Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
To jest mój kosmos

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

To jest mój kosmos

To jest mój kosmos

Fascynuje ją aktorska możliwość rozbierania człowieka na czynniki pierwsze. Nie cierpi teatralnych premier, ale kocha spotkania z widzami. W literaturze ma potrzebę dotykania tego, co autentyczne. Uważa, że potrzebujemy kultury, żeby siebie usłyszeć i zrozumieć. Rozmawiamy z Danutą Stenką.

Zastanawiałam się ostatnio, czego zazdroszczę aktorom. I doszłam do wniosku, że chyba obcowania ze słowem, z tekstami kultury. Cały czas jesteście głęboko zanurzeni w literaturze, analizujecie teksty, żyjecie postaciami.


Tak, chociaż to, za co ja sobie cenię mój zawód, co jest w nim najpiękniejsze, najbardziej wartościowe dla mnie, to obcowanie z człowiekiem. I to na wielu płaszczyznach - z postacią, w którą mam się wcielić, z każdym z aktorów, z którymi buduję wspólne sceny, z reżyserem, twórcą świata, w którym rodzą się nasze postaci i wreszcie z moim wewnętrznym człowiekiem.
Moje ostatnie doświadczenie, premiera z 6 grudnia, „Koncert życzeń” Franza Xaviera Kroeza, w reżyserii Yany Ross, w teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie, to dla mnie całkowita nowość - po raz pierwszy gram monodram i po raz pierwszy, grając główną rolę, milczę. W tym przypadku nie mam do czynienia ze słowem. A jednak - jest postać, jest człowiek, sytuacja, które trzeba rozpoznać. I stworzyć. Zresztą ten proces się nie zakończył, będzie trwał, dopóki spektakl będzie grany. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam z moimi córkami, które się zastanawiały, co by było, gdyby się urodziły w innym czasie, w innej rodzinie. Mam pełną świadomość, że gdybym ja została nauczycielką, co było moim marzeniem, byłabym innym człowiekiem. Na drogę poznawania siebie, pracy nad sobą, wprowadził mnie mój zawód. To jest fascynujące: rozbieranie człowieka na elementy pierwsze. I ta ciągła niewiadoma. Bo nawet jeśli się do czegoś dojdzie, to nigdy nie jest ostateczne. Nawet jeśli coś się nazwie, coś się zamknie, jakąś scenę, jakiś fragment postaci, to po pewnym czasie okazuje się, że to przestaje działać, że trzeba dalej, głębiej. Gramy ten sam spektakl często przez lata, zmieniamy się, przepuszczając przez siebie inne role, inne postaci, i rzecz jasna – własne życie. I któregoś dnia okazuje się, że pod znaną już prawdą jest kolejne dno do przebicia, kolejny pokład do zwiedzenia, do rozpoznania. Te znaki zapytania nigdy się nie kończą. Na temat postaci i mnie samej, bo jestem przecież powiązana z nimi, zapleciona w warkocz. One biorą ze mnie, ja znajduję w nich siebie. Odczytuję siebie. Poznaję. I tak bez końca.

Która z ról była pod tym względem najbogatsza?


Trudno mi odpowiedzieć imieniem jednej postaci...Taką rolą może być ta, która niedawno powstała u Grzesia Jarzyny -  Wiktoria Gordon…

W „Drugiej kobiecie”?


Tak. Taką rolą była Fedra w "Fedrze" Mai Kleczewskiej. Mimo że rzadko grywana, ale jednak przez kilka lat. Nic nie zmieniało się w zewnętrznym rysunku, natomiast ta postać – jak by to ująć? – uspokajała się, wchodziła do środka. Ona powstawała na moich końcówkach nerwowych. Żywiła się mną. Cały okres przedpremierowego napięcia, nieustannego bycia z nią na co dzień spowodował, że wypełniła mnie po brzegi, i kiedy już zaczęłam grać, kiedy doszła do głosu, wylewała się ze mnie, chlustała. A z czasem zaczęła we mnie wsiąkać, osiadać, traciła na ekspresji, natomiast pojawiało się więcej niuansów, szczegółów, na które wcześniej nie było miejsca pod takim ciśnieniem.


fot. TR Warszawa/www.drugakobieta.pl

Największe ciśnienie jest na próbach? Na premierze?

Chciałabym móc przesypiać premiery albo oddawać role na ten czas w dobre ręce i grać je od drugiego spektaklu. Nie lubię premier, jest w nich dla mnie coś nieautentycznego, przesadzonego, jakieś nadęcie - jakkolwiek trema działałaby na korzyść, jakkolwiek udałoby mi się zatopić w postać, jakkolwiek spektakl poszedłby wspaniale, zawsze będzie się to sprowadzało do sytuacji, w której jedna strona ma obowiązek zaprezentować swój produkt, a druga go ocenić. Nie do wzajemnej wymiany, a do sprzedaży. Oto musimy wystąpić, coś udowodnić. Nie znoszę występować. To jest całkowicie obce mojej naturze. Nie znoszę występować, natomiast uwielbiam spotkania. Dla mnie takie zwykłe, codzienne, pozapremierowe, pozafestiwalowe spotkanie z człowiekiem po drugiej stronie rampy jest najciekawsze, bo wtedy nie ważą się moje losy, nie chodzi o mnie, a o sprawę, o istotę i wtedy zdarzają się rzeczy niezwykłe. Oczywiście, bywają lepsze i gorsze spektakle, jest odzew publiczności, następuje jakieś sprzężenie zwrotne albo i nie, ale nie ma tej sztucznej otoczki, tej sztucznej atmosfery. Pokażcie, coście tutaj nawymyślali. A my zdecydujemy, czy kciuk pójdzie w górę, czy w dół. W takiej relacji niewiele jest miejsca na spotkanie, na rozmowę, na wymianę. Nie lubię premier również jako widz. Tego napuszenia na widowni. Poza tym udziela mi się stres wykonawców.

A jak to jest, kiedy przedstawienie się nie udaje?

Boli. Kiedyś była histeria, myślałam, że tego nie przeżyję, że się nie pojawię więcej w teatrze. Teraz już jestem łaskawsza dla siebie, ale to boli i zawsze będzie bolało. Co ciekawe, to jest też ból fizyczny. Umiejscowiony gdzieś tu, w okolicy splotu słonecznego. A boli nie tylko, kiedy spektakl dostaje złe recenzje i trzeba będzie codziennie wychodzić na scenę, mimo że ludzie nie walą drzwiami i oknami. Również kiedy i spektakl, i rola jest zauważona, wychwalana, a przychodzi taki dzień, kiedy po prostu coś nie działa. To strasznie przykre uczucie, bo wiem, że z ludźmi, którzy dziś siedzieli na widowni, już się nie spotkam. I dla nich ten spektakl czy ta rola na zawsze pozostanie taka jaką zobaczyli. A ja pozostaje z poczucie jakbym ich okradła z czegoś co mieli szansę i mieli prawo zobaczyć. Szkoda. Żal.

W teatrze rola może się zmieniać ze spektaklu na spektakl. W filmie są duble, a reżyser decyduje, który z nich znajdzie się na ekranie. Zamkniętego kształtu dzieła nic już potem nie zmieni.

W teatrze w końcu kurtyna idzie w górę i aktor zostaje sam. I to on jest panem roli. A w filmie... O mały włos nie krzyknęłam na premierze „Łagodnej” Mariusza Trelińskiego w Gdyni, kiedy zobaczyłam, że do filmu wszedł inny dubel, inna wersja sceny niż ta, na którą się umawialiśmy z reżyserem. Ale zdarzyło się również tak, że moja interwencja poskutkowała. Mimo że w „Katyniu” gram niewielką rolę, długo rozmawialiśmy z Andrzejem Wajdą o tej postaci. O kobiecie, która nie była już blisko z mężem, bardziej chodziło o przyzwyczajenie i obowiązek niż wielką miłość, ale teraz znalazła się w takiej samej sytuacji, jak te, które kochały. Można to było wyczytać w scenie jej rozmowy z córką. Udzieliłam kilku wywiadów, w których w ten sposób o niej opowiadałam. Oglądam potem film na pokazie dla dziennikarzy i nagle widzę, że nie ma tego fragmentu! Cała sekwencja wycięta! Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się zadzwonić do producenta. Powiedziałam, że rozumiem, że trzeba ciąć sceny dla dobra sprawy, ale ja nie przyjdę na premierę, bo się wstydzę - cały czas opowiadałam w wywiadach o kimś, kogo nie ma w filmie. Na szczęście to nie była wersja ostateczna i pan Andrzej dołożył fragment, który domknął moją postać. Rola się zmniejszyła, ale wariant z takim skrótem, był chyba nawet ciekawszy niż pierwotne założenie.


Kadr z filmu "Katyń", fot. materiały prasowe

Trudność polega też chyba na tym, że scenariusz jest zaledwie zarysem filmu i trudno przewidzieć efekt?

Czasem nawet w trakcie zdjęć niełatwo się zorientować. Bo wydaje się, że sceny, które nakręciliśmy, działają, po czym nagle całość staje się banalna, płaska, traci sens. Chwalić Boga, bywa również odwrotnie.

Zawód wysokiego ryzyka?

W teatrze jest tak samo. Oczywiście, możemy się oprzeć na wspaniałej literaturze, sprawdzonej na deskach na przestrzeni lat i wieków, ale to, co się wydarzy w określonej grupie ludzi, w jaką podróż zabierze nas reżyser – tego nie wiemy. Podejrzewam, że w większości przypadków i on sam tego nie wie, to jest droga, którą odbywamy wspólnie. I to właśnie jest ciekawe. W tym stąpaniu po kruchym lodzie jest życie. Oczywiście, dobrze, żeby reżyser wiedział, dokąd chce pójść, inaczej na pierwszym rozstaju dróg każdy pociągnie w swoją stronę... i nic z tego nie będzie.[śmiech].
Niewielu twórców ma tak precyzyjną wizję jak Robert Wilson: sytuacja stąd dotąd, tu gest, tu pada światło - matematyka. [Mowa o „Kobiecie z morza” Susan Sontag na scenie warszawskiego Teatru Dramatycznego, premiera 2005 – przyp. M.S.].

Precyzyjna partytura, bez skrawka miejsca na inwencję aktorów, nie mówiąc o improwizacji?

Ten spektakl miał swoje premiery we Włoszech, w Korei i w Turcji, warszawska "Kobieta..." była czwartą realizacją. Nie zapomnę wściekłości aktorów, kiedy okazało się, że nasze zadanie polega na precyzyjnym odtworzeniu spektaklu-matki zapisanego na płycie DVD. Asystentka Wilsona pokazywała nam zapis sceny z Mediolanu, po czym z notatek doczytywała szczegóły: tutaj robisz trzy kroki, odwracasz głowę w prawo, mówisz dwa zdania, głowa wraca, robisz zwrot o dziewięćdziesiąt stopni, następnie pięć kroków, stajesz na znaku, mówisz cztery kolejne zdania, wyciągasz prawą rękę, odwracasz wnętrzem dłoni do góry, precyzyjnie, tak, żeby światło, które się nad nią zapali, wąskim strumieniem idealnie trafiało w dłoń. Wszystko zaplanowane, narysowane w najdrobniejszych szczegółach.  
Miałam tam monolog. Do szczegółowych gestów doszła jeszcze intonacja. „Cały tekst mówisz cienkim, piskliwym głosikiem, te dwa zdania, dwa pośrodku i dwa ostatnie – grubym, niskim głosem”. I słyszę, że włoska aktorka rzeczywiście tak mówi. I macha rączką. Siedzi, odwraca główkę, piszczy i buczy na przemian. Koledzy mieli niezły ubaw, a dla mnie to był gwóźdź do trumny. I cóż się okazało. Kiedy powtarzałam sobie w domu tekst w zadanej sytuacji, nastąpiło olśnienie. Nagle otworzyła się furtka i pojawił się dostęp do informacji, zawartych, w tych gestach i intonacjach, które dotąd wydawały się bezsensowne, a których znaczenia prawdopodobnie nawet sam Wilson nie umiałby nam wytłumaczyć, przełożyć na człowieka, skoro jak twierdzi, psychologia w teatrze go nie interesuje. Tymczasem okazało się, że tam wszystko było! Nagle stało się dla mnie jasne, że pływające pomiędzy "skałami" zgiętej w kolanie nogi i ramienia morskie zwierzątko - oświetlona spotem dłoń poruszająca się jak meduza, to ona sama, ta kobieta uciekająca do morza, szukająca w nim wolności. Dlatego mówi cienkim głosikiem, bo bawi się w swoje życie, jak dziecko. Grubym głosem odzywa się do niej od czasu do czasu, przeznaczenie, fatum. Gesty, tony, wszystko nagle nabrało sensu. Miałam wrażenie jakbym złamała szyfr. To był jeden z takich intuicyjnych strzałów, jakie zdarzają się podczas improwizacji, kiedy nagle odzywa się podświadomość. Mnie pojawił się w tym monologu jeszcze jakiś tajemniczy szept, jakiś stworek, którego Wilson nie przewidział w "przepisie" na tę scenę. Ale zaakceptował go, nie odezwał się słowem. Dopiero kiedy wyjechał przekazał mi przez asystentkę, że monolog jest jego ulubionym momentem w naszym spektaklu.
Cała ta przygoda uświadomiła mi, że nawet w takiej sytuacji, kiedy reżyser uwięzi aktora w sztywnej zbroi swojej wizji, zawsze istnieje przestrzeń do własnych poszukiwań - wnętrze. Bo zawsze też istnieje niebezpieczeństwo, że zostanie się piękną wydmuszką. Na zewnątrz działaliśmy jak marionetki, jak roboty: gest numer 1, gest numer 2, ale każdy z nas powoli odkrywał w tych ciasnych ramach własną przestrzeń wewnętrzną. Pewnie dlatego zaproszono do Oslo na Festiwal Ibsenowski dopiero tę czwartą realizację, nasz spektakl, ponieważ jak stwierdziła jego organizatorka: "Wilson wreszcie znalazł zespół, który zagrał mu jego „Kobietę z morza”. Poprzednie inscenizacje nie podobały się organizatorom, a przecież robiliśmy dokładnie to samo.

Najwidoczniej jednak nie to samo.

Robiliśmy to samo, ale nie tak samo. Prawdopodobnie zeszło głębiej. Wypełniliśmy te marionetki człowiekiem.


fot. archiwum prywatne

A jak wygląda budowanie postaci w filmie? Po lekturze scenariusza wchodzi pani na plan z gotowym zarysem bohaterki?

W teatrze okres prób to czas kiedy możemy zderzać swoje wyobrażenia z wizją reżysera, swoją postać z postaciami partnerów, szukamy, improwizujemy, sprawdzamy. W filmie na ogół dostajemy scenariusz, odbywamy rozmowę z reżyserem, a z aktorami spotykamy się dopiero na planie. I to jest piekielnie smutne jeśli po kilku dublach, kiedy uda nam się obwąchać scenę i siebie nawzajem, kiedy wreszcie moglibyśmy zacząć, musimy przejść do następnej, bo goni nas czas. Nad rolą pracuje się zazwyczaj w samotności, a praca na planie sprowadza się raczej do improwizacji.
Kiedyś na festiwalu polskich filmów w Los Angeles mieliśmy spotkanie z coachem pracującym z hollywoodzkimi gwiazdami. To musi być fantastyczne mieć trenera, który skupia się na mojej roli, który razem ze mną szuka i w postaci, i we mnie, pilnuje, żebym nie powielała tego co już kiedyś zagrałam. Marzę o takiej pracy: z przewodnikiem, "grotołazem", kimś, kto poprowadziłby mnie wgłąb mojego człowieka, pomógłby mi dojść do takich pokładów, takich miejsc, które w sobie przeczuwam, ale do których nie potrafię dotrzeć sama. Odważny, może nawet bezlitosny partner. U nas bywa tym partnerem reżyser, choć on musi zadbać o wszystkie postaci, a do tego wykreować cały ich świat. W teatrze ma czas na poszukiwania. W filmie o to bardzo trudno.

Tym bardziej, że reżyserzy filmowi pani nie rozpieszczają.

To prawda, dużo jest w mojej filmografii drobiazgu.

Choć czasem tak wyrazistego, jak epizod w „Pitbullu”, gdzie w dwie minuty tworzy pani kreację na miarę Medei. Mam poczucie, że następne tak ekscytujące wyzwanie dostała pani dopiero w krótkometrażowej „Matce” Łukasza Ostalskiego, zbierającej od dwóch lat nagrody na festiwalach.

Tak, rzeczywiście. Choć chorowałam w trakcie zdjęć i mam poczucie, że nie dałam z siebie wszystkiego. I trochę mi tego żal. Ale to był fantastyczny materiał. Marzyłoby mi się zagrać tę rolę w pełnym metrażu. Mam poczucie, że w filmie nie zagrałam jeszcze swojej roli. Być może nigdy jej nie zagram?

Jaka byłaby ta rola?

Raczej dramat niż komedia, czyli mimo wszystko szuflada, w której siedzę. Jakaś poważna podróż wgłąb człowieka.

Czasem jednak błaha z pozoru rzecz może okazać się istotna. Myślę o „Nigdy w życiu”.

To bardzo ważny moment w moim życiu to „Nigdy w życiu” [śmiech]. Swego czasu jeden z recenzentów napisał, że jest mu mnie szkoda dla takiej historii i życzy mi, żebym już nigdy w życiu nie angażowała się do takich rzeczy. Tymczasem ja uważam, że to jedna z moich lepszych decyzji. Podjęta oczywiście intuicyjnie. Zresztą - mimo sugestii autorki powieści – bardzo długo nie widziano mnie w tej roli, nie zapraszano na zdjęcia próbne. Pewnie była to ryzykowna decyzja obsadowa – siedziałam w szufladzie aktorek dramatycznych. Ale okazało się, że ta rola nie tylko zmieniła spojrzenie na mnie reżyserów, producentów, ale pomogła mnie samej odkurzyć w sobie kolor, o którym już zdążyłam zapomnieć.


Kadr z filmu "Nigdy w życiu", fot. materiały prasowe

Ale też i ten film, i książka Grocholi stały się pewnym fenomenem...

Tak, to rzeczywiście musiało być coś nowego i ważnego. Nie zapomnę kobiet spotykanych na ulicy, w banku, listów, które dostawałam, rozmów przy okienku, gdy za mną wije się kolejka, a pani wypisując numerki zaczyna mi dziękować za swoje nowe życie, bo po obejrzeniu filmu podjęła ważne decyzje. Jakaś powszechna radość, jakaś nadzieja, że jednak można. Pod wpływem tego filmu – pewnie też książki, ale film ma chyba większą siłę rażenia – wiele kobiecych losów się zmieniło. Wydawałoby się – błahe, rozrywkowe kino. A jaka moc!

A jakie pani ogląda filmy, jakie książki czyta najchętniej?

Zachwycił mnie na przykład "Traktat o łuskaniu fasoli" Myśliwskiego. Choć ostatnio złapałam się na tym, że kiedy przeglądam półki z książkami, ręka idzie najczęściej w stronę literatury faktu. Nawet mi trochę żal, bo pewnie omija mnie mnóstwo świetnej beletrystyki. Teraz akurat czytam fascynującą „Psychologię mitów greckich” Zenona Waldemara Dudka w rozmowie z Mają Jaszewską. To analiza mitów, spojrzenie na nie, odczytywanie ich z perspektywy psychologii, refleksje na temat psychologicznego znaczenia mitologicznych symboli i jednocześnie "przeglądanie" w nich współczesnego człowieka. Ale zwykle ilekroć sięgam po jakąś lekturę nieobowiązkową, nie związaną z pracą, to jest to albo jakiś reportaż, albo biografia. Może dlatego, że jestem zatopiona w świecie fikcji, mam potrzebę dotykania tego, co autentyczne, losów, zdarzeń prawdziwych. Przyglądania się przez szkło powiększające człowiekowi, który istniał. Takiej Katharine Hepburn. Katarzynie Wielkiej. Mao. Czy ostatnio Beksińskim...
Dlaczego tak? Może dlatego, że jestem dzikusem? Czuję się czasem jak wywleczony spod ziemi kret. Odnoszę wrażenie jakbym nie miała w sobie pojemności na ten natłok informacji, którymi na co dzień bombardują nas media. Informacji, w których fakty o istotnym znaczeniu płyną jednym strumieniem z tabloidowym śmieciem. Średnio mnie obchodzą te wszystkie przepychanki. Mam swoje ulubione radio, które do mnie mówi, staram się być na bieżąco. Ale towarzyszy mi poczucie, że to wszystko „ważne” dookoła, o czym się wielkimi literami pisze i wykrzyknikami opowiada i o czym wszyscy rzekomo powinni wiedzieć, jest mi w gruncie rzeczy obce. Mnie interesuje mikroświat, świat wewnętrzny. To jest mój kosmos. Więc może stąd literatura faktu: wchodzę do świata autentycznych zdarzeń, ale na moich warunkach i we własnym rytmie.



A czego szuka pani w kinie?

Nieustająco tego samego [śmiech]. Trochę jestem w pułapce, bo uwielbiam oglądać filmy w kinie, nie przepadam za ekranem telewizora czy komputera, no i w związku z tym większość mi umyka. A jeśli już zasiadam przed telewizorem, żeby uzupełnić braki, to szkoda mi czasu na komedie czy kryminały, na kino czysto rozrywkowe. Jakie filmy? Przychodzi mi na myśl "Biała wstążka" Hanekego. „Polowanie” Thomasa Vinterberga - z nim pozostanie mi w pamięci nieistniejąca już Femina. W Święta nadrabiałam zaległości, między innymi „Miłość” Hanekego, korzystając oczywiście ze źródeł Legalnej Kultury. Ze świeżych rzeczy świetne „Dzikie historie” Damiana Szifrona. Te filmy – różne przecież – proponują tego rodzaju rozmowę o człowieku, która mnie interesuje.


fot. archiwum prywatne
 
Czy będąc tak zanurzona w kulturze, pracując na co dzień z tekstami, zgłębiając je, potrzebuje pani kultury we własnym, codziennym życiu?

Tak, zdecydowanie! Narzekam na jej ciągły niedostatek w moim życiu, bo jestem modelowym szewcem bez butów. A jednocześnie jestem wymarzonym widzem. Uwielbiam zasiadać na widowni kina, teatru, opery... I to nie tylko z powodu poszukiwania zawodowych inspiracji. Mnie samej jest to potrzebne. To są moje człowiecze podróże. Wtedy jestem już poza zawodem, jestem po prostu jednym z odbiorców.

Spytam prowokacyjnie: do czego jest potrzebna kultura?

Do czego? Do tego, żebyśmy siebie samych mogli usłyszeć. Te miejsca w sobie, których na co dzień, w bieganinie, nie odwiedzamy, nie myślimy o nich, często nie zdajemy sobie sprawy, że w ogóle w nas istnieją. I nagle zasiadamy na jakiejś widowni, słuchamy muzyki, oglądamy film, obraz, zdjęcie, i okazuje się, że coś się w nas odzywa, w tej najgłębszej głębi człowieka. Tak, potrzebujemy kultury, żeby siebie usłyszeć i zrozumieć.

A skąd pani decyzja, żeby zostać przewodniczącą Rady Fundacji Legalnej Kultury?

Bardzo się cieszę, że Kinga Jakubowska zaprosiła mnie do udziału w tym projekcie. To nie jest łatwy chleb, ale mam cichą nadzieję, że krok po kroku, kropla po kropli coś się zmieni. Właśnie – do tego też nam jest potrzebna kultura. Żebyśmy usłyszeli, zobaczyli drugiego człowieka, któremu coś zabieramy. Myślę, że większość ludzi nielegalnie korzystająca z dóbr kultury nie zdaje sobie z tego sprawy. Po prostu nie wiedzą, że nie są w porządku. I już sam fakt, że zaczęło się o tym mówić, że to przestał być temat tabu, jest ważny. Być może naiwnie, ale wierzę, że zmiana świadomości jest możliwa, że to jest do zrobienia. Może nas już w tym projekcie nie będzie, będą następni, ale to się stanie. Uda się przestroić postkomunistyczną mentalność, w której coś, co jest ogólnie dostępne, można sobie po prostu wziąć. To pewnie praca na lata, mrówcza, ciężka robota. Walka toczy się nie tylko o nasze, ale o następne pokolenia. Ale trzeba to robić. Bo jeśli nie my, to kto?

Rozmawiała Magda Sendecka


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!