Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Bazary nielegalnych źródeł w XXI wieku to pewna śmierć dla sztuki

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Bazary nielegalnych źródeł w XXI wieku to pewna śmierć dla sztuki

Bazary nielegalnych źródeł w XXI wieku to pewna śmierć dla sztuki

Jest spełnionym choć „niedorobionym” aktorem, również, a może przede wszystkim, teatralnym. Za najcudowniej „niedorobionych”… uważa Meryl Streep i Edwarda Nortona. Na pytanie co go najbardziej porusza w kulturze, odpowiada rozbrajająco – los sztuki i jej twórcy. To pod wpływem do bólu szczerego wyznania Roberta Brylewskiego, lidera legendarnej formacji Brygada Kryzys, który w liście otwartym napisał, że nie ma z czego żyć! Artystom nigdy nie było łatwo. Wielu klepało biedę. Mówi to nie z egoistycznej troski o siebie (ma bogate portfolio: od debiutu u Mistrza Wajdy w „Pierścionku z orłem w koronie”, po nagradzane przez branżę i uwielbiane przez publiczność komediowe role w filmach „Ciało”, „Półserio”, „Lejdis”, czy „Superprodukcja”), ale w obawie o nas wszystkich - takich sideł jak nielegalne źródła nie zastawiano na kulturę w żadnej epoce! I nieważne, czy chodzi o 1 zdjęcie, pełen album z 12 piosenkami, czy 115 minut filmu. Rafał Królikowski wierzy, że Kultura zmienia ludzi! A…

Bazary nielegalnych źródeł w XXI wieku to pewna śmierć dla sztuki!


Dzwoni do Ciebie Pan Bóg i mówi: Rafał, nie dam rady dłużej ciągnąć tego wszystkiego, musisz mnie zastąpić. To jest horror, komedia, czy obyczaj?


Pewnie komedia (śmiech), ale słucham dalej prelegenta, czekam na ciąg dalszy historii.

Załóżmy, że scenariusz rzeczywiście zakłada przejęcie władzy. Co zarządzasz na wstępie?


A przyjmuję tę władzę?

A przyjmujesz tę władzę?


O Boże! To jest niemożliwe żeby móc wszystkimi rządzić!

„O Boże!”, to bardzo adekwatna reakcja w tym kontekście (śmiech), a Twoja pierwsza decyzja wobec powyższego? Co byś zrobił?


Wszystkich wysłałbym na porządne wakacje, żeby odpoczęli i złapali dystans, przede wszystkim do siebie. Ludzkość postawiła świat na głowie!

Dobra myśl! A co byś zrobił dla kultury?


Gdybym miał już ten cały świat na wakacjach, to przede wszystkim wykorzystałbym kulturę jako socjotechnikę oczyszczającą globalne zatrucie naszej cywilizacji. Jednocześnie promując to, co w sztuce najwartościowsze.  Zaoferowałbym światu ciekawe, zaskakujące, z przekazem filmy, spektakle, koncerty, obrazy, fotografię… W wykonaniu najlepszych. Wierzę, że Kultura zmienia ludzi.

Podpisuję się pod tym wyznaniem wiary. Co się znajdzie w programie artystycznym? Począwszy np. od kina.


Zaczynając z wysokiego „C” na początku zaserwowałbym wszystkim film, który przedpremierowo obejrzałem dzięki Legalnej Kulturze - „Dzikie historie” Damiana Szifrona, którego producentem jest Pedro Almodovar.

Pomysł – dynamit! Z cyklu - zburzmy wszystko by zbudować od nowa. Z całą pewnością rozpocząłbyś grupową, światową terapię przez… śmiech. W imię gogolowskiego: „z samych siebie się śmiejecie”. Zwłaszcza, że ostatnia z „Dzikich historii”, z oscarowo grającą pannę młodą Eriką Rivas, pokazuje dokładnie to, co chciałbyś osiągnąć. Żebyśmy złapali do siebie dystans i zobaczyli, na czym nam wszystkim naprawdę zależy. Dokopali się do sedna życia i zrozumieli bezsens labiryntu zachowań, którym najczęściej zmierzamy do oczywistego celu. Niezły z Ciebie RE-WIZjOneR? A tak nieśmiało podchodziłeś do tematu…


Lubię nowe wyzwania, ale jestem poukładany, muszę chwilę przemyśleć daną propozycję (śmiech). A propos terapii, te wstrząsowe ponoć przynoszą najmocniejsze efekty. Kiedy wszyscy otrząsnęliby się po projekcji tego genialnego już w samym zamyśle filmu, przegadali go i odreagowali własne frustracje, idąc tropem wakacyjnym, umiliłbym im czas seansami kina łagodzącego obyczaje. W stylu jednego z ważniejszych w moim, i przy okazji mojej rodziny życiu,  obyczaju „Cztery wesela i pogrzeb”. Większość ludzi nie przywiązuje do niego wielkiej wagi traktując jak błahą komedię romantyczną.  Ja uważam, że to jeden z piękniejszych filmów jakie widziałem. Z pełną akceptacją, ba, nawet czułością  ukazujący szeroko i głęboko różne tematy, środowiska, obyczaje i przede wszystkim nas ludzi, z naszymi wszystkimi słabostkami. Myślę, że w przypadku tego scenariusza powinno się mówić nie o sympatycznej komedii romantycznej, lecz o obyczajowej komedii humanistycznej.


Kadr z serialu "Teraz albo nigdy", fot. TVN

I to hasło powinno dotyczyć wszystkich obrazów Richarda Curtisa, którego też uważam za jednego z najlepszych obserwatorów i wręcz miłośników gatunku ludzkiego. Znakomitego scenarzysty, reżysera, świetnie dobierającego aktorów i rzeczywiście z niezwykłą łatwością łączącego obyczaj z komedią.  W dodatku soundtracków z jego filmów zawsze słucha się z przyjemnością. A co byłoby słychać na scenie głównej Twojego globalnego festiwalu życia?


Absolutną różnorodność! Od klasyki po współczesność, od Mozarta po Guettę. I totalną wielokulturowość. To byłby  festiwal różnych kultur. W rozumieniu socjologicznym i etnicznym. Z naciskiem na wiarygodność. I mistrzostwo w gatunku. Jeśli muzyka afrykańska, to w rdzennym wydaniu. Postarałbym się włożyć olbrzymi wysiłek by ściągnąć tych najlepszych z najlepszych, bo oryginalnych.

I towarzyszyłyby temu wystawy… ? Aż kusi, by kosztem dobrego nastroju, pokazać World Press Photo. To milcząca, ale najdonioślejsza forma przekazu. Niemy krzyk w tyglu wydarzeń na świecie. Ja jestem całym sercem za tym co dzieje się na Festiwalach Przystanek Woodstock, Roskilde, Solid Rock – zawsze znajdziesz tam punkty Amnesty International, Greenpeace itd. Ale to Twój Festiwal, Ty tu rządzisz…


W kwestii sztuk wizualnych… świetnie robi to Opener Festiwal. Jego Organizatorzy jako pierwsi zapraszali na tak masową imprezę dzieła sztuki współczesnej. To ciekawe wyzwanie pokazać na czym polega współcześnie oddziaływanie plastyka twórcy, jak ci  artyści kombinują , że czasami są dowcipni, często pokazują inny sposób myślenia i tym samym rozszerzają nasze horyzonty.

A propos niepozornych komedii romantycznych i sztuk wizualnych, fajny film ostatnio widziałam – „Wypisz, wymaluj… miłość” – rozprawę o wartości słowa i obrazu. Jaką książkę, może kilka, dołączysz do biletu, do przeczytania w podróży i na wakacjach?

Całe życie czytam sztuki, scenariusze ale… ale bardzo lubię biografie. Ostatnio wpadły mi w ręce „Beksińscy. Portret podwójny” Magdaleny Grzebałkowskiej i „Hanna Arendt” Julii Kristevy. A obecnie czytam "Pisarza w 10 lekcjach" Philippe Segur’a i ta pozycja…

Też nadaje się na scenariusz i to sarkastyczny? Cudownie, że po dwudziestu paru latach pracy w kulturze i tak wielu zmianach socjologicznych, które zaszły w tym czasie, nadal wierzysz, że poprzez sztukę możesz zmieniać ludzi na lepszych. Pozostańmy w sferze fikcji. Gdybyś miał ponownie wybrać ten zawód ale z bonusem, że możesz go uprawiać w dowolnej dekadzie – od kina niemego po współczesne, pełne efektów specjalnych – gdzie byś się widział?


Najciekawsza byłaby dla mnie dekada lat 70. – 80. Kino Moralnego Niepokoju. Ówczesne filmy Krzysztofa Kieślowskiego, Andrzeja Wajdy,  Krzysztofa Zanussiego. Również w teatrze działy się rzeczy spektakularne. Z tego co słyszałem z przekazów od moich starszych kolegów, co wiem z lekcji historii teatru polskiego ze szkoły teatralnej, wtedy w Polsce pozwolono zaistnieć najwybitniejszej literaturze światowej. Pojawiły się inscenizacje  Geneta, Ionesco, Becketta. I co najważniejsze – widownia chłonęła to wszystko jak gąbka. To były fantastyczne czasy! Ludzie łaknęli kultury, i to tej wysokich lotów! Chcieli oglądać trudne rzeczy, dyskutować o nich. Scena za sceną podnosiły poziom, każda premiera była wydarzeniem. Dziś wszyscy są zabiegani, zmęczeni, łatwiej im sięgnąć po lżejszy repertuar. Bardziej komercyjny. Rzadko mają czas na refleksje, na filozoficzne rozważania o normach, etyce. Obecnie, z tego co obserwuję, raczej bazują, wykorzystują to, co wynieśli z domu, ze szkoły. Z wiedzy nazbieranej w młodości. Mało kto się rozwija ogólnie-kulturowo. Raczej wszyscy specjalizują się w swoich dziedzinach. A lata 70./80. były takimi czasami, w których inteligencja była żywym organizmem. Wiem, bo do dziś spotykam takich ludzi i z zazdrością słucham ich historii. Lekarze, prawnicy, architekci, wszyscy interesowali się sztuką na bieżąco. A to przekładało się na szersze widzenie dziedziny, w której się specjalizowali. Mam wrażenie, że teraz stajemy się tacy ograniczeni, mamy zawężone pole widzenia, nie rozwijamy się indywidualnie i jako społeczeństwo. Wielka szkoda. Acz, Ty nie miałabyś wtedy miejsca pracy, bo Legalna Kultura nie miałaby w tamtym okresie racji bytu. Wówczas sztukę i jej twórców po prostu szanowano. Bycie artystą było nobilitujące.

A wiele dzieł z lat 70./80. stało się kultowymi.


Chyba kończyłem liceum, kiedy bodajże na Festiwalu „Fama” w Szczecinie, zobaczyłem po raz pierwszy „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. To był rzeczywiście wstrząsający film. Z absolutnie niezwykłymi rolami na czele z główną - Krystyny Jandy, ale też z poruszającą historią. Prawdą, którą rzadko się słyszało, o której mówiło się jedynie szeptem. Ten moment, kiedy zobaczyłem to na ekranie pamiętam jak dziś. To było coś piekielnie ważnego. Wielce istotnego do takiej obiektywnej oceny świata,  mojej ojczyzny, w której żyłem i będę żył. To nie była historia z życia wzięta. Oczywiście zainspirowani, ale wykreowali ją właśnie twórcy, artyści. Ten niezwykły przekaz był ważny wielopłaszczyznowo: mentalnie i artystycznie. Miał wpływ nie tylko na moje postrzeganie świata.

Najwyraźniej urodziłeś się za późno ale z perspektywy czasu, gdybyś miał wskazać którąś rolę męską z tamtych okresu…


Absolutnym popisem aktorskim była dla mnie wspaniale zagrana przez Janusza Gajosa rola alkoholika, człowieka w depresji, w obrazie Filipa Bajona „Wahadełko”. Dawno nie oglądałem tego filmu, ale sposób opowiadania, narracji też zrobił na mnie duże wrażenie. I na pewno można zazdrościć kariery Danielowi Olbrychskiemu, który w tamtej dekadzie, czy dwóch, zagrał mega ważne, porywające role w „Weselu” i we wszystkich widowiskach filmowych: „Potopie”, „Panu Wołodyjowskim” itd., dzięki czemu cieszył się niezwykłą estymą jak Polska długa i szeroka.


Kadr z serialu "Teraz albo nigdy", fot. TVN

Myślałam, że wspomnisz o Tadeuszu Łomnickim, aktorskim guru naszego pokolenia. Pamiętam jak weszłam pierwszy raz do Szkoły Teatralnej. Traf chciał, że On akurat przemierzał korytarz i zobaczył mnie w drzwiach. Bez słowa podał mi ramię, a trzeba dodać, że sam, „Mały Rycerz”,  sięgał głową do mojego, i zdecydowanym krokiem zaprowadził mnie do sekretariatu. Wręczył informator egzaminacyjny, szarmancko ucałował i wypowiedział jedynie brzmiące jak zaklęcie: ” wróć dziecko”. Domyślasz się, że omdlałam za drzwiami (śmiech). Wieczorem, siedząc po turecku przed 1-szym rzędem foteli, zobaczyłam go w „Ostatniej taśmie” Becketta i… nigdy nie wróciłam na Miodową (śmiech). Widziałeś go w hipnotyzująco zagranej roli Krappa?


Oczywiście! Nie wspomniałem o nim wcześniej, bo Tadeusz Łomnicki był bardziej teatralny, a mówiłem o kinie. „Taśma” była grana na scenie na poddaszu Teatru Studio i też pamiętam, że był taki tłok, że siedziałem tak jak ty, w kucki przed pierwszym rzędem, pod czyimiś nogami bo już nie było nigdzie miejsc. Tyle, że ja… przysnąłem i część przedstawienia mi umknęła (śmiech). Tylko dlatego, że zerwaliśmy się prosto ze szkoły, totalnie wykończeni. Koledzy obudzili mnie na scenę, podczas której Profesor Łomnicki połykał banana.

Wnioskuję, że Profesor nie był Opiekunem Twojego roku?! Przysięgnij, że nie wytniesz tego przy autoryzacji wywiadu (śmiech).


Nie wytnę, będę miał wszystkie roczniki adeptów, którzy przebrnęli przez katorżniczy pierwszy rok Szkoły Teatralnej za świadków. Potwierdzą moje niechlubne alibi (śmiech). I nie zmienia to faktu, że niesamowicie było oglądać legendę polskiego aktorstwa w tak spektakularnej roli z tak bliska. A opowieści o nim krążyły pocztą pantoflową nie tylko po Warszawie. Choć akurat w stolicy w tamtych czasach był niemalże stałym elementem krajobrazu. Mówiło się, że dla roli zrobi wszystko. Absolutnie wszystko! Miesiącami analizował, przygotowywał i wcielał się w postać. Słyszałem taką anegdotę, że wieszał się na klamce w domu żeby nagrać swój głos, móc usłyszeć i odtworzyć na scenie, w tym ostatnim dźwięku wydawanym przez wisielca, kiedy się dusi. Żona miała go odcinać kiedy będzie na granicy śmierci. Z opowiadań kolegów wiem, że kiedy w 1981 roku w Teatrze na Woli kreował Antonio Salieriego w słynnej adaptacji „Amadeusza” w reżyserii Romana Polańskiego, chodził po szkole teatralnej z pudernicą i co chwila się pudrował. Nie wychodził z roli. Podobne legendy słyszałem od brata, który studiował we Wrocławskiej Szkole Teatralnej, o Igorze Przegrodzkim. On również cały czas był w roli, w życiu prywatnym, w szkole teatralnej, czy przychodząc z domu do teatru, był w postaci. Kiedy przygotowywał się do kolejnej premiery, pół miasta huczało, że Igor Przegrodzki przygotowuje się do danej roli. To były wielkie postacie teatru, nie sposób było ich nie wielbić, nie zauroczyć się. Osobowości. Legendy.

Niestety już ich nie zobaczymy na scenie ale nie wychodźmy z teatru. Który spektakl, z Twoim udziałem, pokazałbyś przed tym światowym audytorium? Mnie lata temu zachwyciłeś w „Kalece z Inishmaan”.


I tu się zaczną moje dylematy jako twórcy tego światowego spędu (śmiech).Wspomniany „Kaleka z Inishmaan” co prawda nie do końca nadaje się na łagodzący plaster, ale na pewno jest jedną z najważniejszych adaptacji, w których zagrałem. Może nie zaszkodzi jak obejrzymy się w krzywym zwierciadle, nie ma co przesładzać. A w tej sztuce Martin McDonagh świetnie pokazał jak ludzie potrafią być okrutni wobec siebie, i to nawet dla najbliższych im osób, brata, czy siostry. Jak często oceniają świat w sposób szalenie zawężony, by nie rzec wprost – ograniczony. Budują z jakichś szczątków, niezweryfikowanych przekazów, plotek, nieprawdziwe, nieobiektywne, wręcz fałszywe wyobrażenia o miejscach i ludziach, o których nie mają kompletnie pojęcia. W tym przypadku chodziło o Hollywood, ale ten mechanizm ma przełożenie globalne. Ta przywara, wszystko wiedzenie najlepiej ze wszystkich w konwencji jedynej słusznej racji, to źródło największych konfliktów na świecie, więc może dobrze żeby ten spektakl zobaczyli. Zwłaszcza, że przekaz jest podobny do „Dzikich historii”.

Pocieszę Cię, jako dyrektora artystycznego z programowymi dylematami, że widziałam ten spektakl na Festiwalu Teatralnym w Dublinie w reżyserii Garry Hynes (pierwszej kobiety, która otrzymała Tony Awards – przyp. @) i Ona wystawiła tę sztukę znacznie smutniej i dosadniej niż Agnieszka Glińska i Władysław Kowalski, więc nie krępuj się, Ty dyktujesz warunki, wybieraj śmiało!


OK., namówiłaś mnie! (śmiech). Ostatnio nawet myślałem o tym spektaklu, bo usłyszałem w radio reportaż o piekiełku trójkąta bermudzkiego ulic Domaniewskiej, Marynarskiej, Wołoskiej w Warszawie, czyli o stołecznej wieży Babel – tyglu korporacji, które zmodernizowały, ale i skoszarowały industrialny, zaniedbany kwadrat ulic dzielnicy Służew Przemysłowy. I przede wszystkim o ludziach licznie tam pracujących jak mrówki w mrowiskach, wyrastających jedno przy drugim. A sztuka „Po deszczu” Sergi Belbela w reżyserii tego samego duetu co „Kaleka…” , w której miałem przyjemność zagrać znów z Edyta Olszówką oraz Jolą Fraszyńską, Katarzyną Herman, Dominiką Ostałowską, Olgą Sawicką, Jackiem Braciakiem i Krzysztofem Stroińskim opowiada właśnie o ludziach z korporacji, którzy spotykają się na „potajemnego fajka” na dachu 49-piętrowego wieżowca korporacji. I dopiero tam okazuje się, jak pod fasadą uprzejmości są pokrępowani przeklętym formatem korporacji z jego hipokrytycznymi regułami zarządzania ludzkimi zasobami.

Kolejna rewelacyjnie obsadzona, świetna sztuka w repertuarze Teatru Powszechnego. W dodatku bardzo „na czasie”! Ale zaproponujesz coś mniej dogmowo-wiwisekcyjnego (śmiech)? Tak dla równowagi.


O, masz! Właśnie się rozkręcałem! (śmiech). To może klasykę? Szekspira? Zagrałem w „Wesołych kumoszkach z Windsoru”, „Królu Learze” i „Miarce za Miarką”, której forma zrodziła się podczas naszych dyskusji z reżyser Anią Augustynowicz, kiedy siedzieliśmy sobie w fotelach na widowni i… tak zostało. Ania wpadła na pomysł, żeby zostawić to w takiej formie. Nie grać wyłącznie „ze sceny”, tylko blisko widza, odbiorcy, a jednocześnie uczestnika wydarzeń wciągniętego w opowiadanie tej historii. To była fantastyczna współpraca. Zresztą, wtedy też trafił na siebie świetny cały zespół.


Kadr z filmu "Lejdis", fot. Robert Pałka/Van Worden

A film z Twoim udziałem?


I kto tu robi wiwisekcję?! (śmiech) Wiesz jak trudno złapać ten dystans do siebie, który tu tak maglujemy jako wątek przewodni rozmowy? Zobaczyć się z boku? Zaraz się pokłócimy (śmiech).

Ależ kłóćmy się, mamy na to Legalną cyberprzestrzeń!


Ta kłótnia byłaby podwójnie, legalnie kulturalna – bo kłócilibyśmy się na arenie Legalnej Kultury i na temat kultury.

Nawet potrójnie kulturalna, bo z Tobą kłóci się wybitnie kulturalnie (śmiech).


Tak mnie i brata wychowano, że bez tej kultury w życiu codziennym nie potrafimy się obejść! Szanuję każdą wypowiedź, w dowolnej formie. Mogę się nie zgadzać z twórcą, mogę jakiemuś artyście zazdrościć idei, interpretacji, adaptacji, wizji, emisji ale nigdy przenigdy nie uzurpowałbym sobie praw do ich autorskich wypowiedzi! A jako uzurpowanie, czy przywłaszczenie przez pozbawienie rozumiem absolutnie naganne według dekalogu, który mnie ukształtował, bezprawne kopiowanie, publikowanie, ściąganie z nielegalnych źródeł wszelakich form wypowiedzi – bez względu na to, czy jest to jedno zdjęcie, dwanaście piosenek, czy 115 minut filmu. Moich synów też wychowuję w imię bardzo kulturalnej zasady: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe.

No i proszę, przy okazji naszej kulturalnej kłótni stworzyłeś krótką, acz dosadną odezwę do świata vs pozyskiwania sztuki z nielegalnych źródeł! Rozumiem, że zaistniałaby na Twoim międzynarodowym wakacyjnym obozie łagodzenia obyczajów?


Legalna Kultura może swobodnie, „na widoku”*, zainstalować się przy scenie głównej. Zawsze powtarzam, że z kłótni, z wymiany poglądów, z emocji, z innych perspektyw, rodzą się najlepsze pomysły.

Iście filozoficzne podejście! Podpisujesz się pod nim, nawet kiedy w trakcie kłótni, Twoją filmowa żona, oczywiście w emocjach na wysokościach, zamiast zakrzyknąć na Twój widok w rzymskiej todze i z laurem na głowie: „Ave, Cesar!”, wywala: „Rzymianie pie…ni, o jakże bliski jest koniec waszego imperium!”? (śmiech)


Ależ „Lejdis” wybrałbym w pierwszej kolejności! Złapanie dystansu do relacji damsko-męskich, zrozumienie kobiet to fundament… życia! I nie ma w tym pół żartu! (śmiech). „Pół serio”, pokazałbym tuż po przerwie, żeby ludzie złapali trochę zdrowego dystansu do pracy, którą wykonują, tym samym do siebie. Wybrałbym też „Ciało”, by udowodnić, że choć wiele się tam nie napracowałem (śmiech) uważam, że dołożyłem swoją cegiełkę humoru do tego po prostu ciekawego, zabawnego filmu. I koniecznie „Superprodukcję” Juliusza Machulskiego z Krystyną Jandą, ś. p. Anią Przybylską, Piotrem Fronczewskim i Januszem Rewińskim. Groteskowe pokazanie prawdy o życiu. O tym, że nie ma się co napinać, raz się jest na wozie, za chwilę można być pod wozem. Zagrałem tam upierdliwego krytyka filmowego koszącego każdą krajową produkcję, do momentu… kiedy sam otrzymałem propozycję nie do odrzucenia – napisania scenariusza filmu, który miał z kompletnie nieznanej, przysłowiowej dziewczyny gangstera zrobić gwiazdę. Przewrotność losu może być czasem zabójcza, warto o tym pamiętać i wyluzować, dziś ja, jutro Ty możesz być na moim miejscu (śmiech).

To zatrzymajmy się przewrotnie przy zabójczo efektywnym supertrio - Saramonowicz, Konecki, Madejski – opowiedz najpierw jak Cię zwerbowali? I co w nich było takiego fajnego, że tłumy waliły na ich produkcje do kin? Mówię z żalem w czasie przeszłym, bo to był najbardziej egzotyczny tercet filmowy w naszym kraju.


Krótko rzecz ujmując: oni mówili żywym językiem. To był ich przepis na sukces. Andrzej świetnie pisze, Tomek potrafił to genialnie wyreżyserować, a Madej oryginalnie pokazać. I mega trafnie, z totalnym wyczuciem i przywiązaniem do ról epizodycznych dobierali obsadę. Andrzej zobaczył mnie i Edytę Olszówkę w „Kalece z Inishmaan” i chyba tak jak Ty, też się zachwycił (śmiech). Nomen omen, sztuce z przemysłem filmowym w tle, w dodatku opartej na prawdziwej historii. I zaproponował nam udział w cyklu „Pół żartem, pół serio” – publicystyce filmowej emitowanej co miesiąc przez TVP1. To było bardzo trudne zadanie, bo do 25-ego dnia danego miesiąca mogło się nic nie wydarzyć, a 27-ego boom! Andrzejowi bardzo zależało żeby program na bieżąco odnosił się do aktualnych spraw, więc często dostawaliśmy z Edytą teksty do nauczenia na kilka godzin przed nagraniem. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że… graliśmy to ambitnie na taśmie filmowej, dziś rzecz nie do pomyślenia, której ścinki ktoś z produkcji przechowywał w lodówce  – nie było mowy o dublach. Spotykaliśmy się dzień wcześniej na planie zdjęciowym i dokładnie próbowaliśmy cały scenariusz. Łącznie z markowaniem miejsc, w których będą stały kamery. Nazajutrz, na właściwym planie, panowała więc totalna spinka i czasem bywało naprawdę nerwowo. Dla mnie to było super, bo mogłem jeszcze przez noc przemyśleć to, co próbowaliśmy i przyjść na zdjęcia z jakąś świeżą refleksją. Miałem spokój wewnętrzny, a oszczędność w użyciu taśmy filmowej tylko mnie mobilizowała. Naprawdę nigdy później nie zdarzało mi się być tak przygotowanym na planie filmowym. Zazwyczaj, nawet jeśli reżyser daje celne uwagi, jest to jednak nerwówka, chaos i przypadkowość. A ja nie lubię być zaskakiwany. Lubię być przygotowany. Taki mam niełatwy charakter. Była to najbardziej satysfakcjonująca praco-zabawa w jakiej brałem udział, może dlatego, że najcięższa. Naprawdę mieliśmy frajdę z tego co robimy. Również, a może przede wszystkim, tę merytoryczną. SuperTrio uwiodło mnie tym, że byli zawsze totalnie przygotowani. Tomek Konecki nam wszystko precyzyjnie wyjaśniał, każdy element inscenizacji był dla nas zrozumiały. Andrzeja zasługą była prawda, żywotność i aktualność tej publicystyki. Ma absolutny dar nazywania rzeczy po imieniu w rozbrajający sposób. A Tomek Madejski pokazywał wszystko w często gęsto przewrotnych ujęciach. Dobrym duchem projektu była Zuzanna Łapicka. Powstawało coś z niczego, a na najwyższym poziomie. Bez przebaczenia. Mimo, że program emitowano bardzo późno mieliśmy poczucie, że robimy format z misją, który jest nowatorski, wyjątkowy i jednocześnie… komercyjny! Ale to nie była pusta zabawa, całą świetną ekipą mieliśmy poczucie mądrej twórczości, intelektualnej zabawy. Nie było czegoś takiego na rynku, a trzeba podkreślić, że to był czas powstawania pierwszych stacji niepaństwowych w naszym kraju.


Kadr z filmu "Zemsta", fot. Vision Film

Zemsta?


(śmiech) „Zemsta”, to było moje trzecie spotkanie z Mistrzem Wajdą. Fakt, też adekwatny wybór tytułu do repertuaru na wyluzowanie wakacyjne. Zwłaszcza, że Fredro potrafił grubą kreską naszkicować nasze niepozbawione wad charaktery i też pokazywał nas w sposób błyskotliwie ironiczny. A Pan Andrzej dodatkowo wymyślił podkreślający naszą narodową skłonność do swady świetnym zabiegiem wizualnym – to Jego pomysłem, moim zdaniem genialnym, bo mega widowiskowym, była zamiana XIX-wiecznych, niczym specjalnym nie wyróżniających się kostiumów w stylu europejskim, na nasze, polskie, swojskie, XVII/XVIII-wieczne żupany, kontusze i wygolone do połowy glace. Ta historia o nas, Polakach, o naszych przywarach czysto ludzkich ale i narodowych, wizualnie przesunięta do epoki o cały wiek wcześniej nabrała charakteru! To jest fantastyczne we współpracy z Panem Wajdą, że jako adept krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych myśli nieustająco obrazem. Na pewno łatwiej mu pracować z doświadczonymi niż młodymi aktorami. Tymi, którzy znają i rozumieją warsztat filmowy, znają się na technologii, montażu, wyczuwają światło itd. Jeśli ktoś potrafi wmontować się w te jego obrazy, to powstają naprawdę przepiękne dzieła dużego formatu.

To zdradź proszę, jak się wmontowałeś w ten szlachecki, a raczej szlachetny portret zbiorowy genialnych postaci kina polskiego. Nie wspominając twórców produkcji, to myślę, że przynajmniej 90% aktorów zazdrościło Ci zagrania u boku Agaty Buzek, Katarzyny Figury, Janusza Gajosa, Daniela Olbrychskiego, Andrzeja Seweryna i Romana Polańskiego.


Intrygi w stylu Fredry nie będzie (śmiech). Odpowiem skromnie: zbieg okoliczności. Pomógł też Michał Kwieciński, producent „Półserio”, które wtedy na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni dostało kilka nagród, zrobiło się o nas głośno bo choć nie był to film, z charakteru, na miarę „Złotych lwów”, to Jury pod przewodnictwem Juliusza Machulskiego, zawsze otwartego na oryginalność, doceniło nowatorski pomysł i kunszt SuperTria. Ten film się wyróżniał, był inny, ciekawy, wart zauważenia.

Już nie bądź taki skromny! „Półserio” nie tylko otrzymało Nagrodę Specjalną Jury, nagrodę za montaż, ale też Ty, nominowany później do nagrody „Orła” za główną rolę, wraz Edytą Olszówką, zostaliście wyróżnieni pozaregulaminowymi nagrodami Jury dla najlepszych aktorów komediowych. To było naprawdę coś! Wszyscy wtedy o Was mówili. Zrobiliście niezły przeciąg w branży filmowej Anno Domini 2000! A powstały chyba rok wcześniej Teatr Telewizji „Bigda idzie” w reżyserii Andrzeja Wajdy, niemalże w tym samym czasie zgarnął Grand Prix Festiwalu „Dwa teatry” w Sopocie. Wszechstronnie uzdolnionyś Mości Panie i tyle!


Dziękuję. (śmiech) „Bigda idzie” to było moje drugie spotkanie z Mistrzem Wajdą. I tu też zagrałem z plejadą znakomitych aktorów, m.in. wspomnianymi Januszem Gajosem i Andrzejem Sewerynem oraz Krzysztofem Globiszem, ś.p.Krzysztofem Kolbergerem i Ekipą Teatru „Montownia”, z którą graliśmy seryjnie u SuperTria.

Wszystko jasne. Rafał, a tak całkiem serio, czy to był ten moment, kiedy widzowie zaczęli Cie postrzegać inaczej?


Zdecydowanie. Szerszej publiczności kojarzyłem się wcześniej, jak to Pan Andrzej mnie określił, z typem przedwojennego inteligenta. Sam mnie tak zobaczył i powierzył główną rolę w filmie rozgrywającym się pod koniec Powstania Warszawskiego, określanym mianem jego rozrachunku z etosem Armii Krajowej. W fabule pobrzmiewało echo „Popiołu i diamentu”. Trochę żałuję, że to nasze pierwsze spotkanie, ta główna rola w „Pierścionku z orłem w koronie” trafiła mi się na samym początku. Wcześniej nawet nie miałem kontaktu z kinem więc to była nauka na żywym organizmie. Momentami bardzo bolesna. Byłem przerażonym wielką produkcją i wielką rolą debiutantem w pełnym znaczeniu tego słowa. Szkoła Teatralna w ogóle nie przygotowywała nas do filmu. Dziś już takie zajęcia są obowiązkowe w programie nauczania. Oglądając całą plejadę młodego pokolenia aktorów w filmie „Miasto 44”,, (a propos tematu „Pierścionka z orłem w koronie”), którzy zagrali w filmie mega zdolnego reżysera, twórcy genialnej „Sali Samobójców” - Janka Komasy, byłem urzeczony ich umiejętnościami. Bo choć nie wszyscy kończyli szkoły aktorskie, to ocierali się o ten świat. Dziś wiedza na temat produkcji filmów jest wręcz powszechna, więc wywiązali się ze powierzonych im zadań na szóstkę. Patrząc jednak z perspektywy czasu wiem, że miałem wielkie szczęście spotkać się na samym starcie z takim prawdziwym artystą jakim jest Pan Wajda. Opowiadającym o ważnych sprawach w tak wyjątkowy, wyrazisty sposób. On umie zauważyć rzeczy, których ludzie na co dzień nie dostrzegają. Debiutować u takiego Mistrza, w tak ważnym filmie i w dodatku od razu rolą główną to honor.

Aż tu nagle wszyscy zobaczyli, że ten poważny, młody człowiek, o wizerunku przedwojennego inteligenta, popartym również „Pożegnaniem z Marią” Filipa Zylbera, potrafi nieźle parodiować… np. Chopina, Skywalkera, czy pastora w Bergmanowskim stylu!


Fakt, z „Półserio” wyszło mi portfolio (śmiech), w którym pokazałem, że mogę zagrać coś więcej, inaczej, lżej. A Pan Andrzej przygotowywał się właśnie do „Zemsty”, czyli do komedii. Pamiętam, że zdjęcia próbne grałem z przylepionymi wąsami,  w jakimś fraczku. Kiedy Pan Andrzej wpadł na pomysł tych szlacheckich czubów, to ja miałem nie lada kłopot z tą fryzurą, bo równolegle do współpracy zaprosił mnie Juliusz Machulski. Z tą ogoloną do połowy głową musiałem wejść w rolę współczesnego wataszki, Yanka Drzazgi, świetnie skonstruowanego jako postać, krytyka filmowego w „Superprodukcji”. A to się jeszcze wcześniej nałożyło z moją postacią w „Bigda idzie”, gdzie kreowałem po prostu szuję, asystenta jakiegoś prawicowego posła, który za kulisami robił różne świństwa i matactwa. Także do „Zemsty” znacznie rozszerzyłem spectrum środków wyrazu (śmiech). I to cała chronologia szczęśliwego zbiegu okoliczności wmontowania się w aktorski portret zbiorowy z „Zemsty”.

Brakuje mi w tym portfolio czarnych charakterów.  Mija kolejna dekada, może czas na zmiany bo diabelską postać stworzyłeś tylko raz i to w dodatku w…


W baśni „Dzieje Mistrza Twardowskiego” w reżyserii Krzysztof Gradowskiego, gdzie wcieliłem się w postać diabła. Coś się święci (śmiech). W wyraziście złą postacią wcieliłem się ostatnio w „Czasie honoru”. Przyznaję, kiedy Jan Hryniak zaproponował mi rolę okrutnego Obergruppenführera Waffen SS, który rozkazuje rozstrzeliwać Polaków, to długo zastanawiałem się czy ją wziąć. Ale przyjaźnimy się, to już nasza trzecia współpraca…

A propos „Trzeciego”, w którym też zagrałeś…


Właśnie. I zaufałem Janowi. Namówił mnie, używając tego samego argumentu – jak nie teraz, to kiedy? Jeszcze takiej roli nie zagrałem i to rzeczywiście jest mocne. Mój syn, który ogląda ten serial od początku, był przerażony: „Tato, jak ty strasznie wyglądałeś w tym filmie! Popijałeś szampana z kryształowego kieliszka, jednocześnie bez emocji rozkazując strzelać do Polaków!”. To było wyzwanie. Ale jestem Jankowi wdzięczny, bo po raz pierwszy mogłem pokazać, że nie muszę  być tylko taki gładki, milutki, że też mogę stworzyć jakąś inną postać, zagrać inną barwą. Mam nadzieję, że ten pierwszy raz, to nie był ostatni (śmiech).

Za to po wielekroć stawałeś w szranki z doborowym towarzystwem starszego pokolenia aktorów. Oprócz wcześniej wymienionych zagrałeś z Leonem Niemczykiem, Franciszkiem Pieczką. Kto Cię najbardziej inspirował, fascynował?


Taką najbardziej demoniczną postacią, jak już wspomnieliśmy, był Tadeusz Łomnicki. Na mnie jednak większe wrażenie robił Gustaw Holoubek Udało mi się z nim zresztą spotkać w pracy dwukrotnie. W szkole teatralnej przy okazji reżyserii etiud ze studentami, gdzie on był opiekunem. A potem spotkaliśmy się przy Teatrze Telewizji „Panna Maliczewska” wg Gabrieli Zapolskiej z Piotrem Fronczewskim i Agnieszką Pilaszewską w obsadzie. Niezwykle do mnie przemawiał, bo wszystko brał „na głowę”. Powtarzał, żeby być świadomym tego co się robi, bo wszystko jest w naszej głowie. Był mi też bliski ze względu na kłopot z wymową, z którym sobie poradził. Ja miałem problem ze zdaniem do szkoły teatralnej, bo od zawsze za szybko mówię. Bardzo szybko, czasem skracam samogłoski. W pierwszych spektaklach miałem taki potok słów, że tak jak ś. p. Robin Williams w „Przejrzeć Harry’ego” Woody Allena był nieostry, tak ja bywałem na scenie kompletnie nieczytelny (śmiech). Ujmujące dla mnie jest to, że Pan Gustaw znalazł sposób na tę swoją wadę wymowy. I to jest piękne w tym zawodzie, że nie musimy być piękni i idealni. Wielu z tych dobrych aktorów, miało jakieś skazy, wady, które musieli przezwyciężyć lub uczynić z nich swój atut i przez to byli ciekawsi. Takie myślenie o sztuce, ludziach jest mi bardzo bliskie. Nie wyobrażam sobie, że wszyscy i wszystko wokół miało być plastikowe, równe, gładkie. Właśnie fajne jest to, że wszyscy jesteśmy jacyś tacy niedorobieni.


Kadr z filmu "Podejrzani zakochani", fot. Forum Film Poland

Kto ze światowego kina jest dla Ciebie najfajniej niedorobiony?


Oczywiście Meryl Streep! Chyba wszyscy ją wymieniają. Ma tak szeroki wachlarz wcieleń, postaci i obrazów, w których zagrała, że przyprawia mnie o filmowy zawrót głowy. Musiałabyś porozmawiać z Panem Wajdą, ale ponoć kiedyś zagrała też w polskim filmie, czy spektaklu wyreżyserowanym przez Pana Andrzeja we Francji. Coś pewnie przekręcam ale wiem, że mieli kontakt ze sobą. Taka dygresja. Ona jest absolutnie fenomenalną aktorką. A z mężczyzn na pewno Daniel Day Lewis, Tom Hanks i jeden z moich ulubionych aktorów, niby taki niepozorny ale mający coś magnetyzującego w sobie, Edward Norton.

Uwielbiam go. Jest typem  inteligenta. Nie tylko wybiera błyskotliwe, mądre, przewrotne scenariusze, gra w filmach bardzo dobrych twórców, ale od lat sam reżyseruje i produkuje filmy. Ciebie nigdy nie ciągnęło na drugą stronę?


Choć nie wynika to ze strachu przed gwałtowną zmianą, to jestem człowiekiem, który powoli dojrzewa do jakiejś myśli, decyzji, zrobienia czegoś nowego. Diametralna przemiana to u mnie długofalowy proces. Gram u świetnych reżyserów, w znakomitych sztukach, adaptacjach, wg bardzo dobrych scenariuszy więc nie ma we mnie tej tęsknoty za czymś, za co dałbym się pokroić. Na premierę galową w Teatrze 6 piętro czeka kolejny spektakl w którym gram, pt.:  „Polityka”. Adaptacja zupełnie nie zdezaktualizowanego tekstu  Włodzimierza Perzyńskiego w reżyserii Eugeniusza Korina. Z Małgosią Sochą wcielamy się w kochanków o skrajnie różnych poglądach. To komedia, ale podszyta ironią, a właściwie autoironią o nas, Polakach, tu i teraz. Spełniam się. A może po prostu nie trafiłem jeszcze na tekst, który by mnie bardziej dogłębnie poruszył.

A co Cię najbardziej porusza w muzyce?


Los artysty! Chyba wszyscy czytaliśmy do bólu szczere wyznanie - manifest Roberta Brylewskiego, lidera i współzałożyciela legendy muzycznej w tym kraju, Brygady Kryzys. Robert na swoim facebookowym profilu napisał otwarcie, że nie ma z czego żyć! Tak podsumował  karierę artysty, muzyka w naszym kraju, w naszych czasach. I choć Jego los, to splot wielu okoliczności, wręcz odradzał młodym ludziom wybór wolnej drogi artystycznej, pisząc, że to może być najbardziej tragiczna decyzja w ich życiu. Twórcom nigdy nie było lekko, ale w epoce, w której żyjemy uprawianie sztuki jest szczególnie nieopłacalne i trudne. Przerażające. Ten list powinien być stroną startową na wszystkich szanujących i nie szanujących się portalach. Zwłaszcza na nielegalnych, wirtualnych bazarach dzieł artystów z różnych dziedzin sztuki. Może wreszcie dotarłoby do ludzi, że ściągając sztukę z nielegalnych źródeł, mają realny wpływ na czyjeś życie. Powiedziałem to już wcześniej, ale podeprę się słowami innego szanowanego muzyka, bo zgadzam się w pełni i podpisuję pod jego słowami. Muniek Staszczyk powiedział, że: „Legalna kultura to taka, której nie biorę za darmo bez zgody jej twórcy. To – inaczej mówiąc – dekalog postępowania z produktami kultury”. I ja się na inną kulturę nie piszę. Kultura wyższa jest bardzo potrzebna do rozwoju każdego człowieka i każdej cywilizacji. A żeby powstało coś takiego, trzeba nad tym popracować. Nawet najbardziej genialni twórcy, którym z łatwością wychodzi tworzenie np. ponadczasowych hitów, jak choćby Paul McCartney niedawno grający w Polsce,  przechodzili przez mękę twórczości. Zapłacenie za ich wysiłek jest nie tylko wyrazem szacunku ale i podziękowaniem za trud, z którego my, odbiorcy czerpiemy różne wartości.

Miałeś okazję „wystąpić” (klip promował i bazował na zdjęciach filmu „Superprodukcja”) w teledysku T. Love „Luźny Yanek”, w którym użyto fragmentu z Szymonem Majewskim. A ja miałam okazję wraz z Ekipą Produkującą program „Mamy cię!” wrabiać Cię w… ojcostwo! (śmiech). Świetnie się zresztą wywiązałeś i z tej roli udzielając pomocy przypadkowo spotkanej, rodzącej na ulicy kobiecie. Nie wiem czy pamiętasz, ale pretekstem do wyciągnięcia Cię na spotkanie z wkręcającymi: kompozytorem i aktorem Kubą Grzegorkiem oraz ówczesnym A & R’em firmy fonograficznej EMI (dziś Warner), Robertem  Jagodzińskim, była propozycja wydania Twojej płyty. Rozmawialiśmy o tym pomyśle całkiem serio z Szefem firmy Piotrem Kabajem. Co się stało?


Pamiętam, pamiętam. Takich emocji się nie zapomina. Lekarz, który odbierał poród cały czas nie przyjmował do wiadomości, że nie jestem ojcem. Oczywiście był w zmowie i wkręcał mnie, ale wszyscy byli tak realni, cały personel szpitala, Kuba i Jagoda, że zastanawiałem się, jak ja się z tego wszystkiego wytłumaczę żonie (śmiech). A w ferworze akcji pomysł z nagraniem płyty potraktowałem jako żart w konwencji programu. Wiesz, ja w dzieciństwie zadawałem się z harcerzami, więc na początku muzyka skautowska, biwakowa była moim elementarzem. Potem Paweł, mój brat, ściągnął do domu magnetofon szpulowy więc słuchaliśmy Queen, Budki Suflera, Krystyny Prońko, Brekautów, Tadeusza Nalepy. Czasy LO to lata osiemdziesiąte, czyli wspomniana Brygada Kryzys, Perfect, Maanam, Lady Pank, Oddział Zamknięty. A teraz najchętniej słucham radiowej Trójki, starych kawałków, nawet jak przy niektórych uszy bolą, z lat 50./60. na falach radiostacji Nostalgia, a kiedyś też chętnie PIN. Dzięki synom musiałem przebrnąć przez Metallicę, Black Sabbath – choć na koncert wysłałem z nimi żonę (śmiech). Ja ich zabrałem na Lenny Kravitza, razem bawiliśmy się na Red Hot Chili Peppers i Kasabian. Słucham bardzo różnej muzyki korzystając z szerokich zasobów i możliwości jakie legalnie daje Spotify. Mama słynnego dziś i bardzo utalentowanego reżysera, żona mojego profesora, powszechnie szanowana w branży muzycznej Gina Komasa, zaraz po „Zemście”, zaprosiła mnie i Agatę Buzek na płytę wydaną przez Polskie Radio. Zaśpiewałem tam „Kołysankę dla nieznajomej” z repertuaru Perfectu, zyskując całkiem liczne grono głównie wielbicielek (śmiech), więc jakiś epizod muzyczny mam już na koncie. Ale gdybym dziś miał nagrywać swoją autorską płytę, a rozumiem, że do tego zmierzasz, to przede wszystkim postawiłbym na zdolnego producenta z niezwykłą wrażliwością i wyobraźnią operującego dźwiękami. Bardzo podobało mi się to, co Andrzej Smolik z Marią Peszek zrobił na albumie „Maria Awaria”. Na pewno nie nagrałbym płyty popowej (śmiech). I na pewno musiałby to być krążek z bardzo dobrymi tekstami. Z silnym, wyrazistym przekazem. Oszczędny, acz może wykręcony muzycznie. Ale nie ciśnij (śmiech), daj mi chwilę pograć czarne charaktery – dopiero się rozochociłem. A potem, kto wie, co mnie jeszcze w życiu zawodowym czeka. Jestem otwarty, zawsze byłem, już się nie zmienię. Na dobrą sztukę zwłaszcza. Zawsze i wszędzie. Dlatego podpisuję się obiema rękami pod ideą ocalenia sztuki prowadzoną przez Legalną Kulturę. Naprawdę wierzę w magię, nie tylko kina. Wierzę, że kultura ma zbawienny wpływ na rozwój intelektualno-emocjonalny każdego człowieka. Nie niszczmy samych siebie.

Rozmawiała: Anita Banita Bartosik

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!