Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Nie wyobrażam sobie życia bez sztuki!

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Nie wyobrażam sobie życia bez sztuki!

Nie wyobrażam sobie życia bez sztuki!

Ruda. Harda. Charakterystyczna. W latach 80. razem z mamą, zanosiła stoczniowcom chleb, kiełbasę, fajki i półlitrowe flaszki - tak zarejestrowała konspirację oczami dziecka, pasjami czytającego… „Przygody Tomka Sawyera”. Żadnych bajek, magii, czarów! Realistka. Chciała być prawnikiem, została aktorką. W granej na deskach całej Polski sztuce „Di, Viv i Rose” wciela się w najbardziej zwariowaną z trzech bohaterek spektaklu o przyjaźni, granego przez… trzy prawdziwe przyjaciółki! Ale na ekranie, od czterech lat, dumnie nosi togę. W jednym z odcinków startującego właśnie siódmego sezonu „Prawa Agaty” z sentymentem przekracza próg Europejskiego Centrum „Solidarności”. Zawodowiec. Z wykształceniem aktorskim i muzycznym. Deklaruje otwarcie:


Nie wyobrażam sobie życia bez sztuki!


Jesteś dzieckiem Lecha Wałęsy i „Solidarności”?


Chcesz mnie wmontować w jakąś aferę?! Mam zdjęcie z 1989 roku jak siedzę na kolanach Lecha Wałęsy, ale nie, nie jestem ani nieślubnym, ani adoptowanym, ani prawdziwym potomkiem Pana Prezydenta. Za to jestem dzieckiem urodzonym w Gdańsku mieszkającym całe życie w Gdyni (gdynianie uważają mnie za gdańszczankę, gdańszczanie za gdyniankę) więc tak, wychowałam się w aurze tamtych wydarzeń, idei i przekonań. Na pewno najbardziej znany stoczniowiec świata to osoba, która w moim domu rodzinnym, w mojej świadomości o Polsce, polskości, patriotyzmie, odcisnęła duże piętno. W 1992 roku, kiedy Lech Wałęsa został wybrany prezydentem, stałam z moją mamą pod balkonem siedziby „Solidarności”. W oczekiwaniu na wyjście elekta, otwieraliśmy szampany, śpiewaliśmy na całe gardło „100 lat” i wszyscy płakaliśmy. Jako 15-latka, tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z wagi tego wydarzenia, ale niosły mnie emocje, bo atmosfera w całej Polsce była absolutnie niezwykła. Zawsze będę o nim myślała jako o autorytecie, niezależnie co się później wydarzało i co być może jeszcze się zdarzy. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Niezłe expose! Legalna Kultura uhonorowała działania Lecha Wałęsy i całego ruchu „Solidarność” w instalacji „Kultura na widoku”. Na regale dedykowanym 25. rocznicy pierwszych wolnych wyborów znalazły się dokumenty znajdujące się na liście UNESCO!

Przyznaj, globalnie jest to jedna z dwóch osób z Polski, które są rozpoznawalne na świecie. Patrząc obiektywnie, Lech Wałęsa zmienił bieg historii. I to co my, krajanie, zrobiliśmy później z tym autorytetem spowodowało, że w tej chwili upadek komuny to symboliczny upadek muru berlińskiego. A z tym się nigdy nie zgodzę. Dlatego będę go bronić. Szczęśliwie mamy wolność słowa. Wywalczoną 25 lat temu! Jest coś metafizycznego w tym, że filmy, książki, ulotki, prasa, plakaty, które jeszcze ćwierć wieku, temu funkcjonowały wyłącznie w drugim, podziemnym, a więc nielegalnym obiegu, dziś, w formie cyfrowej można obejrzeć korzystając z legalnych źródeł.


Daria Widawska z Lechem Wałęsą, fot. archiwum prywatne Darii Widawskiej

A co wydało Ci się najbardziej metafizyczne w Europejskim Centrum „Solidarności”, w którym niedawno kręciliście zdjęcia do siódmego sezonu „Prawa Agaty”?


Jak tylko ogarnęłam wzrokiem to miejsce przy Placu Solidarności 1 w Gdańsku, nie zobaczywszy jeszcze wystawy, łzy stanęły mi w oczach. Do ekspozycji udostępniono archiwa z lat. 70./80., historie ludzi, niezależnie od tego jakie są obecnie podziały między członkami tego ruchu. Tam widać jak na dłoni, że to był ruch społeczny, który wziął się z potrzeby wolności i połączył ludzi ponad podziałami. Ale największe wrażenie zrobiła na mnie ściana powstała z małych karteczek, na których zwykli ludzie napisali swoje wspomnienia, przeżycia, podziękowania oraz życzenia dla tego ruchu, jego przywódcy i wszystkich, podkreślam, wszystkich członków. Te małe białe i czerwone karteczki tworzą na tej ścianie białe tło z czerwonym logo „Solidarności”. Taki ogromny symbol. Nie da się nie wzruszyć.

Serial wraca na antenę TVN trzeciego marca, o czym jest ten odcinek „Prawa Agaty”? Możesz uchylić rąbka tajemnicy, co graną przez Ciebie Panią Sędzię sprowadziło do gmachu EC „Solidarność”?

Pożegnanie z Gdańskiem. W tym odcinku, cała nasza rodzina Gawronów, czyli Tomek Karolak, ja i dwójka naszych dzieci wracamy do Warszawy. I na koniec scenarzyści zafundowali nam taki ciekawy, wzruszający, mocny emocjonalnie akcent. Bardzo się z tego cieszę, bo mam nadzieję, że przyciągniemy tu tych, którzy nie mieli jeszcze szansy zawitać w te historyczne progi.

Gdańsk, „Solidarność”, prawo - niezła podróż sentymentalna…

To prawda. Wszystko łączy postać mojej mamy, która chciała żebym została prawnikiem. Mama była adwokatem i ja też marzyłam o tym zawodzie choć nieco inaczej. Chciałam użyć wiedzy zdobytej na studiach prawniczych do pracy w dyplomacji.

Ambitnie! Dopowiem tylko, że jako sędzia nosisz togę z żabotem w kolorze fioletowym, a to zawsze był kolor władzy, ale i szlachetności, duchowości. W dodatku w latach 60. stał się symbolem przemian, rewolt, buntu by później zostać uznanym za znak rozpoznawczy poszukujących… wolności!

Czyli jednak minęłam się z powołaniem? (śmiech)

Raczej dyplomatycznie połączyłaś je z wolnością wyboru. Taka Twoja autorska wersja. Aktorka w roli prawnika. A propos, mijają cztery lata odkąd nosisz togę, pamiętasz odcinek poświęcony prawom autorskim?

Oczywiście! Otóż jeden pan przywłaszczył sobie utwór słowno-muzyczny, czyli innymi słowy piosenkę drugiego pana. W dodatku zmienił słowa nierozerwalnie z tą muzyką zarejestrowane. W tym przypadku poszkodowanym był autor słów i kompozytor w jednej osobie. Żeby dolać oliwy do ognia, jego utwór ze zmienionym libretto został wykonany na wiecu partii politycznej, do której ów twórca miał, oględnie mówiąc, stosunek ambiwalentny. W tamtym sezonie grałam jeszcze adwokata. Broniłam praw poszkodowanego i oczywiście wygrałam tę sprawę ponieważ mieliśmy tu do czynienia z jawnym naruszeniem praw autorskich.

W rzeczywistości przegrywamy codziennie takie sprawy o naruszenie praw autorskich, np. o bezprawne rozpowszechnianie czyjegoś dzieła…


Sędzią może być tu wyłącznie sumienie każdego człowieka indywidualnie. Kwestia przywłaszczania sobie praw artystów, udostępniania nielegalnie ich pracy powinna być globalnie nagłośniona i odgórnie sterowana. Mam na myśli prawo i dyrektywy rządu w tej sprawie. W polskich kodeksach w tej kwestii jest wiele luk, niedoprecyzowanych paragrafów, brakuje klarownych wytycznych spisanych w ustawy i organów egzekwujących te zapisy. Wszystko wynika z nieuregulowania tych kwestii. Wiele spraw dzieje się tu i teraz, że tak to ujmę „na dziko”.

Trzeba by zacząć od podstaw, bo to góra lodowa, dotycząca wielopłaszczyznowo aktorów, muzyków, w ogóle twórczych zawodów bezpośrednio.

Fakt, często zastanawia mnie, dlaczego aktor dostaje tantiemy za powtórną emisję odcinka jakiegoś serialu, filmu lub teatru telewizji, a za ukazanie się danego odcinka na DVD już nie. Przecież sprzedaż wydanego dzieła na DVD, to działalność stricte komercyjna, ma przynieść dochód z założenia. To jeden z przykładów, które można by mnożyć. W przypadku artystów polskich, przydałaby się też ustawa precyzująca definicję działalności artystycznej. Jest zasadnicza różnica pomiędzy prowadzeniem programu rozrywkowego z promptera, a zagraniem koncertu, czy stworzeniem roli. Tyle się mówi o „śmieciówkach”, a aktorzy jadą przecież na umowach śmieciowych, bo czym innym jest umowa o dzieło? Przez 10 lat swojej kariery płaciłam najwyższe podatki w tym kraju. I nie miałam z tego nic. Nawet podstawowego ubezpieczenia. To są bardzo trudne sytuacje.

Zwłaszcza, jak się całe życie inwestowało w sztukę – balet, szkoła muzyczna, lata żmudnych ćwiczeń i wyrzeczeń.

Balet to przekłamanie medialne w mojej biografii. Tańczyłam w zespole pieśni i tańca z elementami baletu. I to z bardzo praktycznego powodu. Mama na swój sposób logicznie stwierdziła, że skoro jej dziecko stawia stopy do wewnątrz i potyka się o własne nogi, to może jak potańczy stawiając kroki na zewnątrz, wszystko się wyrówna (śmiech). A że wcześnie stwierdzono, że mam słuch, bo w tamtych czasach robiono dzieciom testy w przedszkolach państwowych, to skończyłam również szkołę muzyczną w klasie fortepianu. Moja mama ukończyła podstawową szkołę muzyczną, tato świetnie gra na gitarze i śpiewa. A ja poszłam dalej bo podliczając również ukończoną szkołę średnią, spędziłam nad nutami kawał życia.

Nieźle! Śpiewasz też fajnie, nie szkoda Ci tego potencjału marnować?

Biorąc pod uwagę fakt, że od 15 lat nie gram, to naprawdę całkiem nieźle… marnuję zdobyte umiejętności! Zważywszy, jaki wysiłek wykonałam by ukończyć obie szkoły, przyznam szczerze, że trochę mi tego szkoda. Ale za dobrze słyszę, żeby śpiewać (śmiech). Ciągnie mnie czasami do muzyki, ale jeśli się chce mieć normalny dom, rodzinę i przy tym być spełnionym zawodowo, to na pasje brakuje już miejsca. Trzeba z czegoś zrezygnować. Na starość zaszaleję.

Do „na starość” sporo Ci brakuje, więc wszystko przed Tobą. Glenn Close zaczynała bardzo późno karierę aktorską, bo w wieku 35 lat i dziś jest cenioną aktorką. Zawsze będę wspominać jedyny w Polsce koncert prawie 70-letniej Niny Simone. Tylko ona i fortepian. Grała na bosaka, bo już nie mogła wytrzymać w butach. Śpiewała zapominając słów i wtedy publiczność pomagała. Bisowała ze 3 razy. Nie chcieliśmy jej wypuścić…

Osobowość! Wszystko przede mną (śmiech).


Na planie 3 sezonu Prawa Agaty, z Leszkiem Lichotą. Fot. Agnieszka K. Jurek / TVN

A kogo Ty słuchałaś oprócz Mozarta, Chopina i Schuberta?

Elvisa Presleya!

Indoktrynacja taty?!

Oczywiście, ale i duża fascynacja. Potem była era Franka Sinatry, Arethy Franklin, Glenna Millera. To była muzyka, której słuchał mój tato. Kiedy byłam już w podstawówce nastała epoka fenomenów: Michaela Jacksona i Madonny.

Do Madonny jeszcze wrócimy, ale zdradź czego słuchasz współcześnie?

Wszystkiego oprócz disco polo. Od hip hopu, R’n’B, ulubionych popowych wykonawców, po mocniejszą muzykę i klasykę. Wszystkiego, co jest zrobione zawodowo, to jest wspólny mianownik. Na pierwszym miejscu liczy się aranżacja. Zwracam uwagę na produkcję. Potrafię przejść do porządku na słowami, ale muszę się zagłębić w kompozycję. Pokutuje mi szkoła muzyczna (śmiech). Jak wychwycę jakieś instrumentalne wykonanie, gdzie wchodzą pięknie skrzypce albo bas, wiolonczela, orkiestra symfoniczna, to odpływam. Kiedy usłyszałam koncert Perfectu symfonicznie, odpadłam! Uwielbiam muzyków z Afromentala, ponieważ oni są genialni muzycznie! Doceniam fantastyczny głos Christiny Aguilery. To nie jest mój ulubiony repertuar, ale zawsze chętnie posłucham jak śpiewa. Beyonce, Whitney Houston, obie niesamowite wokalistki. A z drugiej strony potrafię wtopić się w symfonię Gustava Mahlera i kompletnie mi to nie przeszkadza. Z Coldplaya mogę się szybko przestawić na polski hip hop lub mocnego rocka. Kaśka Nosowska jest rewelacyjna. Maria Peszek to dla mnie fenomenalna performerka. Zawsze będę kochała „chłopaków” ze Stonesów. Jest coś takiego, z czego kiedyś śmiałam się z mojego Taty, że rzeczywiście człowiek słucha muzyki swojej młodości. Powtórzę się, mam wszystkie płyty Elvisa Presleya. Klasyka ponad wszystko (śmiech).

Czyli jesteś analogowa? Old schoolowa?

Lubię old schoolowe, czarne krążki winylowe, ale nie mam nic przeciwko plikom cyfrowym. Po prostu jestem za tym, żeby ściąganie plików było płatne, tak jak płacimy kupując CD, czy analog. Wiadomo, że jeżeli odbiorca nie będzie płacił za coś, czego słucha bądź ogląda, za działalność i pracę twórców, to w pewnym momencie każdy twórca się podda, bo nie będzie mu się opłacało tworzyć, a nawet, banalnie rzecz ujmując, nie będzie miał za co. Ja rozumiem, że w dzisiejszych czasach wszystko jest i musi być proste, że muzykę i filmy musi się w nieskomplikowany sposób ściągać z Internetu. Popieram kwestię dostępności jak najbardziej. Sama często nie mam czasu albo siły żeby wyjść do kina. Ale za tę możliwość obejrzenia filmu bez wychodzenia z łóżka, jak wielu z nas robi, też musimy zapłacić jak za bilet w kinie, bo ten bilet jest tylko inną formą dostępności do filmu. Problem moim zdaniem polega na tym, że ludzie nie wiedzą jak odróżnić legalne serwisy od nielegalnych platform, a sumienie mają czyste bo…

Przecież płacą!

Otóż to! Tyle, że płacą za udostępnienie miejsca na czyimś serwerze i ktoś za to inkasuje np. 5 złotych, z których nawet jeden grosz nie trafia do twórców danego filmu czy muzyki! Przekładając to bardziej obrazowo, to tak, jakbyśmy trafili do księgarni i zapłacili za samo wejście, ale mogli wynieść z niej każdą ilość książek nie płacąc za nie. Abstrakcja, prawda? A właśnie tak się dzieje z filmami i muzyką w sieci.

Wracając do Madonny, w spektaklu „Di, Viv i Rose”, z którym odniosłaś spory sukces, oprócz Twoich stylizacji nawiązujących do stylu, wizerunku Madonny użyliście też fragmentu Jej utworu…


Kostiumy, w których występuję w sztuce są jawnym nawiązaniem do stylu lat 80., a jakże! A w spektaklu rzeczywiście w pewnym momencie słychać fragment słynnego przeboju „Like A Virgin” Madonny, za co oczywiście płaci się tantiemy. I to jest legalne udostępnienie. Miło, że widziałaś sztukę.

Obejrzałam jedno z pierwszych wystawień. Moim zdaniem brawurowo ukradłaś spektakl, mimo, że żaliłaś się, że to Małgorzata Lipmann zgarnia owację za pewną spektakularną scenę, której nie zdradzimy.


Oj, nie żaliłam się! I nie ukradłam spektaklu. Gośce te brawa się należą. Ja w ogóle się nie żalę i nie obrażam. Jeśli już - Joasia Brodzik zawsze to kwituje pytając: „Lipa, przypomnij mi, dlaczego się z nią przyjaźnimy?” - to bywam odrobinę złośliwa. Ale żartobliwie. Sztuka Amelii Bullmore o losach trzech przyjaciółek rozgrywająca się na przestrzeni 27 lat ich życia, z którą jeździmy po całej Polsce ma fantastyczny odbiór, a my nadkomplety. Podwójna satysfakcja bo gramy w gronie przyjaciółek spektakl o przyjaźni.

To teraz, z całym uznaniem i sympatią dla Macieja Kowalewskiego, wytłumacz się, dlaczego sama tego nie wyreżyserowałaś?

Trafiłaś mnie! Powiem ci coś, czego nigdy dotąd nie mówiłam. Mam taki plan, żeby się kiedyś pokusić o reżyserię. Ale ciągle mi się wydaje, że za mało wiem i za mało umiem. I tak naprawdę kocham stać na scenie i szkoda by mi było zwolnić to miejsce (śmiech).

Zawsze możesz reżyserować i grać jednocześnie.


Nie chciałabym tego robić. Uwielbiam pracować z reżyserami. Oni mają tzw. trzecie oko. Nie da się być w dwóch miejscach jednocześnie. Gubisz wtedy ostrość, perspektywę, koncentrację. I tak tracisz dystans kiedy to robisz, kiedy grasz, jesteś postacią. Dlatego potrzebujesz kogoś, kto na twoją kreację, pomysł, spojrzy z boku. Ale kiedyś, jeśli znajdę tekst, który mnie całkowicie przekona i pochłonie, może odważę się wyreżyserować jakąś sztukę teatralną. Póki co, ciągle uważam, że mam mądrzejszych kolegów, którzy potrafią to świetnie robić. Scenarzysta jest od napisania sztuki, reżyser od wyreżyserowania inscenizacji, kompozytor od muzyki, scenograf od dekoracji, a aktor jest od grania, jak dupa od srania – przepraszam, że w tak kulturalnym miejscu posłużę się tak niekulturalnym porównaniem, ale takiego powiedzenia Kazimierza Dejmka żartobliwie używają moi szacowni, starsi koledzy po fachu.

Masz do Nich szczęście, bo zdaje się, że nawet debiutując na Scenie Prezentacje, zaraz po Akademii Teatralnej, wystartowałaś w doborowym towarzystwie…

Graliśmy wtedy mądrą, złośliwą komedię „Gdzie jest niemowlę?” Oscara Wilde’a. I rzeczywiście miałam przyjemność zagrać na tych samych deskach z Ewą Złotowską i niestety nieżyjącymi już Mirą Dubrawską i Witkiem Skaruchem. A także moimi kolegami z roku: Magdą Maciejewską, wybitnym Łukaszem Simlatem i Robertem Kudelskim. Większość starszych kolegów spotykam przy pracy w teatrze, ale zdarza się, że i w serialach mam przyjemność podziwiać warsztat Stanisławy Celińskiej, Magdaleny Zawadzkiej, Mariana Opani i innych.


Z Agnieszką Dygant na planie 5 sezonu Prawa Agaty, fot. Agnieszka K. Jurek / TVN

Od czasu debiutu zagrałaś sporo ról na wielu scenach, czy któraś ze sztuk, w której wystąpiłaś jest Ci szczególnie bliska?


Nie klasyfikuję spektakli w żaden sposób. Oczywiście najbliższa jest mi sztuka, w której w danym momencie gram, bo tworzę postać na bieżąco. Ale nie chcę tego oceniać ani w sposób artystyczny, ani osobisty. Nie segreguję ról pod względem, która przyniosła mi najwięcej emocji, która wywarła jakieś piętno, ani pod kątem tego, czy któraś zmieniła bieg mojej drogi zawodowej itp. Natomiast od strony prywatnej i emocjonalnej najbliższym mi spektaklem jest „Di, Viv i Rose”. Dlatego, że po latach namówiłam do zagrania w teatrze Joasię Brodzik, potem ku naszej całkowitej aprobacie Maciej Kowalewski zaproponował Małgosię Lipmann, a my we trzy przyjaźnimy się od lat 18-stu! Ja z Małgośką nawet 19-stu. Dlatego to spotkanie trzech przyjaźniących się osób pokazane na scenie na przestrzeni 27 lat spowodowało emocjonalny zwrot w moim życiu prywatnym. Oprócz tego, że wyszedł nam dobry spektakl, to ugrałam jeszcze wartość dodaną, że sztuka o przyjaźni powstała w grupie bardzo silnie związanych osób, które przeżyły ze sobą niejedno. Plus to, że Joasia po 12-stu latach odważyła się stanąć ponownie ze mną na deskach. Ostatni spektakl przed przerwą - „Seks nocy letniej” Woody’ego Allena w reżyserii Feliksa Falka - też zagrałyśmy razem. I pomimo tych różnych zawirowań zawodowych, prywatnych, mężczyzn, ślubów, urodzonych dzieci i innych rzeczy, udało nam się po latach znów stworzyć coś wspólnie na scenie teatru. Jest w tym coś niesamowitego, bo każda z nas ma swoje zajęcia zawodowe i od lat spotykamy się tylko prywatnie. Fakt, że również zawodowo nasze drogi się przecięły związał nas jeszcze mocniej, choć wydawało się, że mocniej już się nie da. Podróżujemy z „Di, Viv & Rose” po całej Polsce, wiecznie gadamy jak na spotkaniach towarzyskich i zawsze mamy alibi, że jesteśmy w pracy (śmiech). Naprawdę uważam, że to jest nie tylko zawodowy, ale i mój mały prywatny sukces.

Zostawmy deski sceny, przejdźmy na ekran. W „Tańcu z gwiazdami” Beata Tyszkiewicz nazwała Cię Ritą Hayworth, masz jakąś ulubioną postać z kina stylowego?


Porównanie tyleż urocze, co dalekie od prawdy (śmiech). Rita Hayworth miała to coś, ale ja zawsze wielbiłam Bridget Bardot i odkąd pamiętam śmieszyła mnie rewelacyjna Giulietta Masina.

A ze współczesnych postaci, masz kogoś, kogo szczególnie cenisz, oglądasz każdy film?


Roberta Więckiewicza!

Lubisz facetów z wąsami?!


(śmiech) Roberta pokochałam nie za „Wałęsę” lecz za „Wszystko będzie dobrze”. Uważam, że jego kreacja w tym filmie jest oscarowa.

Skoro już jesteśmy przy Oscarach, jaki film w ostatnim roku zrobił na Tobie wrażenie? Tak, że aż sobie pomyślałaś: ech, zagrać taka rolę…

Ja w ogóle oglądając dobry film, często myślę: ech, zagrać taką rolę… ! Długo rozpamiętywałam nominowane „Dzikie historie”, „Whiplash” mnie powalił! Miles Teller, młody aktor, który włożył w tę rolę całego siebie, wgniótł mnie w fotel swoją kreacją. Może zadziałała tu szkoła muzyczna, męka ćwiczeń, empatia, ale też szacunek. Choć oczywiście nagrodzony już Złotym Globem i Oscarem J. K. Simmons również zagrał rewelacyjnie. Mam w stałym repertuarze kilka obrazów ze światowego kina, ale nie ma dla mnie lepszego filmu w historii kinematografii niż „Lot nad kukułczym gniazdem”. Gra Jacka Nicholsona i każdej postaci, które się tam przewijają, na drugim, trzecim planie, to jest nieprawdopodobna plejada ról charakterystycznych! „Porozmawiajmy o Kevinie” z Tildą Swinton – rewelacyjne spojrzenie na relację dziecko-rodzic, wstrząsnęło mną jako matką. Moje ukochane „Niebezpieczne związki”, w których John Malkovich fenomenalnie połamał kostium, siadając nonszalancko w pełnym rozkroku, frontem do widza. „Forrest Gump”! Wymieniam filmy, o których wszyscy wiedzą, że są wybitne ale dlatego do nich wracam. „Ziemia obiecana” - światowe kino, światowe role. A współcześnie? Nie będę odosobniona - „Ida”. Stylowy, artystyczny w pełnym tego słowa znaczeniu, świetnie zagrany, fantastycznie wyreżyserowany znakomity pomysł i rewelacyjne zdjęcia. Inne, przemyślane, bardzo spójne kino. Naprawdę oscarowe.

Mając za męża Michała Jarosińskiego, operatora filmowego, jesteś blisko tematu, masz jakiś film, który zapamiętałaś dzięki zdjęciom? Muzykę ilustrującą film?

Bardzo długo byłam zakochana w muzyce Ennio Morricone. Naprawdę lata całe trwała ta fascynacja, bo to jest twórca niezwykle wrażliwy. Cieszę się, że jest ktoś taki jak Jan A. P. Kaczmarek, który tworzy piękne dzieła, ale nade wszystkich stawiam twórczość Wojciecha Kilara, dla mnie to jest światowa czołówka. Jeśli chodzi o obraz, to lubię filmy, w których zdjęcia nie są wydumanymi fajerwerkami, za to spójnie korespondują z tematem. Wolę kiedy nic mi nie przeszkadza w filmie. Nic nie jest osobnym dziełem. To samo dotyczy muzyki. I nawet czasem sposób opowiadania może być bardzo klasyczny, narracja obrazem niewyszukana, nie wybijająca się, tylko płynąca z tokiem filmu. Ale są wyjątki. Zdjęcia w „Idzie” wypływają na pierwszy plan, a zupełnie mi to nie przeszkadza. Może dlatego, że sposób opowiadania, trochę z perspektywy podglądania, w ramce, na brzegu kadru, sam w sobie jest bardzo ciekawy. Dzięki narracji obrazem, to majstersztyk i tutaj obraz bardzo pomógł całej fabule.

A z historii walki o wolność?

Bliskie są mi ikony nakręcone w latach 70./80. „Człowiek z marmuru”, „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy i oczywiście „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. W 1980 roku miałam 3 lata, później dopiero wiele rzeczy pojęłam dogłębnie. Ale sporo pamiętam. Widzę jak z mamą idziemy pod bramę stoczni, a w siatce mamy chleb, kiełbasę, papierosy i flaszkę wódki. To się woziło stoczniowcom i podawało przez bramę. Mnóstwo ludzi tak pomagało, całymi rodzinami. Takie mam wspomnienie z dzieciństwa. Choć nie zdawałam sobie w pełni spraw, tego w czym wtedy uczestniczyłam, dziś mam ogromny sentyment do tamtych wydarzeń. Szmuglująca alkohol nieletnia, to by było coś, gdybym zrobiła karierę jako prawnik! (śmiech)

Z tej nieletniej wyrósł dobry człowiek. Uczestniczysz w wielu, różnych akcjach charytatywnych. Nawet jak już zagrałaś w filmie, to panią wychowawczynię z domu dziecka, skąd Ty to w sobie masz?

Wiesz, że ja tego filmu nigdy nie widziałam. Ilekroć telewizja emituje „Hanię” Janusza Kamińskiego z Agnieszką Grochowską i Łukaszem Simlatem w rolach głównych, to ja nie mogę z jakiegoś powodu spokojnie zasiąść przed telewizorem. A jeśli chodzi o kwestię dobroczynności, to bardziej skupiam się na negatywnych stronach swojego charakteru. Widzę swoje wady. To, że jestem złośliwa, nadpobudliwa, upierdliwa, że lubię dyrygować. Jest tego trochę i nad tym staram się pracować. To co pozytywne, jest nudne. Daj spokój. Moim zdaniem jakoś specjalnie nie odbiegam od reszty świata.


W ukochanym Trójmieście, Prawo Agaty sezon 6. Fot. Agnieszka K. Jurek / TVN

Ale coś musiało mieć wpływ na taką postawę w życiu, oprócz rodziny oczywiście. Na jakiej literaturze się wychowałaś?


Rosyjskiej! Dostojewski i Czechow przede wszystkim. Ale pierwszą ważną książką w moim życiu, którą czytał mi jeszcze tata, bo sama nie potrafiłam, były „Przygody Tomka Sawyera”. Pamiętam, że byłam bardzo małym dzieckiem kiedy wpadłam w szloch, że nie chcę słuchać „Królewny śnieżki i siedmiu krasnoludków”. Moi rodzice nie wiedzieli co mi czytać, bo negowałam wszystkie historie braci Grimm czy Andersena. Żadnych bajek, mydlenia oczu, magii. Jak widać, od zawsze byłam realistką (śmiech). Aż pojawił się Tomek. I to był strzał w dziesiątkę od pierwszej strony. Potem pojawił się Huckleberry "Huck" Finn i cała galeria charakternych postaci literatury dziecięcej. Długo rządziła „Ania z Zielonego Wzgórza”, wszyscy mi mówili, że jestem do niej podobna. Miałam długie, rude, kręcone włosy. Chodziłam dumna jak paw. Rudą Pippi Langstrumpf bardziej wolałam oglądać.

Daria, czemu kino się o Ciebie nie upomina? Jesteś charakterystyczna…

Widocznie nie można mieć wszystkiego. Bardzo chętnie pójdę na castingi, uważam, że są nieodłączną stroną tego zawodu. Nie wiem, może nie ma dla mnie miejsca w polskim kinie. Nie ukrywam, że chciałabym zagrać w fabule. Trochę to dziwne w Polsce, że tak sztywno klasyfikuje się aktorów - że jestem aktorką serialową? No i co z tego?

Zwłaszcza, że serial się zmienia! W Polsce już trochę też. „Ekipa” Agnieszki Holland była świetna, produkcje HBO są coraz lepsze. Życzę Ci, żeby w Twoim przypadku zadziałał mechanizm dobrze sprawdzony w USA – tam serial jest na mega wysokim poziomie i wielu aktorów, dziś zdobywających Oscary czy Złote Globy, zanim dostało się na duży ekran szlifowało warsztat na małym.

Tam jest inna rzeczywistość. Meryl Streep też zagrała w serialu i nikt jej tego nie wypomina. Od serialu odszedł George Clooney i wybił się nieziemsko. Stosunkowo niedawno dołączyłam do grona namiętnie oglądających serie, ale rzeczywiście, Amerykanie mają powalający warsztat. Zaczęłam od „Seksu w wielkim mieście”, przeszłam przez „Gotowe na wszystko”, „True Detective”, „300 stóp pod ziemią”, bardzo się wszystko zmieniło, rozwinęło. Mój ukochany 6-cio odcinkowy serial, „Anioły w Ameryce” to majstersztyk. Choć trudno go nazwać nawet mini serialem. Ale zobaczyć Emmę Thompson w takiej roli, Meryl Streep jako starego rabina, bezcenne! Ja się cieszę z tego co mam, życz mi więc po prostu zadowolenia i satysfakcji zawodowej.

A gdybyś mogła spełnić marzenie i zagrać w filmie reżysera, u którego szczególnie chciałabyś zagrać, to kto by to był?

Niestety nie żyje - Krzysztof Krauze.

Ex-aequo?

Też przeminęło - Krzysztof Kieślowski. Życiową szansę mogę dostać jeszcze u Wojtka Smarzowskiego (śmiech). Ja jestem gotowa, ale na to, czy kino jest gotowe na mnie, nie mam wpływu. Jak śpiewa Kazik: „jeśli zechcesz odejść odejdź, jeśli zechcesz wróć”.

 

Rozmawiała: Anita Banita Bartosik

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!