Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Podstawowy postulat: Nie nudzić

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Podstawowy postulat: Nie nudzić

Podstawowy postulat: Nie nudzić

Od czasu filmu „Jak się pozbyć cellulitu” minęło prawie pięć lat. Jego wcześniejszy filmowe hity: „Testosteron”, „Lejdis” i „Idealny facet dla mojej dziewczyny” zgromadziły łącznie 25 procent widowni wszystkich polskich filmów, z kolei sztuka „Testosteron” jest najdłużej wystawianym w teatrach w kraju i za granicą polskim spektaklem. Jednak Andrzej Saramonowicz nie chce odcinać kuponów. Zadebiutował na rynku literackim książką „Chłopcy”. Pozycja zebrała doskonałe noty, jest na liście bestsellerów. O pięciu latach „zanikania” z przestrzeni publicznej, walce o więź z odbiorcą i kulturze jako fundamencie wspólnoty opowiada Legalnej Kulturze.

Jest sukces.

To jest pytanie?

Raczej stwierdzenie.

Zaskakujące z mojego punktu widzenia, bo nie jestem przyzwyczajony do tego, żeby we mnie nie rąbano.

Kokieteria.

[śmiech].

I to też nie było pytanie.

Autor – tym bardziej doświadczony – czuje, kiedy spłodził coś wartościowego. Mam w dorobku kilkanaście dzieł i będę szczery, różnie bywało z samopoczuciem przed czy po premierze, jeśli mówimy o filmach. „Chłopcami” debiutuję w świecie literatury. Mam głębokie przeświadczenie, że to mój drugi tekst – od czasu sztuki teatralnej „Testosteron” – z którego jestem naprawdę zadowolony.

Film „Lejdis” też był wielkim sukcesem.

Owszem, ale ja mówię o tym, co dało mi artystyczną satysfakcję. „Lejdis” był sprawnie napisanym scenariuszem. Ale byłem w nim jednym z pięciu współautorów. Najważniejszym, fakt, ale nie jedynym. Zresztą scenariusze są zawsze ledwie początkiem przygody, którą jest film. W przypadku książki jest inaczej – za to, co wyjdzie drukiem jesteś odpowiedzialny wyłącznie ty od początku do końca. To innego rodzaju obciążenie. I satysfakcja. I wreszcie sukces, jeśli przychodzi.

Chwalą język, błyskotliwość i przenikliwość „Chłopców”. Jednak ma talent ten Saramonowicz – bo i takie stwierdzenia czytam, i to uwaga: środowiskowe – zapominają koledzy, że działasz w branży, nazwijmy ją filmową, prawie 20 lat.

Koledzy mają krótką pamięć, a ja mam satysfakcję. Powtarzam: czułem że to, co napisałem jest niezłe (mówię o wewnętrznych przeczuciach, które towarzyszyły mi w finale pracy nad książką, a nie o tym, że poprzewracało mi się w dupie i poczułem się autorem wielkim), tym mocniej uważałem zatem, że będą krytykować, trywializować, odrzucać. Byłem przygotowany na atak, ale czułem wewnętrzny spokój, bo wiedziałem że nie mam się czego wstydzić.

To takie niepolskie.

Że wiedziałem, że mi wyszło? No, wiedziałem, ale to nic nie znaczy jeszcze. Każdy autor się boi, że zostanie źle przyjęty. Tym bardziej autor, któremu wielokrotnie wmawiano – tak było zwłaszcza przy największych hitach filmowych: „Testosteronie” i „Lejdis” – że jest głupi, nieinteligentny, ani trochę nie błyskotliwy. Tego typu zajadła krytyka zawsze była obecna w moim życiu.

„Chłopcy” są dopełnieniem trylogii?

W pewnym sensie tak. „Testosteron” dotyczył dekonstrukcji świata mężczyzn, historia zawarta w „Lejdis” traktowała o kobietach, z kolei teraz w „Chłopcach” zestawiam świat dzieci ze światem dorosłych: kobiet i mężczyzn, którzy często zapominają o odpowiedzialności.

Ale jeśli pytasz mnie, czy było to zaplanowane marketingowo, czyli czy pisząc „Chłopców” wiedziałem, że będę się podpinał pod poprzednie tytuły, to muszę odpowiedzieć, że nie. Logicznie układa się to w zgrabną całość, postanowiłem więc od tego nie uciekać.

             Fot. Dorota Czoch

Zachwyca mnie początek książki, to jak wprowadzasz mnie w świat Mateusza, współczesnego nastolatka. A potem poznaję jeszcze młodszego chłopaka – jego ojca. Pojawiają się pytania, który z nich to alter ego pisarza?

Jestem i tym, i tym. W wymiarze realnym „Chłopcy” to opowieść o dwóch bohaterach z krwi i kości – ojcu i synu. Mam nadzieję, że czytelnikom wydadzą się wiarygodni w zmaganiach z życiem i samymi sobą. Ale można też ich losy rozumieć symbolicznie: że jest to jeden modułowy mężczyzna w różnych fazach swojego życia.

Mężczyzna jako konstrukt społeczno-biologiczny?

Tak. Ukazuję znany cykl: ktoś był synem, potem ojcem, następnie zostaje dziadkiem. Z reguły uciekamy od tego, kim są i jacy są nasi rodzice, po latach okazuje się, że powielamy ich cechy i wybory, stajemy się dokładnie tacy jak oni. Przechodzimy jedynie kolejne fazy przepoczwarzenia. W pułapce natury tkwimy wszyscy.

Wracając do pytania – zawsze potrafiłem oddzielić siebie realnego od wirtualnego. Pisarz nie jest pamiętnikarzem. Jest kreatorem. Nie muszę wcześniej przeżywać wszystkich bolączek czy doświadczeń moich bohaterów, by móc później opisać ich historię.

Historia jest świetnie zbalansowanym portretem, rozpisanym na dwa życiorysy. To pochwała męskości, w każdej odsłonie i wieku, z całym bagażem natręctw, niepewności, niepoprawności. Nie było dotychczas takiej książki na polskim rynku. Co więcej, tak filmowej książki.

Dziękuję, cieszę się, że mówisz o jej filmowości. Do całego bagażu obaw, które ma każdy twórca, ja mogłem dorzucić jeszcze jedną – bałem się, że ta powieść zostanie uznana za fanaberię filmowca, który postanowił jeszcze książkę napisać. Dla próżności. Tymczasem od początku moim największym pragnieniem było, by „Chłopcy” zostali uznani za pełnowymiarową literaturę, a nie za niezrealizowany scenariusz, w którym pozamieniałem czas teraźniejszy na przeszły i tak powstała powieść. Zatem „Chłopcy” mają wszelkie atrybuty literatury, a obrazowanie wydarzeń jest filmowe, bo jak po prostu lubię opisywać świat w ten sposób.

Ale zgłosiłeś scenariusz „Chłopców” do PISF-u?


Tak, ale został odrzucony. Napisano, że scenariusz jest bardzo profesjonalny, ale mam tak duże doświadczenie w zbieraniu kasy poza PISF-em, że powinienem nadal to robić. Ta odpowiedź to jedna z odpowiedzi, dlaczego nie ma w Polsce ciągle kina środka.

I to, że od pięciu lat nie zrobiłeś żadnego filmu nie miało znaczenia?

O tyle, że miałem więcej wolnego czasu [śmiech]. Rozmawiamy o książce i mogę powiedzieć jedno: nie chcę być traktowany jak filmowiec, któremu nie wyszło w kinie, więc bierze się za literaturę. Bo po pierwsze w kinie mi wyszło aż nadto, a po drugie: jestem też pisarzem i jest to dla mnie równie ważne, co robienie filmów. „Chłopcy” powstali z mojej tęsknoty za beletrystyką, a nie jako rekompensata.

Ale oczywiście moja powieść ma w sobie filmowy zaśpiew. Lubię historie z rozbudowaną, intrygującą fabułą. Co więcej – uważam, że jeśli posiada się dar fabularnej konstrukcji, trzeba go wykorzystywać ku satysfakcji czytelników.

Uprzedzając kolejne pytanie – owszem, mam nadzieje, że „Chłopcy” powstaną też jako film. Napisanie tej powieści ze scenariusza spowodowało, że wiem więcej o bohaterach niż przedtem. I wiem, że scenariusz muszę w kilku miejscach zmienić. Z pewnością nie będzie to komedia romantyczna. Ta historia ciągle we mnie dojrzewa, ale zupełnie się nie spieszę się, by przenosić ją na ekran. Częściej myślę o kolejnej książce i nowej sztuce teatralnej niż o kolejnym filmie.

             Fot. Dorota Czoch

Dlaczego?

Powieść jest formą skończoną i ostateczną. Od czasu mojego ostatniego filmu [„Jak się pozbyć cellulitu”, 2011 – przyp. red.], napisałem trzy scenariusze, z których żaden nie zamienił się w film. Każdy autor w takiej sytuacji czuje to samo: żal. Ja miałem poczucie, że zanikam.

Scenariusz – choć wkłada się w niego mnóstwo serca i talentu – jest wyłączne propozycją do dalszej pracy jaką jest film. Scenariusz nie jest dziełem kompletnym, nie istnieje sam w sobie. Nie można mówić o satysfakcji, a taką odczuwa – paradoksalnie! – autor niewydanej powieści, bo przynajmniej zamknął swoje artystyczne ambicje w formę ostateczną. Tymczasem niezrealizowany scenariusz to płód, który obumarł przed narodzinami. Ogromna trauma i nawet nie ma cmentarza, gdzie go można godnie pochować.

I miałeś trzy takie teksty.

Nadal mam. Leżą w szufladzie. A ja postanowiłem już więcej nie pisać i odmówiłem pisania wszystkich nowych rzeczy filmowych, a zwłaszcza serialowych, chociaż oferowano mi naprawdę duże pieniądze. Znacznie większe niż mogłem zarobić jako pisarz. Ale chciałem innych wrażeń. Uznałem, że czas na przegrupowanie wojsk. Nie pierwszy raz w życiu zresztą.

Kiedy był pierwszy raz?

Scenariusz „Ciała” napisałem w 1998 roku, a potem przez lata zabiegałem o jego realizację. Nie miałem ukończonej szkoły filmowej, więc nikt nie brał mnie na poważnie jako reżysera. A inni reżyserzy chcieli tak przerabiać tekst, że miałem ochotę wyrwać sobie włosy z głowy. Jeden – bardzo znany – koniecznie chciał na przykład ożywić w finale tytułowe ciało. Po paru latach zabiegań dotarło do mnie, że walka o „Ciało” mnie wysysa. I wtedy zrobiliśmy – przegrupowując się – film „Pół serio”, wykorzystując to, że miałem w Telewizji Polskiej program publicystyczny pod tym samym tytułem. Raz w miesiącu kręciliśmy scenki fabularne – program był miesięcznikiem – do „Pół serio”, ilustrujące tematy poszczególnych odcinków, które jednocześnie – nikt z telewizji o tym nie wiedział – układały się w całość filmu fabularnego. Na festiwalu w Gdyni w 2000 dostaliśmy za „Pół serio” najwięcej nagród, w tym Nagrodę Specjalną Jury.

W tym samym czasie dokonałem drugiego przegrupowania i napisałem sztukę teatralną „Testosteron”. I odżyłem zupełnie, bo „Testosteron” stał się gigantycznym sukcesem. Przestałem być petentem, przestałem się dobijać. Znalazłem swoich odbiorców, udało mi się skomunikować z publiką. Mam nadzieję, że teraz, dzięki „Chłopcom” będzie podobnie – że ponownie poczuję radość z tworzenia.

Żeby nie było tak laurkowo, pojawiają się zarzuty, że „Chłopcy” to książka szowinistyczna.

To wynika z hipokryzji liberalnej krytyki. Kiedy Witkowski napisał „Lubiewo” – głęboko ekshibicjonistyczną książkę o homoseksualizmie, skądinąd świetną – dostał Nagrodę Nike. Mówiono, że to odważne, potrzebne, ważne, wnikliwe. Tymczasem podobna wiwisekcja świata heteroseksualnego budzi jakieś – bardziej hasłowe niż odrefleksyjne – zarzuty męskiego szowinizmu. Trudno mi to traktować poważnie.

W „Chłopcach” opisuję wielkomiejską klasę średnią. To awangarda liberalnego świata – ludzie, którzy dziś budują wolnorynkową Polskę. W tej warstwie społecznej aktywność zawodowa jest tak czasochłonna, że właściwie „zjada” większość emocji. Inne bliskości – w domu, w rodzinie, w relacjach z dziećmi – ulegają niemalże zanikowi. W historii, którą stworzyłem te rozpady podstawowych więzów emocjonalnych są bardzo widoczne. Piszę o tym, że daliśmy się wpędzić w pułapkę, bo również emocje poddaliśmy działaniu wolnorynkowych regulacji. Wolność jednostki podnieśliśmy do rangi etycznego dogmatu, co spowodowało, że zatraciliśmy umiejętność budowania wspólnot. Bo wspólnota może powstać wyłącznie wtedy, gdy jednostki oddają jej część siebie. „Moje ja” musi zmieniać w „nasze my”. Dziś mało kto chce tej zmiany, bo postrzega ją jako stratę. Dlaczego? Bo powiedziano dzisiejszym jednostkom, że przynależność do jakiejkolwiek wspólnoty jest aktem dobrej woli, którego granice wyznacza wyłącznie satysfakcja, a nie poświęcenie. I że oddawanie się wspólnocie (np. ukochanej osobie, dziecku, rodzinie czy narodowi) jest frajerstwem. A rekompensatą za to wszystko jest spalanie się w seksie. Tak zwane „udane życie seksualne” – nikt tak naprawdę nie wie, co to znaczy, ale na wszelki wypadek wszyscy traktują to ilościowo, czyli kolekcjonersko – stało się najważniejszym postulatem, Mount Everestem, na który każdy chce wejść, a może bardziej – chce, by wnieśli go tam atrakcyjni seksualnie Szerpowie.

O tym mniej więcej pisałem też w „Chłopcach”. Czy to szowinizm? Nie sądzę.

             Fot. Dorota Czoch

Twórca ma jakieś powinności wobec odbiorcy?

Nie nudzić. To dla mnie podstawowy postulat. Sensy, głębie i mistrzowska sztukateria są już rzeczą wtórną. Nie znoszę tzw. genialnych książek, przy których umieram z nudów.

Rozmawiamy o książce, którą wydałeś. Ona pozwoliła ci się skomunikować w odbiorcą. Ale ja mam wrażenie, że komunikujesz z nim się od dawna, pozwalają ci na to media społecznościowe. Śledzę drogę twoich postów – z Facebooka trafiają na łamy Wyborczej.

To prawda. Współczesna technologia dała mi odpowiednie narzędzia, żebym mógł wydawać swoją własną „gazetkę”, siedząc w domu. Jeszcze kilka lat temu musiałbym przynależeć do jakiejś redakcji, dzisiaj mogę zachować wolność. Dziś samotny, niezależny byt intelektualny może współtworzyć przestrzeń publiczną i społeczną – oczywiście, o ile zostanie zweryfikowany i uznany za wiarygodnego przez odbiorców.

A zresztą, co to znaczy samotny? Dziś człowiek nigdy nie jest samotny, chyba że odłączy laptopa, komórkę, telewizor, radio, iPada... Jestem przedstawicielem ostatniego bodaj pokolenia, które wie, co to samotność, cisza. Obecnie raczej już nie jesteśmy samotni, bywamy co najwyżej chwilami sami.
Powtarzam: mój profil na Facebooku traktuję jak własną, prywatną gazetę. Nie muszę się przed nikim tłumaczyć, nie muszę przeprowadzać badania opinii publicznej, sprawdzać czy jest na mnie popyt. Ja to wiem po dwudziestu sekundach. Po liczbie udostępnień i polubień.

Nie masz nic przeciwko temu, że cię dowolnie – a czasami może nawet bezrefleksyjnie – cytują.

Zależy od formy. Czuję sprzeciw i niezgodę, gdy odnajduję swój film na torrentach. Nie podoba mi się to też – a może przede wszystkim – ze względów finansowych. Czuję się ograbiony z tego, co mi się słusznie należy, czyli ze szczątków honorarium. A tłumaczenie, że ludzie, którzy piratują filmy walczą z koncernami jest żałosne. To tylko usprawiedliwienie własnego złodziejstwa. Równie dobrze mogliby walczyć z koncernem Mercedesa, kradnąc auta.

Z mediami społecznościowymi jest nieco inaczej. Jeśli coś publikuję, to ze zgodą na podanie tego dalej. Oczywiście dobrym zwyczajem jest zawsze wskazać źródło cytatu, od czego odchodzi się ostatnio. W końcu jak ktoś podpisuje cudzą myśl, jako własną, popełnia nie tylko przestępstwo, ale i samobójstwo intelektualne. Czasami widzę, jak ktoś sobie przywłaszcza to, co napisałem jako swoje. Nie robię dymu, po prostu go blokuję.


Fot. Katarzyna Rainka

Bliskie są ci działania Legalnej Kultury?

Bardzo. Uważam że kultura powinna być szeroko dostępna przy wsparciu państwa. Kultura buduje świadomość, także w wymiarze społecznym. Bez tego fundamentu kulturowego nie będziemy wspólnotą. On jest tak samo niezbędny jak budowanie autostrad. Państwo powinno kulturę wspierać i finansować. I powinno też umożliwiać odbiorcom jak najszerszy legalny dostęp do kultury, z poszanowaniem praw autora, oczywiście. Chciałbym, żeby Legalna Kultura była jednym z miejsc, które będą wywierać wpływ na rządzących, by uświadomili sobie, że teatry są ważniejsze od hipermarketów.

Kultura to dla ciebie?

Zamysł cywilizacyjny. Jest warunkiem postępu. Stymuluje rozwój narodu, czy grupy językowej. Bez kultury nie ma więzi. Jest tylko zbiorowość. Kulturę trzeba traktować jak jedną z wielu podwalin państwowości, tak samo jak administrację, służbę zdrowia, czy wymiar sprawiedliwości. Kultura może i powinna mieć taką samą infrastrukturę jak gospodarka, czy inne składowe działalności państwa. Immunitetem chroni się polityków – skąd te wysokie pensje, bonusy, premie – dlaczego państwo w żaden sposób nie wspiera artystów, nie chroni ich praw, za to zabiera im ulgi podatkowe, tnie dotacje i programy wsparcia?

Nie wytworzyliśmy żadnej wspólnotowości?

Raczej ją zatraciliśmy. Dziś nie ma w Polakach poczucia wspólnotowości. Lojalności. Doświadczenia wspólnych przeżyć. Ostatnim zbiorową emocją zapisaną w pamięci wspólnej była Solidarność w 1980 roku, obrady Okrągłego Stołu, dla wielu pewnie także wizyta Jana Pawła II. Ale to były przestrzenie symboliczne, a my potrzebujemy wspólnoty w praktyce. Tego nie ma. A od katastrofy smoleńskiej podział na dwie Polski poszerza się tragicznie. Sami na własne życzenie robimy tu sobie mentalny Ulster.

Wspólne lektury, filmy, piosenki jako głos i symbol jednego pokolenia?

Nie chodzi o „urawniłowkę”. Chodzi o pozytywną świadomość siebie i miejsca, w którym się żyje. Uważam, że po 1989 roku zaprzepaściliśmy to, co niosła demokracja w sferze kultury, sztuki i edukacji. A to było ważniejsze niż górnictwo czy rolnictwo. Proszę zobaczyć: dziś są całe pokolenia Polaków, które chętniej i szybciej identyfikują się z „Pulp Fiction” niż z jakimkolwiek innym polskim tytułem. Przecież to strata, a nie dowód naszej otwartości.

A może my nie mamy nic ciekawego do zaproponowania samym sobie?

Mamy, tyle że sami w to nie wierzymy.


Rozmawiała: Anna Serdiukow
Fot. tytułowa Dorota Czoch




© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!