Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Humor jest jak spadochron - amortyzuje życie

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Humor jest jak spadochron - amortyzuje życie

Humor jest jak spadochron - amortyzuje życie

To jest rozmowa o mniej śmiesznej stronie rozśmieszania. W roli głównej: komik! Na szczęście bez depresji. W tę wpadłby z pewnością, gdyby jego one man show udostępniano bez pardonu w sieci. Nielegalne źródła to gilotyna dla sztuki. Stałyby się żelazną kurtyną teatrów zamykanych jeden po drugim. Wielbiciel ascezy. Ceniący Hopkinsa i Dorocińskiego. Za minimum środków, maksimum wyrazu. Z jego vis comicą to niemożliwe – zawsze będzie za długi, za wysoki, za bardzo „z gębą”. Z Teatrem Montownia robi co chce, ale wyzwolił Go stand up. Rafał Rutkowski, po latach pracy w zawodzie aktora, został… punkowcem! Nie sposób odmówić mu racji, kiedy wyznaje, że…

 

Humor jest jak spadochron - amortyzuje życie.

 

 

Rafał, dostajesz propozycje nie do odrzucenia: masz zagrać Putina.

OK!

Dla utrudnienia - przed Putinem.

Ha!

Jak go grasz?

Jak Charlie Chaplin Hitlera w „Dyktatorze”! Nie wiem, czy Putin ma poczucie humoru. Jeżeli nie ma… Cóż, jestem przyzwyczajony do robienia żartów przed ludźmi, którzy kompletnie nie kumają np. ironii. Nie miałbym z tym większego kłopotu. A on… niech mnie nawet wyśle na Syberię. Trudno. Byłbym uczciwy wobec niego jako artysta.

Bezkompromisowa postawa. Bez względu na konsekwencje.

Mówię od serca. W każdym razie, taki byłby plan na dziś. Może siedząc już na Syberii zacząłbym żałować że się jednak nie podlizywałem.

A gdyby to nie była propozycja teatralna, gdybyś zamiast one man show miał zagrać Putina w filmie obyczajowym? To byłaby Twoja główna rola. Jakbyś go obronił?

Wiesz, ja się nad Putinem wielokrotnie zastanawiałem…

Jak każdy z nas.

Na pewno, jest za blisko naszej granicy. Nigdy nie uważałem go za człowieka niespełna rozumu, albo wręcz szaleńca. Mam poczucie, że jest to człowiek uwikłany. Rządzenie Rosją, to nie jest prosta sprawa. On jest na pozycji konfrontacyjnej pomiędzy milionami ludzi, którzy potrzebują twardej ręki, chcą mieć cara, a rządem, który wywodzi się z dawnego KGB, firmą, która pewnie tak naprawdę nadal manipuluje tym państwem.

I jeszcze to wszystko dzieje się na arenie światowej.

Dokładnie. Wydaje mi się, że gdybym miał go wybronić, to pokazałbym człowieka, który by przetrwać, musi nieźle lawirować. Jestem przekonany, że gdyby zagrażał jakiemukolwiek interesowi Rosji, KGB, to zlikwidowano by go bez żadnych sentymentów. I on z tym żyje na co dzień. Szukając ludzkiej strony, tak bym to „szył” jako aktor. Na pewno byłby to człowiek wielopłaszczyznowo uwikłany.

Interesująca rola…

Putin z punktu widzenia aktora, to arcyciekawa postać. Jest wieloznaczny. Wystarczy obejrzeć jakąkolwiek konferencje prasową z jego udziałem. Z pokerową twarzą dyktatora wciska kit mediom całego świata. Patrząc prosto w kamery. Żaden współczesny władca demokratycznego państwa nie pozwoliłby sobie na tego rodzaju bezczelność. Gama emocji, które muszą się w nim miksować, sama w sobie jest już szalenie fascynująca. Pamiętam jego zaprzysiężenie. Kiedy wchodził w kremlowskie drzwi, to wyglądało to jak za czasów Bizancjum. Z jednej strony można by zagrać cara, z drugiej człowieka, za którym stoją ciemne siły i który musi się mierzyć z całym światem. Ludzie w Rosji składają mu hołdy jak bogu, śpiewają o nim piosenki. Ironizując, on niedługo będzie zamieniał wodę w wódkę! Nieprawdopodobna postać. Bardzo, bardzo ciekawa do zagrania.

Ja się nie mogę doczekać, kiedy Teatr Montowania weźmie na warsztat polityków! Wiem, wiem, artyści stronią od polityki ale… widzę Macieja w roli kanclerz Merkel, Adama jako ciemnoskórego prezydenta i Marcina na luzie grającego Francuza albo Premier Ewę Kopacz…

Jeśli chodzi o nas czterech, czyli Teatr Montownia, zwłaszcza o opowiadanie tego, co dzieje się tu i teraz, to to się nigdy nie mieściło w naszych ramach. Polityka zwłaszcza.

Pytam Cię o to nie bez kozery, bo to co robisz w stand up’ie, to są mega uniwersalne, ale i współczesne rzeczy. A wszyscy czterej macie fantastyczny warsztat. Uczestniczyłam w Waszych warsztatach teatralnych, od lat przeglądam Wasz repertuar i czekam aż zrobicie sztukę, która wstrząśnie opinią publiczną. Żyjemy w bardzo ciekawych czasach. Materiał leży na ulicy.

Zgadzam się, ale dotknęłaś sedna. Dzieje się – fakt, materiału w brud – to prawda, ale patrząc na polską dramaturgie współczesną, z nami jest jeden podstawowy kłopot – nie ma tekstów na czterech mężczyzn! Mówiąc krótko, dla nas one muszą być napisane specjalnie i tu jest pies pogrzebany. My mamy specyficzne poczucie humoru, osobliwy dystans do świata. Opowiadanie o „tu i teraz” z tej perspektywy, jest bardzo trudne do napisania. Ja wielokrotnie współpracowałem z Michałem Walczakiem, który ma ten zmysł…

Z Piotrem Cieplakiem zrobiliście to samo.

Zrobiliśmy podobne rzeczy.

Jest jeszcze jeden facet, z którym macie niewątpliwie wiele wspólnego - Andrzej Saramonowicz. Wystarczy poczytać jego felietony w jednym z ogólnopolskich tygodników. Coś mi się migasz.

Masz rację, ale to musiałby być zbieg wielu okoliczności: chęci naszej, dramaturga i sprzyjający czas ku temu, by powstało coś naprawdę fajnego. Tak było z „Testosteronem”, komedią teatralną, która święci triumfy na całym świecie, a którą Andrzej napisał specjalnie dla nas. Po prostu zdarzył się odpowiedni moment. Siedzieliśmy w knajpie i dywagowaliśmy jakie to baby są okrutne. On i ja byliśmy po tzw. przejściach. I Andrzej nagle wypalił - wiesz co, mam taką ideę w głowie… Musi być porządny motyw! Jak w zbrodni doskonałej. Lont podpalony, efekty eksplozji znasz.

Nasza scena polityczna jest pełna odcieni i postaci zarysowanych grubą kreską, można by ją w sposób tragikomiczny świetnie pokazać, sparodiować…

Uważam, że tragifarsa, czarna komedia, to najlepsze formy opisania naszej sytuacji. Politykę postrzegam jako pewnego rodzaju grę. Nawet miałem pomysł razem z Maciejem Łubieńskim, na zrobienie sztuki politycznej o kandydacie, który startuje, ale z różnych powodów nie może wziąć udziału w wyborach i partia wystawia za niego… sobowtóra. Kiedy patrzę na niektórych ludzi o bardzo nikłej inteligencji i wykształceniu, którzy mimo to, są politykami ponieważ mają cechy, które sprawdzają się w tej profesji, to chce mi się płakać. Jeszcze długo w polskiej polityce umiejętność słuchania społeczeństwa i wychodzenia mu naprzeciw, będzie nieosiągalnym pułapem. Poziom, który coraz lepiej funkcjonuje na zachodzie, w Skandynawii, za oceanem, u nas pozostaje w sferze marzeń, bo my wciąż mamy sejmik gdzie kilku samców z różnych frakcji walczy o swoje racje, a nie o dobro dla ogółu. To jest prosty i prymitywny poziom. Może to się kiedyś zderzy z naszą poetyką i powstanie taki spektakl. Czas pokaże.

 


Rafał Rutkowski i Adam Woronowicz w „Depresji komika”, fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska/Teatr Polonia 

 

Polityką się nie zajmujemy, że zacytuję klasyka, ale przejrzawszy Twoją filmo-teatro- grafię trudno nie dostrzec wręcz karykaturalnego obrazu – najczęściej grywasz księży, złodziei i właśnie polityków! Zazwyczaj aktorzy, zwłaszcza dawniej, latami budowali swój wizerunek, np. amanta lub buntownika. A Ty masz taką vis comicę…

Dzięki której… księży, rzeczywiście nagrałem się tabunami. Zawsze byli jacyś pokrzywieni, dziwni. Dla aktora to cudowne wyzwanie. Ksiądz, to z gruntu fascynującą postać bo na „dzień dobry” mamy tu pewne pęknięcie, złamanie, coś fałszywego. Mnie to bardzo bawi. Facet, który poświęca swoje życie pewnej idei i nie może robić tego, co chce robić każdy prawdziwy mężczyzna, czyli uprawiać seksu, jest tak nieprawdopodobnym zjawiskiem, że aż kusi zawodowo, bo w tej roli można odegrać pełne spectrum emocji. A jeżeli chodzi o politykę, to gdyby spytać statystycznego Polaka, kto to jest polityk, to w pierwszych kilku definicjach otrzymamy: szuję, oszusta, kłamcę, złodzieja - dla aktora już na starcie jest atrakcyjnie. Przy czym, z tych dwóch postaci, złodziej jest bardziej…

Klarowny?! Bo ma zasady, jakiś kodeks?

Szlachetny, rzekłbym nawet! Widzisz, ta doza ironii, którą tutaj operujemy jest bardzo adekwatna do tych postaci. Ze względu na moją charakterystyczną gębę i postać, pewnego rodzaju…

plastyczną formę ciała…

…która bardziej przywodzi na myśl Monty Pythonowców, to naprawdę, jak się widzę na ekranie, czego bym nie zrobił i jak się nie starał, to i tak będzie wyglądało śmiesznie.

Gdybyśmy chcieli rozpracować te trzy najczęściej grywane przez Ciebie postaci- id, to złodziej? Ego – polityk? A superego - ksiądz? Jakbyś to ułożył psychoanalitycznie?

Pewnie jest w tym trochę racji, że ten zawód działa terapeutycznie, że wcielając się w różne role, grzebiąc w psychice bohatera można przerobić jakieś swoje rzeczy, albo je przynajmniej odkryć. Jak chyba wszystkich aktorów, fascynują mnie ciemne strony ludzkiej natury. Wszyscy ulegamy id, bo wszyscy łamiemy się przed jakimiś pokusami. Ja jestem zodiakalnym bliźniakiem. Moja żona mówi, że generalnie, to ze mnie cichy, prosty, przewidywalny facet. Natomiast to co wykonuję na scenie, to są naprawdę pokręcone rzeczy. Najwyraźniej ulegam jakiemuś samo-zachwytowi sobą, skoro wybrałem taką, a nie inną pracę. Aktor musi być skupiony na sobie by móc wywalać te wszystkie emocje. Niektórzy mają przerost Ego. Ale rzeczywiście pewien rodzaj narcyzmu, egocentryzmu jest niezbędny w tej profesji. W życiu prywatnym nie mam potrzeby bycia w epicentrum wydarzeń, na scenie czuję się jak ryba w wodzie. Lubię być sam na sam z publicznością. Pokazać, że swobodnie wodzę za nos kilkaset osób. Będą się śmiać kiedy zechcę i jak dyrygent sprawię, że ucichną. Nie ukrywajmy, musi być w człowieku jakaś wewnętrzna potrzeba by tak wyjść na scenę bez obaw, konfrontacyjnie i jeszcze to lubić! Kiedy stoisz za kurtyną, słyszysz cichnące szmery i czujesz ten tłum ludzi oczekujących, że za chwilę zrobisz coś z nimi, cokolwiek: wstrząśniesz, rozśmieszysz, doprowadzisz do łez, to jest w tym jakaś perwersja. Nie odbiegłem za bardzo od tematu?

Odbiegłeś! I to cudownie. Podrzucając temat psychoanalizy chciałam nawiązać do jakże aktualnej, zwłaszcza w kontekście niedawnej śmierci Robina Williamsa „Depresji komika” w reżyserii Michała Walczaka, którą wraz z Adamem Woronowiczem gracie w Teatrze Polonia ale… najwyraźniej ten temat Ciebie nie dotyczy bo właśnie opowiedziałeś jak bardzo satysfakcjonuje Cię uprawianie Stand Up’u!

O śmierci genialnego Robina Williamsa dowiedziałem się będąc na wakacjach w Szwecji, na kempingu, w pogodny dzień. Zmartwiło mnie to, ale gdzieś w głębi duszy czułem że tak mogło się z Williamsem skończyć. Udzieliłem czterech wywiadów telefonicznych w sprawie „Depresji komika”. A temat sztuki zrodził się z moich rozmów z Michałem Walczakiem kiedy grałem „To nie jest kraj dla wielkich ludzi” na przemian z „Ojcem polskim”, jeden za drugim one man show. Wychodziłem do ludzi, ładowałem w nich energię, było super, schodziłem wyżęty jak gąbka, wracałem ledwie żywy do domu, a tam dziecko z gorączką płacze do rana, rata kredytu do spłacenia, samochód się zepsuł…

Życie.

Życie, ze swojej mrocznej strony. Następnego dnia musiałem robić to samo. I tak zrodził się pomysł pokazania tej mniej śmiesznej strony rozśmieszania. Potem prześledziłem biografie Benny Hilla, Jima Carrey’a, Johna Cleese’a…

Wszyscy po przejściach.

Ci faceci spędzili więcej czasu na kozetkach terapeutów niż we własnym domu, z własnymi żonami, dziećmi, o ile je w ogóle mieli! Depresyjne klimaty dotyczą Woody Allena, Petera Sellersa, geniuszy komedii! Rozmawiam ze Staszkiem Tymem i on mi mówi: wiesz, mnie już nic nie bawi. A ja wciąż czytam jego prześmiewcze felietony w „Polityce”. Temat ludzi potrafiących pobudzać do śmiechu stał się fundamentem naszej sztuki. Zastanawialiśmy się, czym dla nich jest ten śmiech? Odreagowaniem, terapią? Czy jest to ich sposób na wyjście z mroków depresji. Na szczęście ja nie jestem ani osobą depresyjną, ani negatywnie nastawioną do wszystkiego wokół. Być może stanowię jakiś wyjątek, a może mnie coś jeszcze trafi. W każdym razie w „Depresji komika” szukamy szczerych odpowiedzi, mimo, że podajemy ten temat w przystępnym opakowaniu show.

Wróćmy na chwilę do grania one man show i…

Oprócz satysfakcji, na deskach teatru czuję się po prostu bezpiecznie. A depresji, to bym się pewnie nabawił uprawiając stand up, gdyby tak, jak dzieje się to z filmem, muzyką, obrazami, czy fotografią moje one man show trafiały nielegalnie do internetu. Szczęśliwie, teatr jest chyba jedyną ostoją sztuki, której nikt nie śmie tknąć. Jedynym miejscem kultu, w którym szanuje się sztukę i artystę. Nie tylko wykonawcę – aktora, który często przecież bywa też autorem, pomysłodawcą sztuki, ale wszystkich twórców spektaklu: dramaturga, reżysera, scenografa, kostiumografa, kompozytora muzyki itd. Może też dlatego najczęściej grywam w teatrze. Nie wyobrażam sobie, jak musi się czuć człowiek permanentnie ograbiany. Przecież taki one man show, to też jest praca zespołowa! Dramaturg miesiącami cyzeluje tekst, aktor dopracowuje interpretację, oprawa muzyczna nie powstaje w godzinę, często rodzi się w trakcie prób!

W ubiegłym roku aktywnie włączyłeś się w organizowaną przez Legalną Kulturę projekt Kultura Na Widoku. Za chwilę startujemy z drugą edycją. Co Twoim zdaniem jest w niej ciekawego i warto się nią zainteresować?

Kultura na Widoku to niezwykle interesujący projekt! Jak tylko zobaczyłem te duże, kolorowe regały na Krakowskim Przedmieściu, od razu przeszedłem dookoła, dokładnie się im przyglądając. A przede wszystkim temu bogactwu, które oferuje cały projekt! Sam dowiedziałem się o kilku legalnych źródłach, co do istnienia których nie miałem pojęcia. Moim zdaniem Kultura Na Widoku jest niczym realna brama do wirtualnego świata. Pokazuje, że w sieci jest mnóstwo legalnych treści, a korzystanie z nich jest bardzo proste - klikasz i już za chwilę masz ulubione przez siebie dobro kultury na swoim telefonie, tablecie, jeśli zeskanujesz kod, czy na laptopie, jeśli spiszesz sobie link, bo chcesz obejrzeć film w domu. Genialna sprawa.


Kultura Na Widoku 2014, fot. Marta Antczak

Gdyby na premierze ktoś nagrał telefonem komórkowym całe przedstawienie i wrzucił je do sieci…

Nasza dalsza praca nie ma sensu, a to co zrobiliśmy poszłoby na marne. Lamentując: nikt nie zapłaci za bilet do teatru mogąc obejrzeć cały spektakl z nielegalnego źródła. I w tym przypadku wszyscy będą poszkodowani. Widz również, ponieważ stand up jest sztuką żyjącą. Właśnie dlatego tak lubię tę formę, że jest tu miejsce na improwizację, na reakcję widza. Dialog NA ŻYWO! Dlatego każde przedstawienie jest inne, żyje własnym życiem. Nielegalne źródła, to gilotyna dla tej formy sztuki. Tu nie liczy się tylko jakość obrazu, dźwięku ale przede wszystkim relacja widz-aktor. Szczęśliwie, mówiąc, że nikt nie przyjdzie do teatru, przerysowałem sytuację z premedytacją. Mogę sobie na to pozwolić ponieważ teatr ma się świetnie właśnie dzięki widzom!

A to najstarsza forma sztuki, która w praktycznie niezmienionej formie przetrwała do dziś!

I to jest fenomen! Deski sceny, kurtyna, kostiumy, muzyka, emisja głosu aktora bez wspomagania nowoczesną techniką – to tradycja z czasów średniowiecznych jarmarków, czyli formy, paradoksalnie, najbliższej człowiekowi! A tutaj właśnie, w teatrze, nie ma takiej opcji, żeby ktoś wyjął komórkę i zaczął kręcić to, co dzieje się na scenie. Byłby to totalny obciach, a oburzenie widzów prawdopodobnie przerwałoby spektakl. Wolę nie myśleć, co spotkałoby winowajcę. Bardzo podoba mi się Wasza kampania „W czerni kina”, w której moi koledzy i koleżanki tuż przed projekcją, dziękują widzom za obejrzenie filmu z legalnego źródła, czyli w kinie. W teatrze przed każdym spektaklem witamy widzów i ogłaszamy prośbę o wyłączenie telefonów. To strasznie dekoncentrujące dla aktora, kiedy w trakcie monologu słyszy wibrację w czyimś telefonie, niestety to się wciąż zdarza. Ale to już nie kwestia Legalnej Kultury, tylko kultury osobistej. Znów odbiegłem od tematu?

Jak na zodiakalnego Bliźniaka przystało! Trygon powietrza zobowiązuje. Dygresja goni dygresję z prędkością Halnego, ale nie odpuszczę Ci… Widziałeś kiedykolwiek, jako widz, Stand Up, który naprawdę zapadł Ci w pamięć? Znasz scenę nowojorską? Masz guru tego zawodu?

Wyobraź sobie, że nigdy nie widziałem na żywo żadnego zachodniego stand up’era. Serio. Jeden jedyny raz, który można by uznać za tę formę sztuki, to był występ mojego idola, na który polecieliśmy z moją żoną specjalnie do Sztokholmu. Ale John Cleese, bo o nim mowa, nawet nie starał się rozśmieszyć, czy w jakikolwiek sposób uwodzić publiczności. W pierwszych słowach show powiedział, że wolałby siedzieć na Hawajach ale właśnie bardzo boleśnie finansowo się rozwiódł i robi to show w zimnej Szwecji dla kasy. W połowie jego występu, a właściwie „spotkania ze słynnym człowiekiem”, znając ten fach od kuchni, zorientowałam się, że mówi tylko w trzech kierunkach. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem trzy duże promtery. Z jednej strony poczułem się rozczarowany bo zamiast idola wyszedł na scenę starszy pan z brzuszkiem i w ogóle nic nie zapowiadało, że będzie robił show. Z drugiej, przyjąłem to takim jakim było – zobaczyłem na żywo geniusza, filar Monty Pythona i wysłuchałem wspomnień, anegdot z czasów świetności najlepszego latającego cyrku najbardziej cynicznych komików na świecie. Mój guru tego zawodu, lewicujący, zaangażowany i bardzo, bardzo wrażliwy Amerykanin Bill Hicks już niestety nie żyje. Zmarł na raka w wieku 33 lat. Ale był stand up’erem z powołania. Jeździł po małych ośrodkach i po prostu walił prawdę prosto w oczy. Piętnował politykę Ronalda Reagana dlatego nigdy nie dostał dobrego czasu antenowego w telewizji. Wielu słabszych kradło mu żarty i skecze, a on nawet o tym nie wiedział. Był genialnym komikiem. Doceniony po latach stał się legendą ale za życia był zbyt kontrowersyjnym stand up’erem, nawet jak na liberalną Amerykę. Cenię go przede wszystkim za niezłomność i szczerość z jaką wykonywał ten fach na przekór okolicznościom.

Fajnie, że o tym mówisz. W Polsce to Twoja niekwestionowana specjalizacja. Ale wydaje mi się, że stand up jest ciągle nie do końca odkryty w naszym kraju. Skąd się wziął w Twoim życiu? Przecież to, co zaraz po Szkole Teatralnej zrobiliście z Montownią, to już było „wielkie halo o małą formę”. Co jest ciekawego w stand up’ie i jakimi prawami się rządzi? Mniej znaczy więcej?

Przede wszystkim w stand up comedy człowiek wychodzi sam do ludzi, zaciera granicę między sobą a aktorem, występuje z imienia i nazwiska i ma tych ludzi zająć, skupić ich uwagę i rozbawić. Samo to, jest tak trudnym, ambitnym wyzwaniem, że zawsze mnie…

Kręciło?

Tak, ale rozwijało się fazami. Montownia też się przysłużyła. Od zawsze fascynowała mnie asceza. Jak w kinie, czy teatrze za pomocą małych środków pokazać kosmos jakim jest świat. Uwielbiam takich aktorów jak Anthony Hopkins - niewiele grając, potrafi pokazać meandry ludzkiej psychiki. W Polsce jestem wielkim fanem Marcina Dorocińskiego, który bez fajerwerków, używając bardzo oszczędnych środków wyrazu zagra każdą, najtrudniejszą emocję. Jest wiarygodny na boisku i w obławie. Ja tak nie potrafię. Wracam do tematu mojej vis comiki – zawsze będzie mnie za dużo. A nie ma prostszej formy niż stand up więc się świetnie uzupełniamy, bilansujemy. Tu najbardziej liczy się osobowość i to, co człowiek ma do powiedzenia, na ile ciekawe ma skojarzenia. To jest ta baza, dzięki której jednego człowieka słuchamy, a drugiego nie. I najważniejsze: stand up nie ma nic wspólnego z aktorstwem! Jest dla mnie odskocznią od zawodu. W przeciwną stronę. Im więcej aktorstwa, tym gorszy stand up. By być dobrym stand up’erem musiałem w sobie stłamsić aktora, udławić się warsztatem. Co było nie lada wyzwaniem i te początki były dla mnie bardzo…

Zagrywałeś się?

Zagrywałem, przerysowywałem, szarżowałem. Ale mając świadomość tego brnąłem, ryzykowałem. Porażki wzmacniały moje dążenie do celu. Zawsze zazdrościłem muzykom, poetom, dramaturgom - coś mnie gryzie, to na strapienie napiszę o tym powieść, wiersz, wyśpiewam piosenkę. Bum, cyk, bum i nie ma problemu. Jest to forma odreagowania. Aktor jest trybikiem w machinie, narzędziem, musi dostać rolę, którą ktoś inny dla niego napisze. A stand up daje takie możliwości. Mówię to, na co mam ochotę. A jeżeli jeszcze ludzie chcą mnie słuchać, to super!

To taki Hyde Park!

Zmiksowany ze współczesną poezją . Ma wiele odcieni, przez humor, satyrę po wulgaryzm i hardcore. Jest stand up abstrakcyjny, społeczny, nawet mieszczański! Każdy może odnaleźć tu coś dla siebie. A poza tym, najważniejszy walor: bezpośredni kontakt z publicznością. Grając w teatrze mamy tę tzw. czwartą ścianę, udajemy że widza nie ma. W filmie nie ma go naprawdę. A w stand up’ie patrzysz w oczy i zwracasz się wprost do człowieka. Dowiedziałem się, że Laurence Olivier grając w Royal Shakespeare Company po skończeniu przedstawienia wymykał się grać nocami w londyńskich kabaretach!

Żeby odreagować?

Nie, żeby poczuć publiczność! Żeby nie tracić kontaktu z ludźmi. To najcenniejsze w tym zawodzie.

Ładna historia.

Super! Ten gatunek na świecie stoi bardzo wysoko. Komików, ludzi potrafiących interesująco mówić, patrzeć na świat z innej perspektywy, bawić się skojarzeniami bardzo się docenia. U nas jeszcze nie mamy takiej kultury.


Na planie serialu „Przepis na życie”, fot. Piotr Litwic/W-Impact/TVN

Ale było kilka prób, jak choćby cykl „HBO na stojaka”. Pomijając od lat pracujących solo na scenie kabaretowej Jerzego Kryszaka, czy Marcina Dańca, również prezenterzy telewizyjni jak Tomek Kammel, czy Hubert Urbański (aktor z wykształcenia) próbowali propagować ten gatunek ale… wciąż jest Was za mało. Gdybyśmy dziś zapytali statystycznego Polaka wymieni Ciebie i właściwie uprawiającego one man show od lat, Szymona Majewskiego (nawet w formie pomysłów w słynnym „Wieczorze z Alicją”) .

Jest grupa ludzi, którą ja jestem szczerze zafascynowany i która zrobiła najwięcej dla polskiego stand up’u. Nazywają się Stand up bez cenzury. Oni dokonali nieprawdopodobnego skoku w tym temacie, a działają dopiero od paru lat. Według mnie, są bardzo blisko modelu zachodniego. Owszem, próby były ale wiesz, stand up’u nie można stworzyć na zasadzie projektu: skrzyknijmy ludzi i podzielmy się rolami. Prawdziwy stand up zaczyna się od dołu. Od ochoty kogoś, kto wychodzi w klubie i do 20 osób mówi, co mu się nie podoba, a raczej – zagrajmy słowami – co mu się żywnie podoba!

Chcesz powiedzieć, że Laurence Olivier był punkowcem?! Jeśli, to w takim razie Ty też jesteś! A ja uważałam, że współcześni punkowcy, to hiphopowcy…

Stand up w naszym kraju spokojnie może przejąć schedę po punku i hip hopie! I poprzez niezawężoną do skrajnie gatunkowej muzyki formę dotrzeć do szerszego audytorium.

God Save the Queen! Zaraz wywołamy rewolucję społeczną.

Serio. Ludzie, którzy dziś uprawiają stand up w Polsce, mają po dwadzieścia, dwadzieścia parę lat.

Masz rację, Magik gdyby żył, byłby za chwilę czterdziestolatkiem, podobnie jak większość liderów polskich formacji hip hopowych. Czas na zmianę warty.

Ja, to już w ogóle jestem jakimś dinozaurem na tej arenie. Gadam o żonie, rodzinie, życiu, czasem pojadę po politykach. Młodych bardziej zajmują kwestie podrywu, jaką wódkę kupić na imprezę do sąsiedniego akademika i gdzie wyemigrować po studiach, bo przecież tu nie mają żadnych perspektyw!

No future!

Punk’s not dead! Publiczność stand up’erska to też bardzo młody odbiorca. Wszystko ogląda na Youtube. A tu nagle wychodzi do nich jakiś brachiozaur i ich zaczepia, domagając się uwagi. Poza tym jestem aktorem. Muszę się bardziej postarać, żeby się przebić. Co mi bardzo odpowiada. W ogóle stand up sprawia, że mój mózg funkcjonuje na szybszych obrotach, myślę kreatywniej, trafniej kojarzę, jestem umysłowo zwinniejszy.

Słucham Cię uważnie i myślę, że jesteś na prostej drodze do… kariery politycznej!

Bardzo mi się spodobało to, co ostatnio, przy okazji promocji swojego najnowszego filmu „Obywatel” powiedział Jerzy Stuhr. Ponieważ wie, jak kłamać zawodowo, bardzo by się bał zostać politykiem, bo wiedziałby doskonale…

Jak uwodzić tłumy?

Właśnie. Dla aktora, to byłaby bułka z masłem, czyli nudy. Polityka to fajna rzecz. Fajna w swojej idei wpływania na świat. Powodowania żeby ten był coraz lepszy. W dzisiejszym stanie Polski do polityki trzeba zupełnie innych mięśni, niż te, z których ja robię pożytek. Patrząc na np. scenę polityczną w Szwecji, oglądając tamte debaty, śledząc wybory, słuchając poruszanych tam kwestii, odkryłem, że to jest kompletnie inny świat. Szwedzki polityk w Polsce zupełnie by się nie odnalazł.

Raczej czułby się zagubiony jak w matriksie!

A nasz polityk tam, w Szwecji…

Nie miałby racji bytu.

I to już na poziomie lokalnym. Rozmawiałem kiedyś z Anią Muchą, która w wieku dwudziestu paru lat została radną. Opowiedziała mi jak wyglądały posiedzenia z panami z brzuszkami piwnymi i z wąsami, którzy ślinili się na jej widok mając w głębokim poważaniu to, co miała do powiedzenia. Tam chodziło o wszystko, tylko nie o to by coś zrobić. Mój ojciec był radnym w Białymstoku. Pamiętam historię Andrzeja Łapińskiego, który opowiadał o swoim epizodzie bycia posłem. Potrafię to sobie wyobrazić. Andrzej Wajda, Krzysztof Cugowski też próbowali swych sił. Patrząc na tych ludzi ze świata sztuki, ze świadomością, że jedynymi, którzy naprawdę zaistnieli na arenie politycznej byli Krzysztof Piesiewicz i Kazimierz Kutz, to bilans wychodzi na minus. Ale zważywszy wyżej wymienionych i np. karierę wspomnianego Ronalda Reagana okazuje się, że może każdy artysta nosi w kieszeni buławę.

Oprócz błazna.

Coś w tym jest. Śmiech jest spowodowany pewną dozą pozytywnej energii, którą z siebie trzeba wygenerować i wrażliwości, którą człowiek musi posiadać. Koszt jest olbrzymi. Najczęściej poświęca się siebie samego. Każdy artysta musi z czegoś czerpać. Biografia Moliera, genialnego komediopisarza, faceta, którego zaszczuto, który borykał się z przeróżnymi kłopotami, ale nigdy nie zrezygnował ze sztuki jest niebywale fascynującym studium tej mrocznej strony śmiechu. Jakie sprzężenia zwrotne przenikają się w umyśle człowieka w zapaści żeby powstała tak ironiczna, prześmiewcza a jednocześnie humanistyczna komedia jak „Świętoszek”, „Skąpiec”, czy „Mizantrop”?!

I jak przewrotne bywa życie…

Dokładnie. Jestem przekonany, że Robin Williams wielokrotnie spotykał się z sytuacją: O! Pan jest śmieszny, niech nas pan rozśmieszy. Zawsze kiedy oglądam portret naszego narodowego błazna, Stańczyka, to podskórnie czuję melancholię, pewien rodzaj wyobcowania...

Niezrozumienia.

I osamotnienia! Humor jest pewnego rodzaju tarczą. Komicy mają ten niezwykły zmysł obronny, potrafią używać odpowiednich środków ale na pewno płacą za to wysokie koszty. Nieudane życie osobiste, alkoholizm, narkotyki, depresje...

Są zbyt inteligentni i wrażliwi. Przykład Stańczyka (konsekwentnie, na każdym obrazie o twarzy Jana Matejki) uderza w sedno – mowa ciała, wyraz oczu, nie ma tam nic śmiesznego…

Zawsze czułem, że wysoki iloraz inteligencji, również tej emocjonalnej ma związek z poczuciem humoru. Gdyby człowiek inteligentny zastanowił się nad sensem życia, to by od razu strzelił sobie w łeb. Z punktu widzenia logiki nie ma to kompletnie sensu.

Po co się wysilać, skoro i tak wszyscy skończymy w piachu?

Weźmy wychowanie dzieci. Toż to udręka i koszty. Potem się okazuje, że wychodzą z domu i w ogóle nie spełniają naszych oczekiwań albo jeszcze gorzej, mają nas w głębokim poważaniu. Związki? Jeszcze większa męka. A ludzie obdarzeni poczuciem humoru mówią, może to jest bez sensu, ale przynajmniej pośmiejmy się z tego.

A z czego Ty się śmiejesz?

Staram się śmiać ze wszystkiego, z czego mogę.

A w sztuce?

Skoro wspomnieliśmy błazna… Ostatnio, wręcz do rozpuku śmiałem się na spektaklu Cirque du Soleil. Pierwszy raz w życiu, bez zażenowania i smutku oglądałem klaunów, którzy mnie bawili. Śmiałem się w głos z fantastycznych, opartych na bardzo prostych schematach skeczów typu: ładna kobieta vs brzydki mężczyzna, seksistowskich żartów. Moje dzieciaki też się śmiały. Wyszedłem stamtąd z pocieszającą myślą, że klaun nie zawsze musi być postacią tragiczną. Lubię też ten najprostszy, ludyczny humor. Ironia, absurd, to jest to, czego mi brakuje w naszym życiu publicznym, również w polityce. Pokazania, że jesteśmy ludźmi, również w tym sztywnym życiu społeczno-politycznym. Na zachodzie politycy wplatają przeróżne anegdoty w bardzo poważne wystąpienia! I to działa!


fot. Jacek Poremba

O, przepraszam, mamy ostatnio spektakularny przykład autoironii – Pani Hanna Gronkiewicz Waltz po wygranej drugiej turze wyborów umieściła fotkę z najwyraźniej podarowanym T-shirtem, na którym widnieje napis: „Bahdzo ja” i podpisała na Facebooku: „Bahdzo Wy!!! Dziękuję bahdzo”. Oby więcej takich! Anglicy są w tym fenomenalni.

Oby to nie był wyjątek potwierdzający regułę. Anglicy są w tym zabójczy! Kiedyś gościłem u Anglików prywatnie, w domu. Wylatujemy bardzo wcześnie rano, my zaspani, pani domu też, ale wstała żeby zrobić nam herbaty - widać, że najchętniej położyłaby się z powrotem. Mówię do niej, że damy sobie radę, a ona, że lepiej posiedzi, skontroluje, czy nie wynosimy sreber rodowych. Od razu zrobiło się fajniej. Ten angielski sarkazm jest super. Bardzo mi tego brakuje w naszych kontaktach. My Polacy mamy przeważnie spięte zwieracze. Staram się zawsze wpuścić jakiś żart, często działa, choć nie zawsze pada na podatny grunt. Nawet wśród moich rówieśników, czy młodszych kolegów po fachu.

Brakuje lekkości? Może to kwestia nikłych doświadczeń, niewyostrzonej perspektywy, dystansu do życia?

Możliwe bo za to ze starszym pokoleniem aktorów, takich jak Krzysztof Kowalewski, Stefan Friedman, Wiktor Zborowski można pójść na całego. Wiesz, kiedyś te kariery aktorskie też inaczej przebiegały. Jak patrzę na moich młodszych o połowę kumpli, to…

Zastanawiasz się, czy daliby radę pociągnąć taką komedię jak „Daleko od noszy”?

Właśnie. Nie ma teraz odpuszczenia sobie. Grałem w tym sitcomie przez parę sezonów. Obcowałem z tą ekipą fantastycznych aktorów m.in. z Anią Przybylską, Hanią Śleszyńską, Agnieszką Suchorą, Krzysztofem Kowalewskim, Pawłem Wawrzeckim, Krzysztofem Tyńcem i chłonąłem całym umysłem bo to, co tam się działo, to był pure nonsens! Nieskażone logiką głupoty w wykonaniu mega inteligentnych ludzi bawiących się formą. Ten sitcom miał stały elektorat. Wiem od Daniela Olbrychskiego, że sam zadzwonił do Krzysztofa Jaroszyńskiego żeby napisał mu coś do zagrania – i zagrał! Kultowy odcinek z Danielem w roli Wiedźmina bił rekordy oglądalności. To jest pokolenie aktorów z dystansem do siebie! Generalnie, w naszej kulturze brakuje takich rzeczy, które by tak urokliwie wpuszczały odrobinę świeżego powietrza do zatęchłych przybytków kultury narodowej.

A nie uważasz, że to się bierze z tego, że jako społeczeństwo jesteśmy nadęci, mentalnie wypchani naftaliną? Przez moment, i to też tylko nikłą część, bawiły świetne, również w formie „Camera cafe” oraz „Kasia i Tomek”. Jednak kochamy „Złotopolskich”, z całym szacunkiem…

Kochamy, fakt. To taka grupowa terapia narodowa na serio. Ale np. „Świat według Kiepskich” jest takim fenomenem, co prawda jedynym, ale polskim sitkomem, osadzonym w realiach tu i teraz, który oglądają zarówno ludzie niewykształceni, jak i profesorowie, mieszczaństwo, z założenia negujące wszystko małolactwo i wyższe sfery. Czyli można? Tu autorzy genialnie uchwycili to, z czego śmieją się Polacy, skończeni debile grani przez świetnych aktorów. To zresztą clou długoletniego powodzenia tego serialu – genialna obsada. Każdy Polak śmieje się z głupszego od siebie. Wszyscy tam leczymy swoje kompleksy ale takie jest zadanie komedii. Ten sitkom się rzeczywiście udał. Większość to niestety formaty kupowane i przerabiane. Ze względu na brak tej tradycji, my nie mamy zaufania do takich seriali. Mainstream humoru objęły w posiadanie kabarety, czyli to co Polak kocha najbardziej – biesiada, amfiteatr, sąsiad w gumiakach, sołtys, ksiądz, policjant. Żarty mówione do publiczności wprost, niewymagające abstrakcyjnego myślenia. To jest OK. Na wszystko jest miejsce. Tyle, że kabaret został do imentu wyeksploatowany przez telewizję i stanął w miejscu. Był świetny tercet - Mumio, ale żaden, nawet najlepszy kabaret nie może produkować nowych rzeczy w tej samej jakości na zamówienie TV co sobotę. Albo trzymamy poziom, stawiamy na jakość, zamykamy się i ćwiczymy, albo wybieramy pieniądze, sławę i karierę – zapomnijmy wtedy o jakości.

Tak samo jest z teatrem (i z każdym innym gatunkiem sztuki). Pokazaliście te mechanizmy z Montownią w spektaklu „Wszystko co chcielibyście wiedzieć o teatrze, ale boicie się zapytać”.

Zażartowaliśmy z naszego środowiska, możemy sobie na to pozwolić bo siedzimy w tym 18 lat!

Zakpiliście między innymi z Teatru 6. Piętro, z kolegów!

Pojechaliśmy w tym spektaklu po wszystkich! Z racji tego, że jesteśmy małą grupą offową, uważam że mamy glejt na to, aby śmiać się przede wszystkim z siebie samych. Chcieliśmy upuścić trochę krwi ze środowiska teatralnego, w tym również z krytyków. Balon zadęcia w polskim teatrze jest nieprawdopodobny. Np. Teatr Polonia, w którym mam przyjemność i zaszczyt grać oraz Och teatr, z którym też współpracuję, momentami grają po 80 spektakli miesięcznie! Ale przez wielu twórców obie sceny uważane są za fabryki komercyjnego chłamu. Bo generują spektakle dla ludzi. A wartość ma to przedstawienie, które pokażemy ze dwa razy w czerwcu i potem raz we wrześniu na jakimś festiwalu, na który przyjdzie 15 osób. I to jest prawdziwy teatr. No nonsens! Teatr zawsze i przede wszystkim był robiony dla ludzi. Nie istnieje teatr bez widza, nie ma czegoś takiego. Staszek Tym twierdzi, że w teatrze najważniejszy jest strażak i bufetowa. I choć ironizuje, coś w tym jest. Zresztą, te same dylematy mają oczywiście filmowcy i muzycy. Ale my tworzymy teatr więc jako Montownia, zrobiliśmy spektakl o tej branży i dobrze nam to zrobiło na psychikę.

Wspomniałeś o Ochu i Polonii - masz tu podwójną zagwozdkę. Jak to jest być między matką, a córką i to podwójnie bo zarówno w sztuce, jak i w rzeczywistości?

Fenomen tych dwóch teatrów i tych dwu kobiet: Krystyny Jandy i całego projektu teatru Polonia oraz Marysi Seweryn, która jest szefem Och teatru, to jest rzecz nieprawdopodobna na skalę światową. Przyglądam się tym wyzwaniom jakie na siebie wzięły i szczerze je obie podziwiam. Ja tak nie dałbym rady. Wiem, bo jako Montownia dwa lata próbowaliśmy okiełznać ten trud we czwórkę . Krystyna Janda to dla mnie kobieta , która ma coś w sobie z cyborga. To siłaczka, supermanka albo ma podpisany jakiś pakt z diabłem. Nie mam pojęcia kiedy ona śpi?! Inaczej nie da się zrobić tego, co ona osiągnęła w bardzo krótkim czasie. Zbudowała markę i zdobyła lojalną publiczność. Chylę czoła i kładę się plackiem u stóp.. Te dwa teatry, mają to coś, co starsi aktorzy wspominają z łezką w oku: atmosferę! Zaplecze i zespół ludzi starannie dobranych. Tu się dba o aktora. Z punktu widzenia artystycznego czuję się tam bezpiecznie. Mogę robić pod batutą Krystyny Jandy wszystko: mogę zagrać dla niej miotłę! Ona zna teatrjak mało kto. Ma instynkt, smak, totalne wyczucie widza. Z Marysią Seweryn, która gra jedną z moich żon w spektaklu „Mayday 2” wyreżyserowanym przez Krystynę Jandę, mam świetny przelot. To znakomita aktorka o wciąż rozwijającym się zmyśle reżyserskim. To, że jako Teatr Montownia, możemy na deskach obu teatrów wystawiać nasze sztuki, to najlepsza rzecz, jaka spotkała nas w ostatnich latach. Taką laurkę wysmażyłem ale należy się obu Paniom. Zresztą, przyjdźcie sami i zobaczcie!


Spektakl „Quo Vadis” Teatru Montownia, fot. Bartosz Siedlik

Dużą wagę przywiązujesz do słowa, jaki gatunek jest Ci bliski literacko?

Z książkami mam pod górkę ze względu na brak czasu. A nie potrafię czytać historii po 7 stron. Jestem fanem kryminałów i książek historycznych . Czytam głównie w wakacje. Natomiast książka, która wywarła na mnie ogromne wrażenie, to, pewnie jak dla wielu, „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa. Dla człowieka teatru, to jest relikwia, w której jest wszechświat, sprawy życia i śmierci, miłość, szatan i Bóg. Bułhakow napisał literackiego Graala! Ostatnio zawodowo musiałem przeczytać jeszcze raz „Quo Vadis” i doznałem szoku. Krzyżaków czytałem 30 razy, fascynowałem się tym ale „Quo Vadis” czytałem w podstawówce, będąc chorym, w gorączce. Kiedy teraz, po latach wróciłem, to umierałem ze śmiechu. Te opisy Ligii są okropne! Dlatego w naszym przedstawieniu ja ją gram bo uznałem, że żadna kobieta tego nie udźwignie. Ona była tak szlachetna, tak idealna, że aż do.... Najlepsze jest to, że Sienkiewicz dostał za to nagrodę Nobla! W tym roku było czytanie Sienkiewicza i Roman Pawłowski napisał felieton o tym, że to jest raczej literatura drugorzędna. I choć Sienkiewicz był zawsze dla mnie bardzo ważny, to muszę zweryfikować swoje podejście i zgodzić się z Pawłowskim. Jako dziecko chłonąłem to jak polskie westerny, to były emocje! Kiedy czytam to teraz, jako dorosły człowiek, to może zęby nie wypadają ale spory znak zapytania się pojawia. Myślę, że nasz noblista jest fantastycznym literatem na określony czas w życiu każdego Polaka. Tak, jak mogę wrócić do westernu i obejrzeć sobie dla rozrywki „Siedmiu wspaniałych” uśmiechając się do siebie, tak myślę, że Sienkiewicza trzeba odstawić na półkę w podstawówce i już nie wracać. Nic z tego teraz nie dostałem, żadnych doznań, uniesień, zachwytów.

Ależ dostałeś - temat na kolejną farsę!

Na pewno to co zrobiliśmy wyszło przekręcone. Jak to zwykle z Montownią. Ale to już widzowie ocenią wystawiając nam noty śmiechem. Zapraszamy na spektakle!

A z czego Ty się ostatnio śmiałeś?

Z „Grand Budapeszt Hotel”! Powalił mnie ten film Wesa Andersona z plejadą gwiazd, również w epizodach. Zrobiony w arcyteatralny, wysmakowany, wysublimowany sposób. Świetna zabawa wielkich aktorów! Śmiałem się do łez. Być może to jest klucz - uwielbiam kiedy inteligentni ludzie, jak Willem Dafoe, bawią się robiąc największe głupoty. Stąd zresztą moje dozgonne uznanie dla grupy Monty Python, solidnie wykształconych ludzi, nie bojących się robić absurdalnych, pojechanych żartów. Wyobrażasz sobie, że gdyby w latach 60. istniały nielegalne źródła, moglibyśmy nigdy nie doczekać powstania takiego sarkastycznego, surrealistycznego arcydzieła jak „Sens życia…”?!

Czysta abstrakcja!

Właśnie! Humor jest jak spadochron – amortyzuje życie. Nie odbierajmy sobie tego, co najcenniejsze – śmiech to zdrowie!

Rozmawiała: Anita Banita Bartosik


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!