teatrze ze względu na akcent nie może być mowy. Jak to usłyszałam, to zadzwoniłam do swojego agenta i powiedziałam „Richard, chyba jestem gotowa na próby w teatrze”. I tak to poszło, że chwilę później dostałam główną rolę.

Twój „epizod filmowy” w Nowym Jorku nie kończy się na "Wrogach", bo za chwilę jest Glenn Close i Christopher Walken w serii telewizyjnej „Rodzina Sary”

Byłam takim dziwolągiem, który miał ostry akcent polski. Po „Wrogach” mój agent dostawał dla mnie mnóstwo propozycji, ale wszystkie były wariancją na temat pewnej sceny z „Wrogów”, w której panikuję na widok Angeliki Huston, którą biorę za ducha. Odrzucaliśmy te propozycje, czekając na coś ciekawszego i nagle zadzwoniła Glenn Close, mówiąc, że widziała „Wrogów” i bardzo chciałaby mnie spotkać na planie. A że była producentem wykonawczym „Rodziny Sary” to zaproponowała mi rolę. Potem przyszły inne propozycje telewizyjne. Grałam w soup operze i myślałam, że zwariuje, bo codziennie kręci się jeden odcinek, który ma 50 minut. No a potem była propozycja od Woody’ego Allena. To jest o tyle zabawne, że u Woody Allena miałam zdjęcia próbne nie do tego filmu, w którym w końcu zagrałam. Miał robić film z Madonną, ale się nie dogadali i film nie wyszedł. I tak trafiłam do „Strzałów na Broadwayu”..

Allen to fenomen. Nikt mu w Ameryce nie odmawia.

U Allena film powstaje na stole montażowym. My po pół roku musieliśmy całkowicie przekręcić scenę, w której wystąpiłam. Bo Allen stwierdził, że nie odpowiada mu to, w jakiej konfiguracji siedzimy przy stole.


Z Marcinem Bortkiewiczem i Philippem Tłokińskim na planie "Nocy Walpurgi"

Co sprawiło, że postanowiłaś wrócić?

Na początku jesteś zauroczony, że ktoś Cię w ogóle chce tam. Potem, że grasz z takimi nazwiskami klasy A. Ale ciągle jesteś tą garbatą siostrą, bo masz akcent. Chodziłam do takiego faceta, który zrobił mi akcent kontynentalny. Nikt nie mógł powiedzieć, czy jestem Szwedką, Dunką, Polką, ale ciągle jest to akcent. I nic z tym nie możesz zrobić. Poza tym rozwiodłam się z mężem i to też wpłynęło na to, że zdecydowałam, że czas wracać.

Wróciłaś do Polski i co? Z takiego profesjonalnego, w pełni zorganizowanego przemysłu filmowego, nagle trafiłaś w dość nieciekawy moment polskiego kina. Lata 90, kinematografia rozłożona na łopatki…

Było to dla mnie zaskoczeniem. Przed wyjazdem bardzo dużo grałam w teatrze i w Stanach też grałam w teatrze, wiec myślałam, że z tym doświadczeniem w filmie czy w telewizji będzie mi może trudno, natomiast myślałam, że wskoczę do teatru. Ale gdziekolwiek poszłam, nikt mnie nie chciał. Dostałam, jak to się mówi, w ryj. No i co teraz robić? Płakać? Nauczona doświadczeniem amerykańskim wzięłam sprawy w swoje ręce. Przetłumaczyłam taką sztukę dwuosobową, którą zagraliśmy z Krzyśkiem Kolbergerem. Brakowało mi sceny, więc sobie coś wymyśliłam. Potem zrobiłam monogram „Matematykę miłości”, którą grałam ją w Buffo. Potem przyszły seriale i film „Pogoda na jutro” Stuhra. Był taki moment, że na przyjęciach wszyscy mnie chcieli, bo byłam misiem kolorowym, ale zawodowo tak było średnio. To, że zaczęłam pracować w serialach, sprawiło ludzie zaczęli mnie rozpoznawać. Dzięki temu, jak robiliśmy teatr, nasze twarze nie były twarzami anonimowymi.

Z tej serialowej rzeczywistości wyłowił Cię nikomu nie znany Marcin Bortkiewicz.

Miałam to szczęście, że Marcin znał „Wrogów” i widział moje filmy i przedstawienia sprzed stanu wojennego. Poznaliśmy się na urodzinach Julii Kolberger, po czym Julka do mnie zadzwoniła, że „ciociu taki mój młody kolega robi film Studio Munka półgodzinny debiut i pytał się czy może scenariusz do cioci przysłać”. Powiedziałam, żeby wysłała mu mój numer. I do dzisiejszego dnia Marcin ma mnie w telefonie zapisaną jako ciocia Zając (śmiech) Jak przeczytałam ten półgodzinny film, od razu zapytałam, kiedy chce kręcić, bo jestem absolutnie gotowa. Także krótki film był dla nas sprawdzianem czy będziemy dalej pracować i czy możemy się zaprzyjaźnić? Tak się stało.

Marcin mówi, że napisał „Noc Walpurgi” z myślą o tobie.

O mnie i o Philippie. To jest szyte na miarę, jak to mówią. Mieliśmy sześć tygodni prób. We trójkę wyjechaliśmy razem do Dźwirzyna, chodziliśmy razem na piwo. Poznawaliśmy się przez trzy miesiące, by zacząć działać jak jeden duży organizm.

Po zdjęciach postanowiłaś obejrzeć spektakl, który był podstawą do scenariusza.

Magdalena Gauer napisała monogram „Diva”, który w Teatrze Rondo w Słupsku fenomenalnie wyreżyserował Stanisław Miedziewski, a zagrała genialnie Wioleta Komar. Bardzo dużo rzeczy jest wspólnych, ale temat został ugryziony z kompletnie innej strony. Trudno porównywać monogram z filmem dwuosobowym. Marcin i operator Andrzej Wojciechowski pracowali na tym, żeby to uatrakcyjnić filmowo. Myśmy tylko wykonywali swoje zadania, a oni kombinowali z ujęciami filmowymi.

A co wśród tych zadań było dla ciebie najtrudniejsze?

Tak, jak już mówiłam, bezkarność, niezwracanie uwagi: siadam gdzie chcę, robię, co chcę, kładę nogę gdzie chce i nie interesuje mnie, co myślą o mnie inni, jak mam swoje rzeczy do zrobienia. Jestem miła, ale do momentu, kiedy dostaje, co chcę, potem mogę wybierać albo jestem miła albo mnie to nie interesuje. Następna rzecz, Nora, w ogóle nie zwraca uwagi na swoją fizyczność. Ją nie interesuje czy się komuś spodoba czy nie. Trudne było też to, żeby ta bezkarność psychiczna przeniosła się też na bezkarność fizyczną. Nie interesuje mnie jak siadam, jak w masce, bez maski. Mnie to nie interesuje. Fantastyczna ekipa bardzo pomogła mi w tym zaakceptowaniu Nory. Pomogła mi ją trzymać i nią być.


Z Marcinem Bortkiewiczem na planie "Nocy Walpurgi"

„Noc Walpurgi” to jeden z niewielu przypadków scenariuszy pisanych pod konkretną obsadę. Dlaczego jest tak niewiele tekstów wykorzystujących potencjał i doświadczenie dojrzałych aktorów, jak to ma miejsce w tym przypadku?

Zauważałam, że o dojrzałych ludziach częściej robią filmy ludzie młodsi. Nie wiem, dlaczego. Dojrzali ludzie często, nie zawsze, nie są zainteresowani dojrzałością. Traktują dojrzałość, jako pewnego rodzaju margines. W kinie u ludzi młodych częściej widzę właśnie gdzieś fascynację dojrzałością, związaną z doświadczeniami, których z racji wieku do pewnych rzeczy się dochodzi. Nie wiem, ale w tym kinie widzie o wiele więcej rozpisanych, dojrzałych ról i dla mężczyzn i dla kobiet niż w kinie u kolegów dojrzałych. Mówienie tego jest też pewnego rodzaju sztampą, ale tak jest.

„Noc Walpurgi” powstawała w przyjacielskich warunkach, przy bardzo skromnym budżecie, ale za to ogromnym zaangażowaniu i nakładzie pracy. Jak byś się poczuła, gdyby zaraz po premierze Wasz film trafił do pirackiego obiegu?

Myślę, że poczułabym się jak osoba, do której przyszedł złodziej i ją okradł.


Rozmawiał: Rafał Pawłowski
Fot. Sylwia Pakulska




© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!