Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Jestem trochę jak maitre d'hotel

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Jestem trochę jak maitre d'hotel

Jestem trochę jak maitre d'hotel

Nie ma chyba drugiej osoby, która miałaby tak wielki wkład w rozwój środowiska filmowego na Pomorzu. Sam mówi, że napędza go miłość do filmu. Od 16 lat współtworzy Festiwal Filmowy w Gdyni dzierżąc stery dyrektora organizacyjnego. To jednak nie wyczerpuje jego ambicji, dlatego powołał do życia Gdyńską Szkołę Filmową, która jest pierwszą tego typu placówką w północnej Polsce. O historii gdyńskiej imprezy i przemianach, jakim ulegała w ostatnich kilkunastu latach, wyzwaniach i troskach, przy okazji jubileuszu 40-lecia Festiwalu Filmowego w Gdyni, rozmawiamy z dyrektorem Festiwalu Leszkiem Kopciem.



Czym jest dla Pana 40-lecie Festiwalu w Gdyni? Czy w związku z rocznicą odczuwa Pan większy stres niż zazwyczaj?


Stres może nie, ale rzeczywiście program jest bardzo bogaty i przysparza nam więcej pracy niż zwykle. Konkurs Główny, Inne Spojrzenie, Kino Młode i wreszcie Krótkie Filmy Fabularne, wszystko to są konkursy obsługiwane przez trzy zespoły jurorskie i to już jest dość znaczna porcja filmów, prawie w 70 procentach premierowo pokazywanych na festiwalu. Poza tym w programie znalazło się kilkadziesiąt imprez towarzyszących. Mnóstwo prezentacji, warsztatów, master classów, promocji książek, wystaw i sekcji dodatkowych, pozakonkursowych przypominających dzieła klasyki powojennej i przedwojennej. Myślę, że to bardzo atrakcyjna propozycja dla widzów, dla uczestników, dla gości.

Kwestie programu to przede wszystkim domena dyrektora artystycznego Michała Oleszczyka, natomiast Pan jest "mózgiem" całego Festiwalu.

Podział kompetencji jest między nami taki, że Michał zajmuje się głównie programem i nadzoruje to wszystko, co wiąże się z jego realizacją. Wymyśla lub akceptuje również te dodatkowe punkty programu, które są poza konkursami, ustalonymi kolegialnie przez Komitet Organizacyjny. Ja natomiast przede wszystkim muszę przypilnować całości spraw organizacyjnych. Zważywszy na moje doświadczenie i wieloletnią pracę przy Festiwalu, czuję się już jak mentor, który dba o to, by wszystko zadziałało sprawnie i wspiera wspaniałą, młodą ekipę pracującą z wielkim entuzjazmem.

Festiwal, w którym uczestniczy publiczność w Gdyni trwa zaledwie tydzień. Ale ile tak fizycznie zajmuje Wam przygotowanie do tego wydarzenia?

Praktycznie cały rok. Taka rewolucja organizacyjna nastąpiła dopiero sześć lat temu, kiedy poprosiliśmy ówczesnego Ministra Kultury, Bogdana Zdrojewskiego, aby zgodził się na to, by główna część ekipy organizującej festiwal to nie było pospolite ruszenie zwoływane raz w roku. Ponieważ jesteśmy Fundacją, organizacją pozarządową i nie stać nas zbyt wiele etatów, potrzebowaliśmy zgody współorganizatorów na zatrudnienie ekipy na stałe zajmującą się Festiwalem. Praktycznie po zamknięciu drzwi i wyprowadzce z Teatru Muzycznego - głównego pałacu festiwalowego, już w październiku zaczynamy myśleć o następnej edycji.

     Leszek Kopeć i Michał Oleszczyk, fot. Wojciech Rojek

To już 16. Festiwal, przy którym Pan pracuje. Przez ten czas sporo się zmieniło.

W 1999 roku, kiedy pierwszy raz zetknąłem się z Festiwalem, jako współpracownik, pamiętam taki smutny obraz imprezy, która miała mniej czy bardziej, ale jednak zasłużoną opinię niszowej, niewielkiej, hermetycznej, skierowanej głównie do polskiego środowiska filmowego - także, jako uczestników i widzów. Produkowano wtedy rocznie 14 - 18 filmów fabularnych. Z czego połowa robiona była przez Telewizję Polską. Na siłę wyszukiwano produkcji 50-minutowych, które można by było włączyć do programu. Nie było selekcji, bo nie było po co jej robić. A budżet roczny Komitetu Kinematografii wynosił jakieś 16 mln złotych. Za te pieniądze można było zrobić może 5 filmów fabularnych. To wszystko trwało parę lat i dopiero w 2005 roku, po uchwaleniu przez Sejm nowej ustawy o kinematografii, stworzeniu struktur Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, sytuacja radykalnie zaczęła się zmieniać. Już po roku odczuliśmy skutki tych zmian. Pojawiło się około 30 filmów fabularnych, konieczna była selekcja do konkursu, bo za wiele było tych filmów i nie wszystkie były udane. W związku z tym dało się też odczuć pewien rodzaj niezadowolenia środowiska, że Festiwal zamienia się w imprezę, która nie jest przeglądem kompletnego rocznego dorobku kinematografii polskiej, tylko jednym z wielu festiwali, które wybierają sobie filmy do konkursu. No, ale ta selekcja była konieczna także z takiego powodu, że gdy pokazywaliśmy 26 filmów w konkursie, z czego 6-8 było bardzo udanych, a reszta średnich i słabych, to większość widzów wyjeżdżała z przekonaniem, że polskie kino nie jest dobre. W momencie, kiedy pierwszą taką selekcję zaproponował, drugi w mojej historii, dyrektor artystyczny Mirek Bork, a zaraz po nim bardziej zdecydowanie Michał Chaciński, okazało się, że gdy wybieramy kilkanaście filmów, to duża część z nich jest interesująca i wszyscy mają przekonanie, że kino polskie ma się dobrze. Co zresztą rzeczywiście nastąpiło, bo ta ilość, czy może większa różnorodność przerodziła się w jakość. Równolegle, już od 2000 roku zaczęła się organizacyjna ewolucja festiwalu zmierzająca do tego, aby był on jak najbardziej otwarty dla szerokiej publiczności. Skorzystaliśmy z okazji, że powstało kino wielosalowe w Gdyni, wyświetlaliśmy też tytuły festiwalowe w całym Trójmieście, a nawet poza nim - w Wejherowie, Lęborku, Starogardzie Gdańskim, Elblągu. Z sześciuset gości i z kilku tysięcy widzów w 2000 roku, po kilku latach okazało się, że Festiwal przyciąga ponad 2, 5 tysiąca gości z Polski i zagranicy i 40 tysięcy widzów. I robi się całkiem spora impreza. Jak byłem dwa lata temu z naszym filmem z Gdyńskiej Szkoły Filmowej na Festiwalu w Cannes, usłyszałem ciekawy komplement - a wy tam w Gdyni też macie takie małe Cannes - powiedziała mi jedna z pracownic biura organizacyjnego. Bardzo to było miłe.

Pan jednak z Trójmiastem związany jest od zawsze. Czy jako student brał Pan udział w Festiwalu, który odbywał się wówczas jeszcze w Gdańsku?

Dwa razy udało mi się dostać wejściówkę. Raz w tym znaczącym roku 1977, kiedy film Andrzeja Wajdy, jak legenda głosiła otrzymał główną nagrodę, a potem Jury pod wpływem nacisków politycznych zrezygnowało z tego werdyktu i przyznało nagrodę Krzysztofowi Zanussiemu, który z kolei nie chciał jej odebrać, robiąc w ten sposób ukłon w stronę Wajdy... Byłem świadkiem wręczania Andrzejowi Wajdzie cegły na schodach Naczelnej Organizacji Technicznej w Gdańsku, która była wówczas główną siedzibą Festiwalu. To było wielkie przeżycie. Wszyscy czuliśmy, że schyłek lat 70. zapowiada poważne zmiany polityczne. Działała już bardzo silna opozycja KOR-owska i Wolne Związki Zawodowe. Filmowcy bardzo aktywnie włączali się w nurt myślenia o tym, że w Polsce trzeba dokonać poważnych zmian.

Z tego, co wyczytałem, od zawsze jest Pan kinomanem.

Tak, choć w pierwszych dwudziestu latach mojego życia zawodowego bardziej związany byłem z literaturą. Ale wszyscy w młodości, co pewnie wynikało z jakieś tęsknoty za szerokim światem, byliśmy kinomanami. Już mając 11-12 lat potrafiliśmy z kolegami pięć razy w tygodniu chodzić do kina. Przemykać się gdzieś bez biletów dzięki znajomości z bileterkami, bo nie stać nas było na to, by codziennie je kupować. I oglądaliśmy te same filmy po kilka razy. Zwłaszcza, jak się pojawiły filmy z francuskiej Nowej Fali czy włoskiego Neorealizmu. Gdy już byłem na studiach, okupowaliśmy salę, którą kierował w legendarnym klubie studenckim Żak, Lucjan Bokiniec - zresztą założyciel i pierwszy dyrektor Festiwalu w Gdyni - i tam oglądaliśmy filmy. Więc pewnie kilka tysięcy filmów w życiu obejrzałem, ale działo się to głównie we wczesnej młodości.

Co zresztą nie było tak łatwe, jak dziś. Dostęp do filmów był przecież mocno reglamentowany.

No tak, ale chyba w drugiej połowie lat 70. Hybrydy zainicjowały taki program, który nazywał się Konfrontacje Filmowe. I my jako studenci dostawaliśmy jakąś pulę wejściówek, czy też mogliśmy kupić bilety bez kolejki, która ustawiała się już od 4 rano pod kinami. Grane były filmy z całego świata. Czekało się cały rok na te dwa, trzy tygodnie tego objazdowego programu.

Ta miłość do kina przekuła się na to, że związał się Pan z branżą filmową. Ale zanim zaczął Pan szefować Gdyni, był Pan związany z Instytucją Neptun Film.

To było równoległe. Reforma administracyjna zapoczątkowana w 1998 roku przez rząd Jerzego Buzka spowodowała, że siedem wielkich państwowych instytucji filmowych: Neptun-Film, Max-Film, Amber-Film, Silesia-Film itd. przydzielono marszałkom nowopowstałych województw. Władze województwa pomorskiego postanowiły znaleźć nowego dyrektora Instytucji. Wybór padł na mnie i wówczas automatycznie, ponieważ Neptun Film był producentem i realizatorem Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, w naturalny sposób zostałem jego producentem. Dyrektorem był wówczas Ryszard Kirejczyk, a dyrektorem artystycznym Maciej Karpiński. A od 2002 roku już nie jako producent, ale jako dyrektor pracuję do dzisiaj przy Festiwalu.


fot. Sławomir Pultyn

Od lat 90. Trójmiasto bardzo się zmieniło. Z jednej strony mamy Gdynię z rosnącą cały czas infrastrukturą około festiwalową, a z drugiej - no właśnie - Neptun Film to już tylko wspomnienie... Kilka miesięcy temu niestety z mapy Gdańska zniknęło kino Neptun, które przed laty było siedzibą Festiwalu.

To była dość smutna uroczystość, podczas której wyświetlono film ze Zbyszkiem Cybulskim "Do widzenia do jutra" Janusza Morgensterna z takim symbolicznym pożegnaniem, stanowiącym też najbardziej sentymentalną kwestię z tego filmu. Stało się tak dlatego, że cały Neptun Film został w 2005 roku sprzedany przez władze samorządowe. Ta instytucja nie wytrzymywała konkurencji z multipleksami. A nie nastąpiło wtedy jeszcze, przepowiadane zresztą przez część środowiska filmowego i ówczesny zarząd Neptun Filmu, odrodzenie kin studyjnych - tak, jak stało się to w zachodniej Europie. Niestety ja nie doczekałem tej zmiany. Postanowiono sprzedać instytucję, by nie narażać się na straty. Ale jeszcze przez następne lata był prowadzony obiekt Gdańskiego Centrum Filmowego, czyli kin Kameralne, Helikon i Neptun - największa sala kinowa w Polsce - 1150 miejsc. Ale to pożegnanie ma też akcent optymistyczny. Z jednej strony zamknęło się kino, które wielu gdańszczan wspomina z wielkim sentymentem. Będzie przebudowane na hotel, w którym zostanie ocalona jedna sala kinowa, która ma mieć charakter studyjny. A z drugiej strony, wypełniając tę trójmiejską lukę, zbudowano Gdyńskie Centrum Filmowe, do którego powstania impuls dała w jakimś stopniu Gdyńska Szkoła Filmowa, a pomysłodawcą lokalizacji i ogólnej koncepcji programowej był Prezydent Miasta – Wojciech Szczurek. Nie jest to obiekt zbudowany wyłącznie na potrzeby szkoły, która jest kameralna, prowadzi na razie Wydział Reżyserii i jest partnerem filmoznawstwa na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Gdańskiego, a także otwiera drugi kierunek - Producentów Form Audiowizualnych. GCF mieścić będzie trzy bardzo nowoczesne, wyposażone w doskonałe projektory 4K i świetny dźwięk, sale kinowe, które będą grały głównie studyjny repertuar, nie stroniąc oczywiście od bardziej ambitnego komercyjnego repertuaru, o ile spełnia on oczekiwania wymagającej publiczności.



Wspomniał Pan Gdyńską Szkołę Filmową, którą powołał Pan do życia. To chyba pierwsza w historii polskiej edukacji filmowej placówka w północnej Polsce. Dotąd granica szkół filmowych kończyła się na Warszawie.

To prawda. Pomysł zrodził się z Pomorskich Warsztatów Filmowych. Gdy już w 2005 roku sprzedano Neptun Film i kiedy trzeba było coś zrobić z Festiwalem, nie bardzo chciały się władze i organizatorzy zgodzić, aby on został przeniesiony do prywatnej firmy, która miała charakter deweloperski i nie bardzo interesowała ją działalność filmowa i kinowa. Postanowiono utworzyć więc Pomorską Fundację Filmową, która miała za zadanie realizować Festiwal Filmowy w Gdyni. Ale trochę mało nam było tych zajęć związanych z festiwalem i Jerzy Rados wymyślił ogólnopolskie warsztaty filmowe. To była taka edukacja paromiesięczna skupiona na tym, by ściągnąć młodych ludzi w systemie zaocznych, weekendowych zajęć i uczyć ich wszystkich podstawowych etapów powstawania filmu w sposób praktyczny. Pisali wspólnie scenariusz pod kierunkiem Grzegorza Łoszewskiego, a potem albo Robert Gliński, albo Wojtek Marczewski lub Ryszard Bugajski opiekowali się preprodukcją i realizacją planu filmowego, a Milenia Fiedler - montażem. To działo się tak od 2006 roku do 2010. W pewnym momencie, w trakcie programu telewizyjnego na temat tych warsztatów, padło pytanie a dlaczego właściwie nie założyć w Gdyni szkoły filmowej? Poszliśmy z Robertem Glińskim do prezydenta Gdyni i powiedzieliśmy, że jest taka idea. Długo się nie zastanawiał, trwało to kilka miesięcy. Miasto znalazło wstępny budżet dla finansowania takiej szkoły. No i zaczął się piękny rozdział małej, kameralnej, nastawionej na nauczanie warsztatu praktycznego, szkoły. Efekt był taki, że już po 2,5 roku pierwsi absolwenci zdobyli około 30 nagród na festiwalach międzynarodowych. Byliśmy nominowani do Złotej Palmy w Cannes, ale też wszystkie inne laury pokazały, że taki odmienny od innych systemu akademickiego, tryb edukacji, jednak się sprawdza. Myślę, że nie bez znaczenie jest, iż wykładowcy dostali bardzo szerokie kompetencje i mogą realizować swój autorski program. I nikt się im za bardzo do ich koncepcji nie wtrąca. Pilnujemy tylko jako dwuosobowa, skromna dyrekcja, by realizowana była ramowa struktura stworzona przez Roberta Glińskiego. To pierwszy taki wyróżnik w stosunku do innych form edukacji. Drugi jest taki, że studenci spędzają w szkole praktycznie całe dnie i noce. To jest taki trochę zakon. Jak rano przychodzą na 9 czy 10 na zajęcia to wychodzą o 21 czy 22. Mimo, że formalnie zajęcia trwają 8 godzin z przerwą na obiad. Wykładowcy, którzy przyjeżdżają do nas z Łodzi i z Warszawy i przebywają tu kilka dni też właściwie nie wychodzą ze szkoły. Spędzają ze studentami wieczory, ciągle dyskutują, są niesłychanie zaangażowani w proces powstawania na pierwszym roku trzech-czterech krótkich etiud, a na drugim cyzelowanego przez rok a czasem półtora dyplomu czyli krótkiego filmu fabularnego 15-30 minutowego lub dokumentalnego. Niektórzy absolwenci realizują nawet dwa dyplomy: fabularny i dokumentalny. Jest tu jakieś niesłychane zaangażowanie wynikające być może trochę z tego, że jest to inne środowisko, że Pomorze to taka dziewicza, niezagospodarowana ziemia jeśli chodzi o film i środowisko filmowe, którego tu praktycznie nie było.

Jeśli mówimy o edukacji filmowej, to warto przypomnieć, że wspomniane kino Neptun i ludzie z nim związani mieli duży wkład w tę edukację organizując co roku Ogólnopolski Konkurs Wiedzy o Filmie.

Wspaniała impreza, która od 25 lat gromadzi w eliminacjach powiatowych i wojewódzkich setki młodych ludzi interesujących się kinem. Finał rozgrywał się do tej pory w Gdańsku, teraz pewnie będzie przeniesiony do Gdyni. Wielka zasługa szczególnie pani Ani Morzyk, która jest dyrektorem tego konkursu, polega na tym, że umiejętnie wykorzystuje rodzaj pasji, którą mają nauczyciele z całej Polski wspierani od jakiegoś czasu przez Filmotekę Szkolną uruchomioną przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. Przyjeżdżają ze swoimi podopiecznymi na ten finał i ja jestem co roku zaskoczony ogromem wiedzy, jaką młodzi 16-19-letni ludzie przywożą ze sobą. A najbardziej jestem zdumiony, gdy dowiaduję się, że wygrywa np. zespół z Hajnówki, w której nie ma kina! Oczywiście wyobrażam sobie, że oglądają filmy na różnych nośnikach, w Internecie albo jeżdżą gdzieś do Białegostoku i tam chodzą do kina. Ale to jest każdego roku jakaś niezwykła przygoda. Zwycięzcy od wielu lat otrzymują nagrodę w postaci indeksów na Filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. I tej imprezy nie można stracić. Mimo tegorocznej przerwy, będzie ona kontynuowana.

      fot. Sławomir Pultyn

W tym roku pańscy uczniowie, absolwenci Gdyńskiej Szkoły Filmowej, po raz pierwszy staną w szranki w Konkursie Głównym w Gdyni.

Rzeczywiście Ela Benkowska i Łukasz Ostalski zrobili w Akson Studio swój debiut fabularny. Trzymam mocno kciuki i bardzo jestem ciekawy odbioru tego filmu. Ale nie wypada mi za bardzo mówić o tym, kto jest moim faworytem. Nie wypowiadam się na temat filmów z aktualnego konkursu. Dopiero, kiedy Jury dokona oceny, mogę się ewentualnie podzielić swoimi opiniami.

Znajduje Pan czas, by obejrzeć wszystko, co jest zgłaszane?

Tak. Biorę aktywny udział w selekcji. Oprócz komitetu selekcyjnego wszyscy członkowie komitetu organizacyjnego, w tym obaj dyrektorzy festiwalu, oglądają wszystkie filmy zgłoszone do Konkursu Głównego. Mogę więc sobie wyrobić pogląd na temat poziomu tegorocznego Festiwalu i z przyjemnością powiem, że jest bardzo dużo dobrych filmów. Co ciekawe, kilka z nich zrobionych jest przez bardzo młodych ludzi - debiutantów. Ale są też dzieła mistrzów m.in. film "11 minut" Jerzego Skolimowskiego, który znalazł się w konkursie w Wenecji.

Tyle lat przy Festiwalu. Z pewnością nazbierało się mnóstwo anegdot na temat tej imprezy. Zdradzi Pan coś?

Wszyscy mnie pytają o anegdoty, ale ja jestem trochę jak maitre d'hotel - niezależnie od tego jak atrakcyjni goście przyjadą i jak ciekawe zakulisowe wydarzenia mają miejsce, nie mogę i nie chcę opowiadać o tym, co najbardziej ludzi ciekawi. To jest taka impreza, która wymaga zarówno od strony zespołu organizacyjnego, jak i dyrektorów festiwalu wielkiej pasji i miłości do filmu. Gdybyśmy jej nie mieli, to działalibyśmy jak urzędnicy czy korporacyjni menadżerowie. Ta impreza nie miałaby wówczas tak sympatycznego charakteru, jaki udaje się jej nadać. To polega także na tym, że przyjeżdżają twórcy, którzy z natury rzeczy są trochę egocentrykami. Każdy z nich traktuje swoje dzieło, jak własne dziecko i my musimy zapewnić im jak najbardziej serdeczną atmosferę. Spowodować, by się czuli dobrze w Gdyni. I mam nadzieję, że nam się to udaje. Oczywiście nie udało się uniknąć incydentów takich jak pretensje, że np. wystąpił w jednym akcie filmu asynchron o jedną klatkę na sekundę i twórca jest zdenerwowany, próbuje się włamać do kabiny operatorskiej... po czym okazuje się, że materiał był źle nagrany. A przecież tak naprawdę różnicy jednej klatki prawie nikt nie słyszy. Zdarzyło nam się też wyświetlać film przywieziony w ostatniej chwili, na pół godziny przed projekcją. Film na taśmie 35 mm był transportowany w bagażniku. Bardzo zimny wrzesień. Schłodzona mocno taśma trafia do kabiny i kinooperator martwi się, że się zerwie, bo jest twarda i powinna poleżeć w temperaturze dwudziestu kilku stopni. Ostatecznie okazuje się, że nie to jest problemem. W pośpiechu pakując rolki pomylono akty. I w związku z tym film "Pan Tadeusz" Andrzeja Wajdy leci w takiej kolejności jak "Pulp Fiction" Quentina Tarantino. Po kilku minutach naprawiono błąd, ale i tak robi się z tego straszna awantura. Takie przygody psują oczywiście humor twórcom i organizatorom. Przedmiotem naszej wielkiej troski są starania, aby takich incydentów nie było. Z drugiej strony Festiwal jest szczególnym momentem, kiedy raz w roku polscy twórcy filmowi przyjeżdżają do Gdyni także po to, aby się ze sobą spotkać. Często pracują na różnych planach zdjęciowych, w różnych miejscach w Polsce i mimo, że znają się i przyjaźnią, nie udaje im się znaleźć dla siebie czasu. I ten aspekt integracyjno-towarzyski też jest szalenie ważny. Legendarnym miejscem, w którym nawet o 4-5 nad ranem najbardziej wytrwali, rozrywkowo nastawieni uczestnicy festiwalu się spotykają, jest słynne Piekiełko - klub nocny w hotelu Gdynia. Zresztą sam hotel bardzo się zmienił. Cała Gdynia się zmieniła. Wszyscy Ci, którzy w tym roku przyjadą, zobaczą, że oprócz wyremontowanego wspaniale Teatru Muzycznego, hotelu Gdynia i nowopowstałego hotelu Marriott mamy do dyspozycji jeszcze jeden obiekt festiwalowy - wspomniane już Gdyńskie Centrum Filmowe, którego studyjne sale nazywają się tak, jak kiedyś stare kina w Gdyni: Warszawa, Goplana i Morskie Oko. Będą tam organizowane projekcje, spotkania, konferencje i wiele innych wydarzeń.

Wiem, że z okazji 40-lecia Festiwalu powstaje też specjalne wydawnictwo poświęcone historii imprezy. Znajdziemy tam mnóstwo anegdot na czele np. z wnioskami z czasów PRLu o przydział papieru toaletowego dla festiwalowych gości.

To kontynuacja wydawnictwa sprzed 10 lat, które powstało pod egidą Stowarzyszenia Filmowców Polskich i miało tytuł "A statek płynie...". Rzeczywiście, gdy przeglądaliśmy archiwa z autorką tego wydawnictwa Anną Wróblewską, znaleźliśmy mnóstwo dokumentów pokazujących z jakimi problemami borykali się organizatorzy Festiwalu 25-30-40 lat temu. Dziś deficyt papieru toaletowego może nas bawić, ale ja doskonale pamiętam jak upokarzające były starania o takie „konsumpcyjne dobra”.

Dziś tego typu problemów na szczęście już nie ma.

Tak. My dziś mamy inne problemy. Na przykład ogromna ilość gości i widzów. Do Gdyni przyjeżdża kilka tysięcy osób. Staramy się, by jak największa ilość widzów mogła obejrzeć prezentowane filmy i to jest głównym naszym zmartwieniem, że ta impreza się bardzo mocno rozrosła i cieszy się tak dużym zainteresowaniem. Ale z drugiej strony to bardzo przyjemne zmartwienie.

Od kilku lat Festiwal w Gdyni współpracuje z Legalną Kulturą. Wspólnie organizujecie konkurs na spot, przed projekcjami festiwalowymi można usłyszeć spoty W czerni kina, a w przestrzeni festiwalowej obcować z instalacją Kultura Na Widoku. Dlaczego ta współpraca jest dla Was ważna?

Uważam, że ona jest istotna dla każdego, kto chce pracować w sposób uczciwy w jakiejkolwiek dziedzinie. Mam wiele szacunku dla dokonań Legalnej Kultury, dla sposobu, w jaki to jest robione. Dla reklam społecznych, które stanowią ciekawy artystyczny dodatek do Festiwalu i pełnią ogromną rolę edukacyjną. Współpraca z Legalną Kulturą jest obowiązkiem, który z przyjemnością realizujemy.


Rozmawiał: Rafał Pawłowski
fot. tytułowa Rafał Malko



© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!