Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Lęk przed wielką metaforą

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Lęk przed wielką metaforą

Lęk przed wielką metaforą

Jego twórczość na wskroś przesiąknięta jest malarstwem. Z równym podziwiem traktuje Petera Breugle'a, którego "Drogę krzyżową" dosłownie ożywił na ekranie, jak i Jeana-Michaela Basquiata, o życiu którego napisał scenariusz zrealizowany później przez Juliana Schnabela. W 2006 roku nowojorskie Museum of Modern Art uhonorowało jego twórczość organizacją indywidualnej retrospektywy. W 2007 cykl wideoartów „KrewPoety" stał się częścią weneckiego Biennale, a film „Młyn i Krzyż” miał swoją premierę w paryskim Luwrze. Z Lechem Majewskim rozmawiamy o jego najnowszym filmie "Onirica" i powinnościach artysty wobec świata.


Mówi Pan o „Onirice”, że jest ostatnią częścią tryptyku, na który składają się także „Ogród rozkoszy ziemskich” oraz „Młyn i krzyż”. Jednak w przeciwieństwie do tych filmów, „Onirika” nie jest inspirowana malarstwem lecz literaturą. I to literaturą najwyższych lotów, bo „Boską komedią” Dantego.

Dla mnie „Boska komedia” to bardzo gęste malarstwo. Dante tworzy niezwykle silne wizje. Właściwie cały czas operujemy wizjami, z którymi nawet malarze nie potrafią sobie dać rady. Słowa, które używa Dante mają ogromną siłę. Mamy ten obraz zadymiony różnymi poetyckimi "starociami", które są w tłumaczeniach. Niestety tłumacze usiłują oddać rytm i rym zawarty w poemacie, co jest nie możliwe, a przez to bezcelowe i zgubne. Najlepsze tłumaczenie "Boskiej komedii", jakie do tej pory czytałem, było białym tłumaczeniem w języku angielskim.

Pan zdecydował się użyć w filmie tekstu "Boskiej komedii" czytanej w oryginale, po włosku. Widz jednak dostaje do niego polskie napisy. Czy użył Pan któregoś z istniejących tłumaczeń czy też to autorska wersja Lecha Majewskiego?

Początkowo zostawiłem tylko włoskie, bo dla mnie melodia języka, która jest w oryginale, jest tak piękna, że można traktować ją jak muzykę. Ludzie domagali się jednak, by móc zrozumieć te słowa, więc uległem sugestiom. Można powiedzieć, że jest to moje tłumaczenie hybrydowe. Upraszczałem pewne wyrażenia, by zachować przekaz. Autorska adaptacja tłumaczeń.


Zderza Pan "Boską komedię" Dantego ze współczesnością i robi to bardzo odważnie, dotykając katastrofy smoleńskiej. Zdjęcia do filmu kręcone były jesienią 2010 roku. Czy wydarzenia z wiosny, bo to nie tylko katastrofa smoleńska, ale te powodzie, które nawiedziły Polskę i wulkaniczna chmura na Europą, były bezpośrednią inspiracją do scenariusza czy natchnęły Pana pomysł nową treścią?

Podstawą poematu Dantego, ale też innych wielkich twórców tamtych czasów, było odniesienie do bardzo konkretnych sytuacji politycznych, pomimo tego, że poruszali sprawy kosmiczne i boskie. Wskazówka Dantego brzmiała: jeżeli chcesz opowiadać o sobie, to nie uciekaj na skały Judahu, tylko opowiedz o kraju, z którego pochodzisz, który jest Twoją ojczyzną. To hasło było dla mnie nadrzędne. A 2010 rok był właśnie takim rokiem dopustów bożych czy wręcz scen dantejskich jeżeli chodzi o skalę katastrof, które spadły na Polskę. Zaczęło się od okrutnej zimy, poumierali ludzie. Mówiłem już kilkakrotnie o fotografii prasowej, którą widziałem w styczniu tego roku, widok jak z Salvadora Dalego - uginające się pod ciężarem lodu słupy wysokiego napięcia pod Częstochową wyglądające jak kostuchy idące po żniwo. Te pięć powodzi, które naprawdę zrujnowały mnóstwo domostw, pól - wiele z nich się nie odbudowało. Do tego dochodzi Smoleńsk i ta tragedia. Niespotykana w historii współczesnej. Żeby cała delegacja - 96 przedstawicieli wszystkich rodzajów władzy ginęło w tak tajemniczych okolicznościach. To będzie wyjaśniane bez końca i to rozszarpuje nasz kraj i naród. Powstała głęboka rana. Ludzie, którzy się przyjaźnili, przestają się widywać, bo jeden uważa to, a drugi tamto. Tylko prawda nas wyzwoli, jednak dążenia do prawdy jest jak na lekarstwo. Nie wiem, w którym momencie prawda wypłynie. Dopiero to będzie moment na jakieś zabliźnienie narodowej rany.


Gdy mieszkałem w Ameryce zawsze fascynowało mnie, że ludzie mają różne zdania, a mimo to są przyjaciółmi. W niczym to im nie przeszkadza. A tutaj jest głęboka i wzajemnie się dyskwalifikująca polaryzacja. Wyobrażam sobie Długosza, który opisuje metalowego ptaka uderzającego w ziemię. Czarna chmura, która pojawiła się nad całą Europą i sześć tysięcy lotów wstrzymanych ze strachu, że mogą pospadać inne metalowe ptaki. Wyobrażam sobie tę poetykę, którą operowali Gal Anonim czy Długosz. Dantejska metaforę. Współcześnie wytworzyliśmy lęk przed wielką metaforą, dużym tematem. Panicznie się tego boimy. Najłatwiej jest ironizować, coś wyśmiać. Natomiast jakikolwiek ton poważny jest niewskazany. W Mistrzach z przeszłości, z którymi rozmawiam, szanuję między innymi właśnie ich powagę.

Wspomniał Pan, że Amerykanie mogą różnić się w ocenie faktów politycznych, ale jednak nie kłócą się o to. Od razu przyszło mi na myśl zabójstwo Johna Kennedy'ego, które pokazał na ekranie Oliver Stone rozpatrując przecież właśnie sytuację wewnętrznego spisku. Stone jest jednak od dawna twórcą kina politycznego, Pan tej tematyki dotąd unikał. Skąd ta zmiana?

To nie jest zmiana. To po prostu poważne potraktowanie Dantego i jego "Boskiej komedii". Sam temat wymógł na mnie opowiedzenie o ojczyźnie.

Ale jednak wprowadza Pan film do kin w kwietniu. Zaledwie tydzień po piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Można odczytywać to politycznie.


Jakby był Pan świadkiem różnego rodzaju przekomarzań z kinami, to zobaczyłby Pan, że jest to tak naprawdę zbieg okoliczności. Niemniej jednak, jak mówi Leibnitz, nie ma przypadków, są tylko prawa, których nie znamy. Właściwie ta data wyniknęła z wielu wcześniejszych przesunięć, a że w jakimś sensie rymuje się z przesłankami filmu, to osobna sprawa. To taka siła bezwładu. Jest w filmie scena, którą napisałem w 2008 roku, gdzie dziewczyna bierze ślub z brzozą. Nakręciłem to tak, jak było w scenariuszu, ale teraz ma to zupełnie inne znaczenie. Rzeczywistość nadała temu inny wymiar.

Mówi się, że Dantemu przyświecało m.in. pragnienie wskazania ludzkości drogi do odrzucenia występnego życia. Pan również jest krytyczny wobec dzisiejszego świata, choćby przez scenę zaorania hipermarketu, jednak w „Onirice” nie znajduję wskazówki i nadziei dla widza.

Z chęcią poznam Pana z ludźmi, którzy uważają, że ostatnia scena - lewitacja kochanków, oraz katarktyczny wodospad w kościele to jest właśnie wizja nadziei.

Odczytałem ją jednak jako dopełnienie Apokalipsy...


Gdyby to była Apokalipsa, to woda by zmiotła modlących się; widzielibyśmy panikę, potop. Klasyczna scena biblijna. Natomiast ci ludzie stoją spokojnie, nikt nie ucieka.


Wyczułem w nich współczesną apatyczność...


Być może. Mój film jest poematem, który widzowie interpretują na swój sposób. Asocjacje, z którymi się spotykam, są czasami tak odległe od tego, co mi się wydawało... Ale oczywiście też nie wszystko rozumiem w moim filmie, ponieważ operuję metajęzykiem. Sporo scen narzuciło mi się - częściowo w wyniku lektury Dantego indukującej owe wizje we mnie. Nie dyskutuję z nimi. Jeśli się pojawiają, to znaczy, że domagają się gestacji. Pełnię jedynie rolę pośrednika w zapewnieniu im bytu. W przeciwieństwie do wielu zdaję sobie sprawę z ogromnego pola mojej niewiedzy.

"Wiem, że nic nie wiem".


Nie przesadzałbym z tym „nic”. Bo to zbyt łatwa przesada. Natomiast zdaję sobie sprawę z obszaru ciemności, który otacza nasze życie. Nie wiemy skąd przychodzimy? Dokąd idziemy? Co z nami będzie? Co po nas pozostanie? Jak kilka takich poważnych pytań zadać, to nic nie wiemy. Ponieważ ludzie na ogół są przerażeni ową ciemnością, to namiętnie usiłują nadać sens temu, co jest w zakresie ich postrzegania. A ja uważam, że poszukiwanie sensu czyli logiki przyczynowo-skutkowej jest zgubne. Można dość łatwo stać się niewolnikiem tej często fałszywej logiki, która jest rękojmią lęku.

„Onirica” swoją premierę we Włoszech miała rok temu. Jak Włosi odebrali Pańską interpretację dzieła Dantego?

Na stronie www.onirica.pl znaleźć można przedruki i fotografie włoskich gazet, które poświęciły "Onirice" mnóstwo miejsca. Film był szczegółowo analizowany, odkrywany. Włosi przeżywali film bardzo silnie. Teraz już zresztą cały tryptyk jest dostępny na DVD.

No właśnie, za sprawą dvd film zdążył jeszcze przed polską premierą trafić już niestety do serwisów pirackich.


Cóż mogę powiedzieć... Jeśli ktoś ogląda "Onirikę" na komputerze w wersji pirackiej, to pozbawia się niebywałej wizualnej przygody. "Onirica" ma bardzo wyrafinowany obraz. Mówię to z pełną świadomością, bo spędziliśmy trzy lata na budowaniu go. Jest tam bardzo dużo skomplikowanych efektów specjalnych, które są praktycznie nie do odróżnienia. Np. ptaki, które fruwają wmontowane w prawdziwy obraz. Udawanie rzeczywistości jest najtrudniejsze.


Co jeszcze stanowiło realizacyjne wyzwanie?

Choćby scena z wołami. Realizacja jej zabrała nam półtora roku aby nakręcić 29 sekund. Począwszy od znalezienia hipermarketu, który by się zgodził, przez niemożność znalezienia wołów chodzących w zaprzęgu, bo okazało się, że w Europie ten sposób orki już nie występuje i najbliższe woły zaprzęgowe są w Chinach (współproducentka, Gosia Domin usiłowała przekonać mnie, żebym zamienił woły na konie, ale było by to niezgodne z wizją, którą miałem) po budowanie w studio posadzki hipermarketu, którą ciągnięty przez woły pług rozrywa. Ale jednocześnie muszę z satysfakcją powiedzieć, że scena z wołami weszła już do światowego obiegu. Ilość reprodukcji tej sceny nawet w formie fotografii w różnego rodzaju periodykach filmowych jest ogromna.

Co ciekawe nie wymyślaliście żadnej marki hipermarketu, lecz znaleźliście taki, który zgodził się pokazać swoje logo w niekoniecznie korzystnym kontekście.

Do tego nazywa się Real - przy Onirice. Czyli rzeczywistość przy senności. To wnosi dodatkowe znaczenie.

A dlaczego do Polski film trafia z takim opóźnieniem? Wydawałoby się, że po ogromnym, również frekwencyjnym sukcesie „Młyna i krzyża” nie powinien mieć Pan problemów ze znalezieniem dystrybutora.

Mamy w Polsce mało dystrybutorów i oni na ogół boją się tematów, które są trudne. To jest przerażające, jakie to jest wąskie gardło.

Pewnie dystrybutorowi zabrakło atutów w obsadzie w postaci Rutgera Hauera czy Charlotte Rampling, których widzieliśmy w "Młynie i Krzyżu".

Wie Pan, we Włoszech czy w Anglii nie zabrakło. Ale przyjmuję rzeczywistość taką, jaka jest. Ostatecznie film trafia na ekrany, a zdaję sobie sprawę, że nie jest to film dla wszystkich.

W „Młynie i krzyżu” pracował Pan, nie po raz pierwszy zresztą, z aktorami światowego formatu. W „Onirice” świadomie postawił Pan na naturszczyka – Michała Tatarka, podobnie jak przed laty w "Wojaczku" na poetę Krzysztofa Siwczyka. Grane przez nich postaci wydają mi się zresztą podobne.

Mnie jest trudno o tym mówić, bo moje filmy są etapami mojego życia. Filmy bardzo osobiste. Nawet ostatnio miałem rozmowę z dużą dystrybucją, że w moim filmie będzie grać taka i taka gwiazda. Ale i tak stwierdzili, że to będzie film Lecha Majewskiego. To pewnego rodzaju stempel.


To chyba dobrze, że postrzegany jest Pan jako twórca kina autorskiego.

Ma to swoje plusy i, niewątpliwie, minusy. Muszę działać na ograniczonych, bardzo skromnych budżetach. "Onirica" została zrobiona za fragment tego, co dostaje debiutant kręcąc współczesny film bez efektów specjalnych. Ale trzeba się dostosować. Bo albo się robi to, co się chce skromnymi środkami, albo się milczy. Na szczęście istnieje Polski Instytut Sztuki Filmowej, istnieją Fundusze Regionalne.

Kilka tygodni temu przeczytałem w Variety, że przygotowuje się Pan już do realizacji nowego filmu „Valley of the Gods”. Tym razem budżet chyba będzie większy, bo w koprodukcji z Luksemburczykami i Amerykanami zamierza Pan podobno zgłębić świat wierzeń amerykańskich Indian.

Mam taką zasadę, że nie komentuję ani nie mówię nic o tym, nad czym pracuję.


Rozmawiał: Rafał Pawłowski
Fot. Materiały prasowe Angelus Silesius


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!