Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Jestem podróżnikiem

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Jestem podróżnikiem

Jestem podróżnikiem

Lista gwiazd jazzu, z którymi miał przyjemność współpracować, może przyprawić o zawrót głowy. Jego talent docenili m.in. Herbie Hancock, Chick Corea, Joe Zawinul i oczywiście Miles Davis, który zaprosił go do udziału w nagraniu płyty "Tutu". On sam odkrył dla świata jazzu m.in. Marcusa Millera, a od blisko dekady stara się zaszczepić miłość do muzyki w młodych Polakach, dla których stworzył edukacyjny projekt Urbanator Days pozwalający im szlifować umiejętności pod okiem najlepszych muzyków z całego świata. Z Michałem Urbaniakiem rozmawiamy o tym, co jazz ma wspólnego z hip hopem, trudach bycia wydawcą w cyfrowym świecie oraz muzyce, która kryje się w jego iPodzie.


Moja ulubiona jazzowa biografia "Ja Miles" Milesa Davisa zaczyna się od słów "Najwspanialsze uczucie, jakie miałem w życiu — w ubraniu — to gdy po raz  pierwszy słyszałem Diza i Birda w St. Louis w Missouri w 1944. Miałem osiemnaście lat i  właśnie ukończyłem Lincoln High School". Czy Ty masz jakiś taki swój najważniejszy moment, który Cię muzycznie olśnił, jak Milesa?


Miałem taki moment kiedy usłyszałem Louisa Armstronga. Dokładnie to było tak, że usłyszałem na krótkich falach jakąś dziwną muzykę. To był Louis Armstrong "Blues in the Night". Po czym zdobyłem płytę. Fortunę to kosztowało. Ale kolega w klasie miał jakąś płytę, którą brat mu z Anglii przysłał. Mówi do mnie: Jakiś Miles. Ja tego nie kumam. Chcesz tę płytę?. Ja mówię: Tak. Za ile? A on na to: Ja chcę Armstronga. I w ten sposób zamieniłem Armstronga na Milesa. Od tego czasu po dziś dzień Miles jest dla mnie największym muzycznym przeżyciem.

Przywołałem to wspomnienie Milesa także dla tego, że był to występ na żywo. A czy Ty pamiętasz jakiś taki pierwszy koncert, na którym byłeś?

To był Paul Grepser i Jego Chłopcy. Byłem młodzieniaszkiem zainteresowanym boogie-woogie i rock'n'rollem, w związku z tym poszedłem do filharmonii na zespół rock'n'rollowy. Okazało się, że to był tak naprawdę zespół Krzysztofa Komedy w przebraniach grający muzykę boogie-woogie. Natomiast z takich najważniejszych przeżyć muzycznych jazzowych to był Dave Bruebeck, jak przyjechał do Polski i New York Jazz Quartet, który zagrał w Łodzi w klubie studenckim. To było jakoś w 1959 czy 1960 roku.

Twoja muzyczna przygoda zaczęła się jednak nie od saksofonu, ale od skrzypiec. Podobno na ścianie w pokoju miałeś plakat z Yehudi Menuhinem.

Był wielkim wzorem dla mnie i Yehudi Menuhin, i Dawid Ojstrach. A w Polsce Tadeusz Wroński, który był moim profesorem na studiach w Warszawie.

No to jak to się stało, że "uciekłeś" od skrzypiec do saksofonu?

Nie uciekłem. Chciałem to pogodzić, ale nie do końca się udało. Dzień ma określoną ilość godzin, kalendarz ma określoną ilość dni. Doszły do tego nieoczekiwane sukcesy, wyjazdy do Stanów i po Europie. Musiałem zdecydować.

Chciałbym jednak uchwycić ten moment, w którym sięgnąłeś po saksofon.

Szukałem możliwości grania jazzu i zacząłem grać na gitarze. Profesor Mieczysław Saleski zauważył odciski na palcach i mnie bił po łapach za to, że grałem na gitarze. Rozmawiałem z kolegami i jeden z nich mówi: spróbuj saksofon. Mamy zespół w fabryce na Widzewie i tam jest sopran. Kilka dni później grałem z nimi pierwszy koncert. Marek Karewicz grał na trąbce.

Od tego pierwszego koncertu z Karewiczem ile minęło czasu, aż wszedłeś do zespołu Komedy?

Najpierw zaczałęm grać ze Zbyszkiem Namysłowskim w Jazz Rockers. Graliśmy jakieś dwa lata w Warszawie pod Hybrydami. Któregoś dnia przyszedł Andrzej Trzaskowski i zaproponował granie. Zgodziliśmy się. A on na to: to jutro spotykamy się w ambasadzie amerykańskiej. Lecimy do Stanów. Wszystkie legendy z płyt zostały spełnione w ciągu dwóch miesięcy z nawiązką. Nie raz szczypałem się nie wierząc, że to jest prawda.

      fot. Bartosz Maciejewski

W zespole Komedy byłeś najmłodszy. Jak się z tym czułeś?

Ja we wszystkich zespołach byłem najmłodszy. Nawet dzisiaj się tak czuję.

Poleciałeś do USA i zakochałeś się?

Byłem zakochany w Ameryce od urodzenia. Zawsze czułem się kosmopolitą. Nigdy nie byłem przywiązany do miejsca, ale marzyłem o Nowym Jorku.

Jednak Twoja emigracja na początku nie poszła w kierunku Ameryki lecz Skandynawii.

Chciałem zbudować solidną podstawę do wyjazdu. Odłożyć jakieś fundusze. Myślałem, że się zabezpieczę i przygotuję muzycznie. Niestety to się nie do końca sprawdziło. Powróciłem na parę miesięcy do Polski, a potem przez Niemcy i Szwajcarię wyjechałem do Stanów. Właściwie przez Szwajcarię, bo tam na Festiwalu w Montreaux dostałem Grand Prix dla najlepszego solisty w 1971 roku i to było właśnie stypendium w USA.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Szwecji. Planowałeś tę przygodę na 2 lata, skończyło się na sześciu. W znakomitym składzie z Ulą Dudziak i Wojtkiem Karolakiem...

Graliśmy wtedy rewelacyjny, organowy jazz, jak mało kto.

Co ważnie nie grywaliście dla polskiej publiczności, ale dla szwedzkiej.

Nigdy nie graliśmy dla polskiej publiczności. Jak się pojawiał Polak to było bardzo miłe. Ale moja muzyka niezbyt nadaje się dla polskiej publiczności. Nawet w Polsce.

Dlaczego?

Dlatego, że jest to muzyka jazzowa amerykańska, która ma korzenie w muzyce afrykańskiej. Nie wszyscy to czują.

Jak wyjechałeś, myślałeś, że jeszcze kiedykolwiek wrócisz do Polski?

Nigdy w życiu nie myślałem, że przyjadę nawet. Po 25 latach Departament Stanu wysłał nas - mój zespół amerykański - na trasę po Polsce. Zapłacili za wszystko. Nie wierzyłem, że tu jestem. Do dzisiaj nie wierzę.

Z kim wtedy przyjechałeś?

Całkowicie amerykański skład. Lenny White, Kenny Davis, Kenny Kirkland...

Jak odebrałeś Polskę po tym długim rozbracie?

Tragicznie. Tak, jak dzisiaj. Cały czas jest tak samo. Tylko fasady inne. Trzeba generacji, by się kraj zmienił. Oczywiście dzisiaj Warszawa wygląda ładnie. Kraj się rozwija. Ale ludzie, relacje, biurkoracja są takie same jak za komuny. Albo gorsze.

To co sprawiło, że jednak wróciłeś?

Nie wróciłem tu i nigdy nie wrócę. Po prostu podróżuję. Sprawy rodzinne, osobiste, muzyczne, sprawiają, że często jestem w Polsce. Ale mieszkam w Nowym Jorku. Sześć tygodni temu wróciłem z Karaibów, gdzie graliśmy smooth jazz z Marcusem Millerem. Jestem podróżnikiem.

Ten okres amerykański obfitował w różne momenty. Czasem mniej, czasem bardziej szczęśliwe. Masz jakieś takie, które byś wyróżnił?

Jestem szczęśliwy, że sprawdziłem się wśród muzyków u źródła. Jestem honorowym obywatelem Jamaica Queens, honorowym Czarnym.

No ale po kolei. Przylecieliście z Polski i co? Nie patrzyli na Ciebie z myślą jakiś biały nam tu próbuje grać?

Zupełnie nie. Od razu zostałem uznany wśród najważniejszych muzyków - George Benson, Ornette Coleman. Poznałem paru świetnych dzieciaków. Marcus Miller jak zaczął grać w moim zespole, miał 15 lat. Pierwsze trzy miesiące były niewiadomą, ale wiedziałem, że to się skończy sukcesem. Miałem takie powiedzenie: przegrać nie mogę, mogę nie dożyć.

      fot. Bartosz Maciejewski

W Stanach wyłuskiwałeś młodych muzyków wprost z ulicy. W Polsce 9 lat temu też zapoczątkowałeś projekt skierowany do młodych - Urbanator Days.

Jest to projekt, który wpadł mi do głowy z powodów zasadniczych. Polska ma słabą kulturę muzyki rytmicznej. Jazz jest pojmowany intelektualnie. W zasadzie cała muzyka rytmiczna, bo ja do jazzu zaliczam reggae, soul, salsę, r'n'b, blues... Oczywiście w Europie tylko ten bardziej zwariowany jazz jest tak nazywany, a o reszcie nie raz pogardliwie mówi się komercja... bo jak ludzie rozumieją muzykę i mogą się do niej ruszać, to już nie jest dla nich jazz. A jest odwrotnie. Jeśli coś Cię nie porusza rytmicznie, to może brzmieć jak jazz, ale nim nie jest. Niektóre eksperymenty z tego są ciekawe, ale większość to bełkot. Zresztą to, jak w szkołach muzycznych uczy się jazzu to paranoja. Uczy się zagrywek i nut. A nut jest tylko dwanaście. Nie ma się co uczyć. Szkoły produkują rzemieślników. W związku z tym postanowiłem sprowadzać autentycznych muzyków, którzy są dziś obecni na scenie, by spotykali się z ludźmi, którzy niekoniecznie znają nuty, ale mają pasję. Na przykład grają w garażu i nie bardzo wiedzą, co z tym zrobić. Przyjdą, porozmawiają ze znakomitymi muzykami, pograją, dostaną parę uwag i odpowiedzi na swoje pytania. To sprawia, że taki człowiek mieszkający w małym mieście, uwierzy w siebie. Jeździmy po małych miastach - od Bełchatowa przez Radomsko po Gomunice, gdzie jest bardzo dobrze prowadzony Wiejski Klub Jazzowy. Dwóch nastolatków stamtąd dostało nagrody od nas. Jestem dumny z tego, że możemy to robić.

Wspomniałeś o edukacji jazzowej. Widziałeś na pewno nagrodzony Oscarami film "Whiplash". Tam jest ona ukazana w sposób niezwykle opersyjny. Czy to naprawdę tak wygląda?

Absolutnie to tak nie wygląda. Równie dobrze mógłby to być film o hodowli królików. W muzyce bigbandowej na 20 osób jest pięciu improwizujących jazzmanów i 15 rzemieśników, których potrzeba by ten zespół grał. Oczywiście w najlepszych historycznych bigbandach te proporcje były inne, ale w szkole tak jest - Ci chłopcy przychodzą i trzeba ich zebrać w zespół i sprawić, że będą grać fantastyczną muzykę. Mimo, że w filmie mamy coś, co wygląda na konflikt tragiczny, to i perkusista, i wykładowca mają ten sam cel - dążenie do czegoś, co wymaga ogromnej ilości rzemiosła. Tu było to drastycznie uwypuklone.

A jak oceniasz potencjał młodych polskich jazzmanów?

Jest wielu utalentowanych chłopaków, ale nie chciałbym nikogo wymieniać, by kogoś nie pominąć. Ale jest materiał na granie prawdziwego jazzu. Wydaje mi się jednak, że najważniejszą rzeczą jaka się stała, jest to że do Polski dotarł hip hop. Przez jakiś czas było to hiphop polo, ale dziś przestał być trendem i stał się prawdziwą sztuką. Jazz i hip hop są bardzo blisko siebie, i to właśnie hip hop spowodował, że młodzi ludzie zaczęli czuć swing i rytm, który jest tu bardziej uwypuklony.

Jest dużo ciekawych muzyków, pojawia się wiele płyt. A kiedy doczekamy się jakiegoś nowego albumu Urbaniaka - może właśnie z młodymi muzykami?

Cały czas pracuję sobie nad czymś, ale ja już nagrałem ponad 60 płyt.

Dość prężnie działa natomiast Twoja firma wydawnicza UBX, w której wznawiasz swoje najsłyniejsze albumy.

Firma istnieje od dawna, ale w dobie internetu ta działalność stała się bardziej istotna, bo dziś większość muzyki sprzedaje się w sieci. NIe tylko w postaci płyt CD, ale też plików cyfrowych.

Ten rynek jest jednak mocno zagrożony piractwem. Dlaczego warto być legalnym i nabywać Twoje płyty?

Każdy artysta potrzebuje wsparcia. Nie prosimy o żadną jałmużnę, tylko po prostu skromne wypełnienie obowiązku wynikające z zamiłowania do muzyki. Jeśli kochasz muzykę to nie kradnij jej, tylko zapłać te parę groszy. Muzyka jest tania.

Ale oczywiście piractwo to duży problem. Mam w tej chwili 40 wersji ukradzionej "Papai". Co parę dni jakaś platforma udostępnia nielegalnie moją muzykę. Nie wiem dlaczego jest to bezkarne. Polska jest jednym z większych pirackich rynków.

Jest szansa że to się zmieni?

Potrzeba silnej edukacji w tej kwestii oraz skutecznego systemu prawnego, który zapewni srogie kary i odszkodowania dla artystów. Tu nie ma żartów. Trzeba blokować pirackie portale. Legalna Kultura ma tu wielką siłę - nie tylko propagując ale również wpływając na funkcjonowanie prawa.

      fot. Adam Kozak

A Ty w jaki sposób słuchasz muzyki? Cyfrowo czy analogowo?

Najbardziej lubię winyl, ale jak się jest podróżnikiem to ciężko korzystać z muzyki w taki sposób. Najczęściej słucham muzyki w aucie albo w hotelach. Dlatego też moim podstawowym sprzętem jest iPod i pliki mp3 najwyższej jakości.

Zdradziłbyś, co kryje iPod Michała Urbaniaka?

Oj strasznie dużo. Od ulubionego hardbopu - Horace Silver, Jazz Messengers, przez prawie wszystkie płyty wytwórni Blue Note - Herbie Hancock, Marcus Miller. Oczywiście wszystkie płyty Milesa Davisa, jakie kiedykolwiek były. Trochę Nowego Orleanu, łącznie z Armstrongiem i ze Stuff Smithem, który śpiewał i grał na skrzypcach tak, jak do dzisiaj nikt nie zagrał. Oraz oczywiście fajny hiphop i strasznie dużo r'n'b - The Isley Brothers, Marvin Gale, Barry White. Kocham r'n'b po prostu.

Parę lat temu miałeś przyjemność i wyzwanie zarazem zagrać w "Moim rowerze" Piotra Trzaskalskiego. Rolę co prawda nie saksfonisty czy skrzypka, ale klarnecisty. Jak wspominasz to doświadczenie.

Było to trudne, ale w jakimś sensie okazało się, że przed kamerą jest trochę jak na estradzie. Po dwóch, trzech dniach zacząłem się czuć jak w domu i właściwie nie przeszkadzało mi to. A reżyser z operatorem stwierdzili wręcz że kamera mnie lubi. I to chyba z wzajmnością. Problem był na początku z tym, by nie patrzyć w kamerę. A potem przy promocji filmu były wywiady, gdzie z kolei trzeba było patrzyć w obiektyw.

Twoja rola została doceniona na świecie. W Estonii dostałeś nagrodę dla najlepszego aktora.

I nikt z jury nie wiedział, że jestem muzykiem. Podobno na Camerimage oparatorzy amerykańscy nie chcieli uwierzyć, że nie jestem aktorem. A w Polsce dostałem Orła za debiut aktorski.

Nagrody zobowiązują. Czy w związku z tym miałeś jakieś kolejne propozycje aktorskie?

Zagrałem bardzo miły dla mnie epizod w najnowszym filmie Janusza Majewskiego "Excentrycy". Gram tam na skrzypcach do wspaniałych aranży bigbandowych Wojtka Karolaka, który jest jednym z trzech, czterech ludzi w Polsce, który potrafią potraktować bigband po amerykańsku. Ale nie chciałbym za wiele zdradzać. Na jesieni film będzie można zobaczyć na Festiwalu w Gdyni.

Twoja biografia ma podtytuł "Awantury Muzyka Jazzowego". Czy nadal uważasz się za jazzowego awanturnika?

Osobowość człowieka się nie zmienia. Oczywiście trochę się wyciszyłem, ale przygody są cały czas. Bez tego nie ma życia.

Rozmawiał: Rafał Pawłowski


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!